najnowszy wpis,  Przerózności

Dostaliśmy Astrę od Zenka

Zawsze byliśmy wśród tych, co się szczepią, chociaż w zeszłym roku na grypę się nie udało ☹ Wszelkie  Influvaki, Vaxigripy, Fluarixy itp. okazały się praktycznie nieosiągalne, a potem, kiedy przeczołgał nas covid  (i ciągle jeszcze o sobie przypomina), tylko się upewniliśmy – SZCZEPIMY SIĘ, ŻEBY NIE WIADOMO CO.

Jasne, że spośród wszystkich proponowanych, najbardziej przypadły nam do gustu preparaty mRNA i w pierwszej wersji to właśnie one miały być naszym udziałem, ale wyszło jak wyszło i w sam Prima Aprilis przyjęliśmy pierwszą dawkę AstraZeneki. Telefony rozdzwoniły się już tego samego wieczora… Jak było? Jak się czujecie? Dawajcie znać, bo my też Astrą i nie wiemy co robić. Właśnie przez to zainteresowanie (albo dzięki niemu) postanowiłam napisać, jak to u nas wyglądało. Może kogoś uspokoję.

Oprócz nagłej awarii systemów e-pacjent i e-rejestracja przeciążonych zgłoszeniami chętnych na szczepienie czterdziesto-pięćdziesięciolatków, żadnych sensacji nie było (TAKIEGO primaaprilisowego dowcipu nikt jeszcze nie wymyślił.

Mieliśmy terminy na 15:40 i 15:48. Stawiliśmy się pod punktem szczepień tak jak proszono, kwadrans wcześniej i tu pierwsza niespodzianka. Kolejka. Ze 40 osób. Część w samochodach, reszta przepisowo zdystansowana i w prawidłowo założonych maseczkach. Nieco ciaśniej robiło się jedynie podczas deszczu, bo ci, którzy nie zabrali parasoli, uciekali pod jedyny daszek.

Co jakiś czas przed drzwiami punktu szczepień pojawiał się zamaskowany żołnierz i wyczytywał nazwiska szczęśliwców, którzy mogli wejść. Opóźnienie sięgało dwóch godzin, o 15:30 wchodzili delikwenci z godziny 13:08. Nie wszyscy z listy byli obecni, za to pojawiały się osoby, które właśnie otrzymały sms bądź telefon z systemu. Ci szczęściarze wchodzili poza kolejnością. My czekaliśmy, czekaliśmy, czekaliśmy.

Punkt szczepień zlokalizowany w przyszpitalnej przychodni na szczęście otoczony jest parkiem. Zanim nadeszła nasza kolejka, mogliśmy się naoglądać różnych ciekawostek:  a to rozkwitłe właśnie na trawniku fiołki , a to rozpękłe na różowo pąki magnolii, a to cysterna dostarczająca tlen na oddział covidowy.

Do środka weszliśmy w ostatnim rzucie. Ponieważ mieliśmy ze sobą wypełniony wcześniej Kwestionariusz wstępnego wywiadu przesiewowego przed szczepieniem osoby dorosłej przeciw COVID-19 (do ściągnięcia tutaj), zmierzono nam tylko temperaturę i od razu mogliśmy usiąść na krzesełkach pod gabinetem lekarza kwalifikującego. Trochę trwało zanim nadeszła nasza kolej. Nic dziwnego. Sama siedziałam w środku dobry kwadrans.

 Najpierw szczegółowy wywiad (łącznie z operacjami, chorobami przewlekłymi i przyjmowanymi lekami, co pani doktor skwapliwie notowała). Potem skierowanie na szczepienie twierdziło, że jest wadliwe i nie chciało się otworzyć do zatwierdzenia, a jeszcze później, kiedy po kilku nieudanych próbach lekarka próbowała utworzyć nowe – nagle system się obudził i zakomunikował, że hola, ale skierowanie dla mnie już jedno jest, więc wara od drugiego.

Jak udało się nakłonić system do współpracy – nie wiem. Ale się udało. Jeszcze kilka pytań z mojej strony, na które pani doktor cierpliwie udzielała odpowiedzi i zaopatrzona w broszurkę o szczepionce oraz ewentualnych NOP-ach (niepożądanych objawach poszczepiennych) mogłam udać się już do punktu szczepień. Tam kolejki nie było, a cała „operacja” trwała króciuteńko. Ani się obejrzałam i już mogłam opuścić gabinet z czerwonym kartonikiem w dłoni. Potwierdzono na nim przyjęcie pierwszej dawki szczepionki AstraZeneca o konkretnej serii. Daty kolejnej dawki nie podano. Mam otrzymać sms-em.

Na wszelki wypadek wspomnę, że pokazywane w telewizji strzykawki z długaśnymi igłami tylko tak groźnie wyglądają. Wkłucia nawet dokładnie nie zarejestrowałam 😊. Jeszcze tylko zalecone 30 min. oczekiwania i można było wracać do domu. Dochodziła 18:00, a my rozpoczęliśmy oczekiwanie na odczyny poszczepienne.

Nie wiem, czy da się to podciągnąć pod NOP, ale ok. 21:00 ogarnęła mnie przemożna senność. Wcześniej rozbolała ręka, nie jakoś szczególnie mocno, jednak zgodnie z oczekiwaniami 😉. No i zaczęła upierdliwie swędzieć. Wszystkie siły koncentrowałam na tym, żeby się nie drapać, tym bardziej, że Bodka kompletnie nic nie ruszało. Zawsze tak było, że on przechodził szczepienia bezobjawowo, u mnie natomiast bywało różnie, nawet z gorączką. Założyliśmy z góry, że ja (jak zwykle) będę „zdychać”, a Bogdan się mną poopiekuje przez te dwa-trzy dni. No i wyglądało na to, że scenariusz się sprawdzi.

 Tymczasem swędzenie okazało się wytworem wyobraźni, bowiem ulokowało się dobre 5 cm poniżej naklejonego plastra 😉 Kiedy się plastra pozbyłam, wredne uczucie minęło, ból też ustąpił i mogłam pójść spać.

Senność dopadła i Bodka, tylko trochę później. W efekcie przespał 20 godzin z  pierwszej poszczepiennej doby. Wstawał raz na jakiś czas, żeby się napić, coś skonsumować i wracał do sypialni. Śmialiśmy się, że wszystko przez te 2 mg alkoholu (etanolu) zawarte w 0,5 ml preparatu 😊. Mnie dopiero po południu zaczęła lekko ćmić głowa, chwilami drapało w gardle i piekły oczy. Kompletnie nic poza tym. Uczucie było na tyle delikatne, że gdyby nie szczepienie, pewnie nawet nie zwróciłabym na nie uwagi.

Druga doba także bez sensacji. Senność zniknęła, ból głowy też, nawet na okrzyk ała, tylko nie w szczepionkę nie było już miejsca 😊 (bolesność ręki minimalna). Pamiętając zalecenia dużo pić i starać się nie siedzieć za długo – wyrwaliśmy się na chwilę do lasu.

Trzecia doba. Poza łapiącym nas co jakiś czas zmęczeniem, wszystko w najlepszym porządku. Oprócz kartonika z punktu szczepień mamy też wydrukowane z IKP polsko-angielskie potwierdzenie przyjęcia dawki szczepionki. Mam nadzieję, że za jakiś czas pojawią się i przeciwciała. Moje zniknęły jak sen złoty już  trzy miesiące po chorobie (Bogdan miał wtedy jeszcze 166 jednostek), natomiast węch i smak szwankują nadal, choć minęło prawie pół roku.

Pakiet pocovidowych niespodzianek jest zresztą szeroki. O ile takie, jak zmiany skórne i wypadanie garściami włosów można przeboleć, to np. zapalenia mięśnia sercowego już nie. Wierzcie, że nawet te mniej groźne potrafią bardzo dokuczyć, dlatego SZCZEPCIE SIĘ. NAPRAWDĘ WARTO.

Edit ⇒ No i w fejsbukowym komentarzu weszło na jaw, że Bodka, podobnie jak w trakcie covida, w pierwszej dobie bolały stawy. Szkoda, że nadrabiał miną, bo lekarz podczas kwalifikacji do szczepienia wspominał, by w razie dolegliwości połknąć Paracetamol (max 4x na dobę).  Nie warto się męczyć.  Pamiętajcie o tym!

5 komentarzy

  • Jolanta

    Gratuluję!
    Jesteście podróżnikami, więc szczepienie jest obowiązkowe.
    U nas po kolei jest tak:
    – ja nie szczepię sie w ogóle bo jestem alergikiem i musiałabym to zrobić pod kontrolą doktorów, a na tych doczekać się jest trudno
    – Edek stwierdził, że jak będą wolne miejsca to dopiero pójdzie
    – Maciek jakoś nie wspomina …
    Poza tym źle widzę i czeka mnie leczenie…
    Pozdrawiam bardzo cieplutko :))

    • Maria

      Dziękuję Jolu za gratulacje i za komentarz.
      Dobrze, że każdy decyduje sam 🙂 i fajnie, że jednak sporo ludzi się szczepi, bo daje to szansę na osłabienie możliwości rozprzestrzeniania się wirusa w takim tempie.

      My po prostu czujemy się bezpieczniej i chyba o to chodzi.

  • Małgosia

    Mariatko, to ja się podzielę swoimi NOPami . Szczepilam się AstraZeneką 27 marca rano. To była sobota. Do wieczora, poza lekkim bólem w miejscu wkłucia, nic sie nie działo. Poszłam spać , jak zwykle, ok. 23.00 a tuż po północy obudził mnie ból, nie , to był BÓL całego ciała, każdego mięśnia i każdej kosteczki. Usiłowałam go ignorować i zasnąć ale nie dało się. W tym zamroczeniu nie pomyślałam o paracetamolu i tak przemęczyłam się całą noc. Rano wyglądałam jak zombie, niedospana, osłabiona. Całą niedzielę przeleżałam z gorączką 37,5 i dodatkowym bólem głowy. Bliżej wieczora objawy zaczęły ustępować, noc z paracetamolem – przespana i rano wstałam wesolutka jak skowronek na wiosnę. Tak więc każdy z nas inaczej reaguje. Cieszę się, że mam to za sobą, choć z lekką obawą myślę o drugiej dawce. Ściskam wirtualnie, pozdrawiam Bodzia. Małgosia.

    • Maria

      Ojojoj 🙁
      Szkoda, że zapomniałaś o Paracetamolu, bo pewnie by ulżył chociaż trochę. Dobrze, że nie trzymało Cię dłużej, druga dawka pewnie już przejdzie spojojniej, czego Ci życzymy, Małgosiu z całego serca.

      Większość naszych znajomych reagowała raczej łagodnie. Mówi się (na podstawie obserwacji wielu już „przypadków”), że Astrę gorzej znoszą młodsi. Może to jakieś pocieszenie? 😉

      Teraz młodzi, mając możliwość wyboru, wybierają najczęście Pfizera. I dobrze , że mogą 🙂

    • Maria

      I dzieki wielkie Małgoś , że podzieliłaś się swoimi doświadczeniami z Astrą, bo każdy głos w tej sprawie ważny, zwłaszcza kiedy tylu jest zainteresowanych.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *