Przerózności

Jestem ozdrowieńcem. Raport covidowo-domowy

Od dziś jestem ozdrowieńcem. Oficjalnie. I chociaż należę do tych nazywanych skąpoobjawowymi, moje samopoczucie ciągle przypomina ostrze piły. Raz w górę, raz w dół.

  • Zachorowałam na covid pomimo tego, że naprawdę starałam się uważać.
  • Jestem w grupie ryzyka nie tylko dlatego, że wolno mi robić zakupy w godz. 10:00-12:00, ale i z racji posiadania na stanie nieproszonych chorób współistniejących.
  • Zderzyłam się z łagodniejszą odmianą koronawirusa, mimo to mogę wam zagwarantować, że i ona lubi zadbać o różne „rozrywki”.

Skubaniec kowidiusz potrafi nieźle kombinować i tak naprawdę nie możecie być pewni, co trzyma w zanadrzu akurat dla was. Każdego traktuje inaczej. Dla mnie z bębna losującego wybrał pomroczność jasną, robiąc dziury w pamięci i kradnąc zasób słów oraz fundując przedziwne doznania zapachowe. Bez wizyty u neurologa pewnie się nie obędzie, ale to jeszcze nie teraz.

W ramach antycovidowych ćwiczeń umysłowych starałam się codziennie robić notatki. Nie są jakichś wysokich lotów, ale postanawiam je pozbierać, wygładzić i wrzucić na bloga. Może kogoś uspokoją… tyle teraz stresu wokół.

Początek (?)

Pojęcia nie mam skąd wirus się do mnie przyplątał. Wszystko wskazuje na to, że dostałam go w prezencie od męża. Dowodów brak, bo kiedy wspólnie robiliśmy wymazy, jego wyszedł ujemny. To jednak on pierwszy zaczął kichać i pokasływać. Z dnia na dzień czuł się gorzej; objawy przeziębieniowe ustąpiły miejsca bólom stawów, skurczom mięśni, awersji do jedzenia. Kiepskim samopoczuciem obarczał zastępczy lek, który otrzymał w aptece zamiast przyjmowanego stale i  akurat nieosiągalnego w hurtowniach.  Na wszelki wypadek odizolował się w drugim pokoju, ale o kontakcie z lekarzem słyszeć nie chciał. Przez ponad 40 wspólnych lat nigdy nie zdarzyło się, żeby praktycznie przespał 1,5 tygodnia.  

Pierwsze dni

Kiedy on zmagał się z bólem i zmęczeniem, ja zaczęłam kichać (jeden dzień). Kolejna doba przyniosła jednodniowy katar (a mówią, że trwać musi co najmniej dwa tygodnie). Następne dwie – nic szczególnego, jeżeli nie liczyć epizodu z esencjonalnym bulionem, który smakował mi lurowato, a na stwierdzenie męża, że bardziej pachnie warzywami niż rosołem, pomyślałam, że wydziwia. Zastanowienie przyszło, kiedy otrzymałam do wąchania domowe nalewki.

Nawet śladu żadnego aromatu. Krótka analiza – co w domu pachnie najmocniej? Różany balsam do ciała! Pięknie, słodko, intensywnie. Wsadzam nos w pudełko – nic. Powtarzam test z wypełnionym wonią bzu słoiczkiem – nic! W ruch idą ocet, cebula, czosnek… o kurka wodna! NIC NIE CZUJĘ!!! W myślach natychmiast pojawia się zaprzeczenie: No dobra, ale czy to od razu musi być korona? Przecież po katarze też tak się zdarza…

Tymczasem Bogdan śpi i mizernieje. Pokarmy stałe nie przechodzą mu przez gardło. Gotowanie właściwie nie ma sensu, no chyba, że będzie to kisiel 😉. Rzadko-gęsty, śliski – jakoś daje się przełknąć.

To chyba już piąty dzień

Powonienie wysiadło na amen. Smaki czuję. Po głowie plącze się „A może to jednak covid? Niby ten węch to ewidentny objaw. Żeby się upewnić, to by jednak trzeba do lekarza. Tylko tak głupio, kiedy człowiekowi właściwie nic nie jest”. Córka upewnia, że warto zadzwonić po teleporadę. Umawiam podwójną (o dziwo Bodek się zgadza). Na jutro, bo dziś już za późno.

Teleporada (dzień szósty?)

Niby to tylko rozmowa z lekarzem przez telefon, ale do pierwszej takiej wizyty w gabinecie trzeba się przecież przygotować 😊 Głowa umyta, ubranko naciągnięte, czekamy. Mamy dzwonić o 9:00 bezpośrednio do gabinetu. Dzwonimy; telefon wolny; nikt nie odbiera. Próby połączenia się trwają pół godziny (teraz ustawicznie zajęte, ani chybi ktoś inny wskoczył w nasze okienko wizytowe). Wreszcie się udaje; odbiera pielęgniarka: „Pani doktor ma pacjenta w gabinecie. Oddzwonimy”.
Przed dziesiątą krótka rozmowa, wygenerowanie dwóch numerów, z którymi mamy zgłosić się na wymaz. Półtora godziny później już po wszystkim. Udało się szybko, bo wiedzieliśmy od przyjaciół, że przy szpitalu wojewódzkim miał się otworzyć nowy punkt drive-thru. Ludzie jeszcze o nim nie wiedzą, więc zostaliśmy załatwieni z marszu. Długi cienki patyczek i dwie dziurki w nosie. Wrażenie, jakby do mózgu sięgał 😉 Oczekiwanie na wyniki do trzech dni. W Internetowym Koncie Pacjenta na razie żadnych zmian. Komunikat o kwarantannie pojawia się rano dnia następnego.

Pierwszy dzień kwarantanny (dzień siódmy, a licząc PanaMężowe samopoczucie – to już co najmniej dwa tygodnie samoizolacji)

Dziwny to czas. Na wszystko patrzymy przez covidowy pryzmat. Żyjemy na pół gwizdka już od wiosny, a od wczoraj, od wymazów, kolejne pół z dotychczasowej połowy. Jeszcze trochę i gwizdka zabraknie.

Rano na naszych Internetowych Kontach Pacjenta pojawia się informacja o nałożeniu kwarantanny.  Wczesnym popołudniem otrzymujemy smsy informujące o ustawowym obowiązku pobrania rządowej aplikacji „Kwarantanna domowa”. No dobra. Instalujemy, wysyłamy swoje zdjęcia, czekamy. Na IKP bez zmian, a na dworze, jak na złość i na przekór wszystkiemu, pogoda jak drut 😊

Kilka razy zaglądam do IKP. A nuż wyniki będą wcześniej? Żadnych zmian.
Idziemy spać jak kiedyś dzieci po dobranocce, czyli z zegarkiem w ręku o 19:30. U Bodka to już standard ostatnich dni (choć dzisiaj zdecydowanie lepiej się czuje), u mnie za to samopoczucie dziwne jakieś. Siła sugestii?

Drugi dzień kwarantanny (15 samoizolacji)

Przespałam 12 godzin. Na razie jest OK. Trochę szczypią oczy, trochę boli głowa (pewnie za długo spałam). Węchu nadal brak. Oprócz tego ostatniego objawu, bywało tak przecież nie raz. Gdyby nie sytuacja wokół, nawet nie pomyślałabym o kontakcie z lekarzem. Zresztą to przecież zwykłe przeziębienie. Nie może być inaczej.

Zaglądam na pacjent.gov.pl. Żadnych zmian w IKP. Mówili, ze wyniki do trzech dni, a dopiero drugi. Zajrzę za jakiś czas – nadal bez zmian; wieczorem – to samo. No dobra, przynajmniej spokojnie pośpię. Zaczynają mnie boleć plecy na wysokości łopatek. Co jest?

Żeby uspokoić głupie myśli zostaję członkiem covidowej grupy wsparcia on-line. Może na wszelki wypadek warto poznać dziada bliżej? Ludzie wypytują o własne najprzedziwniejsze objawy, moderatorzy odpowiadają merytorycznie, uspokajają, pocieszają.

Na początek zaznajamiam się z domowym poradnikiem covidowym. Najważniejsze – NIE PANIKOWAĆ, dużo odpoczywać, dużo pić (wody), dbać o higienę drzewa oskrzelowego, dbać o drożność nosa.

Zapisuję sobie, żeby nie brać teraz leków zawierających dekstrometforan

(w warunkach laboratoryjnych sprzyjał namnażaniu wirusa SARS-CoV-2). Jest ich trochę, np. Acodin, Gripexy, Gripblocker, Tabcin, Grypostop i niektóre syropy na kaszel kupowane bez recepty (Dexapico, Dexacaps, Dexapini). Lepiej też nie uspokajać się herbatką z melisy.

Trzeci dzień kwarantanny  i zarazem pierwszy dzień izolacji (16 siedzenia w domu)

Sobota. Poranek z bólem głowy, oczu, pleców – wszystko to upierdliwe, ale do wytrzymania. Kaszel po staremu, nie jest suchy, żyję z nim od co najmniej 20 lat. Przyzwyczaiłam się.
Węchu brak. Wyników też.

Każde z nas odbiera telefon od Głównego Inspektora Sanitarnego Kraju, w którym katarynka informuje o kwarantannie i ustawowym obowiązku pobrania aplikacji. Ta z kolei zwyczajnie zawiesiła się na mapie z lokalizacją. Jak to mówią – martwy trup. Chwilę później dzwoni nieznany numer: „Dzień dobry, tu Wojsko Polskie. U państwa nie ma domofonu, więc proszę wyjść z mężem na balkon i pomachać”. Wychodzimy. Machamy.

Po raz kolejny sprawdzam nasze konta w IKP. Żadnych zmian.
Godzinę później – to samo.
Pół godziny później – to samo.
Kwadrans, dziesięć minut – jest! (…) zostało przeprowadzone badanie na obecność koronawirusa w twoim organizmie. Wynik testu: pozytywny. Robi mi się gorąco. Ciśnienie skacze.
Sprawdzam konto PanaMężowe –  Wynik testu: negatywny.

Kilka głębokich oddechów. Uspokajam się.
Bodek pewnie za późno się wymazywał… U mnie w IKP dynda informacja o 10 – dniowej izolacji, mężowi – zgodnie z komunikatem –  zdejmą kwarantannę jeszcze dzisiaj. Powinni nie zdejmować tylko dołożyć. Zobaczymy, kiedy to wyprostują.

Drugi dzień izolacji (17 siedzenia w domu)

Od wczoraj żyję jakby w świecie równoległym. Wszystko na co dotychczas nie zwracałam uwagi, nagle zaczyna być ważne. Gadam sama ze sobą. Kaszel – niby się specjalnie nie nasilił, ale obok tego od lat oswojonego, pojawił się suchy (albo to już oczytana covidem wyobraźnia). Plecy bolą nadal (no, ale może od leżenia albo siedzenia któryś_dzień_oparta_plecami_o_kanapę), łepetyna pobolewa (no i co, już drugi tydzień to trwa; da się żyć, bo nie boli jakoś bardzo mocno; Nie będzie tu rządził mną jakiś wirus!).

Faszerowanie od marca pandemicznymi informacjami nie pomaga. Gdzieś tam w tle czai się jednak lęk. Humor poprawia wpadający do mojej skrzynki mailowej liścik od Bardzo Dla Mnie Ważnej Osoby :

O tym żeś Pani białogłową ambitną śpiewają wróble na moim podwórku…
ale żeby aż sięgać po koronę?  Nie za wysokie progi Mościa Pani?
                                  To Ci mówi Ma- ku- syn
                                   weź Mar  ryśka  i się trzym !
                                  Ma Ryśka czy ma Bogdana?  
                                                        Hej hej do kniej !!!!!

Jasne, że do kniej! I to zaraz po zakończonej przez Bogdana kwarantannie.

Naukowcy austriaccy donoszą o wyodrębnieniu siedmiu rodzajów covida o przebiegu łagodnym  Jeden z nich jest moim udziałem, więc czego ja panikuję?

Jutro zadzwonią z POZ. Porozmawiam ze swoją Rodzinną, powiem jej o kaszlu. Na pewno coś zaradzi, zna moje choroby jak zły szeląg. Mogę iść spać.

Trzeci dzień izolacji (18 siedzenia w domu)

Kaszlę coraz bardziej. Denerwuję się. Niby lekarz powinien do mnie zadzwonić po otrzymaniu na biurko pozytywnego wyniku wymazu, tylko… wyniki dostajemy w przychodni z opóźnieniem; będą pewnie w tygodniu (to słowa rejestratorki). Teleporady na dziś już „wyszły”, a na jutro zapisać nie mogą (a tydzień temu mogli???). Dzwonić jutro od siódmej, może się uda.

Jutro? Proszę pani ja mam pozytywny wynik wymazu!, kaszel mi się nasilił, nie wiem co mogę brać… A jak się jutro nie dodzwonię? Pojutrze święto, a popojutrze może być za późno! Potrzebuję konsultacji z lekarzem
  – To niech pani dzwoni do gabinetu. Doktor przyjmuje swoich covidowców

No więc dzwonię. Do upadłego. Przez trzy godziny niemal non stop, aż mi się telefon zagrzał. Wysyłam nawet do lekarki esemesa nie mając specjalnej nadziei, że go odczyta. Przecież dzisiaj poniedziałek, poweekendowa kumulacja… wiem, że ma urwanie głowy.

W końcu udaje się połączyć. Zaczynam tydzień z antybiotykiem. Zmęczona, ale uspokojona zasypiam, bo i temperatura ciała jakaś „dzika” – 35 stopni, w porywach 35,4. Zazwyczaj miewam książkowe 36,6. Ciągle mi teraz zimno. Nawet pod kołdrą falami łażą po mnie dreszcze. Ciekawe, jak długo się taka niska utrzyma?

Po południu na smartfonie wyświetla się kolejny nieznany numer. Tym razem Pani Policjantka. Z troską w głosie pyta, czy jestem w stanie podejść do okna. Nie, nie na balkon, bo pani stoi pod klatką. Ponieważ nasze okna od zachodu raczej trudne do szerokiego otwarcia (na jednym trzeba najpierw odgruzować parapet, drugie wymaga odsunięcia, bądź rozłożenia wersalki) mogę uchylić okno i wystawić rękę 😊

Czwarty i piąty dzień izolacji (19 i 20 siedzenia w domu)

Pamiętam o higienie drzewa oskrzelowego. Zaczynam od ćwiczeń – oddychanie z gwizdaniem, oddech przeponowy, tratatata, zawrót głowy, odpoczynek. W mózgu sieczka, węchu brak. Czytanie idzie nieskładnie, próbuję pisać  – wena za górami za lasami. Złoszczę się, zasypiam.

Wczesnym popołudniem dzwoni Pani Z Sanepidu. Zatroskanym tonem pyta o samopoczucie, domowników, kontakty. Tych ostatnich od trzech tygodni praktycznie zero – mówię – mąż kiepsko się czuł, więc w domu siedzieliśmy. A zresztą my i tak tylko do lasu. Pani prosi o Bodkowy pesel, no i niemal od razu na jego koncie w IKP pojawia się zaginiona kwarantanna. O tydzień dłuższa od mojej izolacji (na ewentualne wystąpienie objawów). To, że właśnie on leżał odłogiem tyle czasu wcześniej nikogo nie interesuje, bo nie miał wtedy zrobionego wymazu, a ten, który robiliśmy wspólnie – wyszedł mu już ujemny.

Szósty dzień izolacji (21 siedzenia w domu)

Jest… średnio. Kaszel się nie nasila (super), ale temperatura nie ma siły wskoczyć powyżej magicznego progu 35,4 (częściej wskazuje równe 35 stopni). Jest mi zimno, śpiąco, zawrotowo (żeby nie powiedzieć – sorry za słowo – mózgotrzepnie). Mam kłopoty z myśleniem i koncentracją. Na oklepywanko w wykonaniu męża moje płuca odpowiadają nadzwyczaj chętnie i radośnie. Nawet z nosa zaczyna lecieć ciurkiem 😊, czego kompletnie się nie spodziewałam.

Siódmy dzień izolacji (22 siedzenia w domu)

W stosunku do ostatnich dni poranek zadziwiająco rześki. Czuję tylko zwyczajny ból głowy i szum w uszach (coś nowego). Termometr wskazał temperaturę niebezpiecznie zbliżającą się do 36 stopni (35,7) 😉 Ooo… ma mi się na życie. Dzisiaj będzie dobry dzień!

Zadzwoniła moja lekarka. Dopiero dziś odczytała rozpaczliwego smsa z poniedziałku (ale odczytała 😉). Popytała o samopoczucie (No tak, dużo osób zgłasza osłabienie, kłopoty z koncentracją.  Dorzucę pani coś wykrztuśnego i na odbudowę odporności. Jakby co – dzwonić do upadłego, a gdybym nie mogła odebrać, to oddzwonię). Dobra nasza, może i dziury pamięciowe trochę się załatają? Będzie lepiej!

Chwilę potem sms z Ministerstwa Zdrowia informujący o konieczności kontaktu z lekarzem POZ w celu uzyskania informacji o czasie trwania izolacji domowej. Spóźnili się 😉 W IKP pojawia się polecenie wypełnienia ankiety kontaktowej. Nie zamierzam tego robić, wywiad zebrano telefonicznie.

Nikt mnie nie sprawdza, za to Bodek po trzy razy dziennie wysyła zdjęcia potwierdzające jego pobyt w domowej kwarantannie 😉
W nagłym przypływie sił witalnych myję głowę i nastawiam pralkę. Pranie rozwiesza już Bodek.

Szum w uszach zniknął, głowa normalnie (czyli ćmi), zaczynam delikatnie czuć jakieś durne zapachy – kwaśne, gorzkie, ale bez konkretów (np. różany balsam jest kwaśny i nic poza tym). Kaszel wieczorem jest słabszy.  Oklepywanie zdecydowanie pomaga. W dobie koronawirusa pewnie stanie się nową świecką tradycją (to słowa naszej córy)

Ósmy dzień izolacji (23 siedzenia w domu)

Sny zazwyczaj ulatują bez śladu, jednak… dziś obudził mnie widok wiszącej na drewnianym płocie dyscypliny (dla niewtajemniczonych dyscyplina = narzędzie z rzemiennych pasków służące do wymierzania kary cielesnej). Przekaz był wyraźny: Hola koleżanko! Budź się! Antybiotyk czeka! Rzut oka na zegar: 7:30. Czas najwyższy zasilić się medykamentem.

Siadam na łóżku. Za oknem rąbek pomarańczowo-czerwonego słońca zatknięty na czubku katedralnej wieży. Zdążyłam go sfotografować zanim zniknął 😉 Samopoczucie przyzwoite. Kaszel się jeszcze nie obudził.

Ugotowałam owsiankę, trochę się pokręciłam i… niezłe samopoczucie prysło jak przekłuty balonik. W oczach ciemno, w ustach dziwna suchość, ręce i nogi ważą ze sto ton. Słabość ogarnęła wszystkie członki nadając memu ciału jedyny sensowny kierunek – sypialnia. Nie ma co szarżować. Cholerny kowidjusz to podstępna bestia. Szykuje się kolejny dzień w pozycji półleżącej. Dama na szezlongu 😉 Ha!

Zasypiam. Po obudzeniu próbuję czytać – przebiegam oczyma tekst, po chwili dociera do mnie, że  kompletnie nie wiem o czym te literki mówią. Nawet mnie to nie denerwuje. Cofam zakładkę na poprzednie miejsce i odpalam laptopa, otwieram Worda. Od 1,5 tygodnia próbuję napisać tekst na bloga. Ma cztery zdania i ani jedno więcej do głowy przyjść nie chce. Dzisiaj też się nie uda.

Wiem co zrobię, wezmę się za przerzucanie i porządkowanie zdjęć na dysku zewnętrznym. Specjalnego pomyślunku to nie wymaga, a od dawna prosi się o zrobienie 😉 Uff… nareszcie jest coś, co mi wychodzi 😊 Morale natychmiast staje na baczność jak do odznaczenia. Najważniejsze, żeby wyznaczać sobie cele na miarę sił. Takie to proste 😊

W nocy nie mogę zasnąć. Stopy lodowate, mimo dwóch par ciepłych skarpet, kołdry, koca i włóczkowego pledu. Nos – jakbym wystawiła go na kilkunastostopniowy mróz. Z doświadczenia wiem, że usnę dopiero wtedy, kiedy się ogrzeją. Czekam cierpliwie i staram się nie kaszleć.

Dziewiąty dzień izolacji (24 siedzenia w domu)

Poranek przyzwoity. Kaszel jeszcze śpi, głowa po raz pierwszy od prawie trzech tygodni nie boli. Antybiotyk, paręnaście minut ćwiczeń oddechowych, pogadanka z moim Duolingo. Jakoś łatwiej dzisiaj poszło. Czas na rehabilitację węchu (codziennie podtykam sobie pod nos aromatyczne preparaty i zaciągam się po kokardy).

W łazience stwierdzam ze zdziwieniem, że… czuję zapach dezodorantu. Nie potrafię określić jaki, ale jest przyjemny. Natychmiast sprawdzam swój ulubiony różany balsam. Eee… nadal tylko kwaśność; róży w tym ani śladu. Czosnek i cebula ciągle bezwonne. Mogłabym się wynajmować do ich krojenia 😉 Samopoczucie OK. Nie zastanawiam się jak długo potrwa, tylko zwyczajnie łapię chwilę za nogi i tłukę jej do łba: Trwaj. Trwaj jak najdłużej.

Przypomina mi się dzisiejszy sen – jesteśmy w lesie, penetrujemy w najlepsze jakieś ruiny i nagle dociera do mnie, że przecież aplikacja „kwarantanna domowa” wskazuje moją lokalizację. Pewnie zaraz wyślą kontrolę na adres. Zaczynam  kombinować, jak oszukać lokalizator i… lepiej jednak było się obudzić 😊. Biorę to jednak za dobrą monetę – po pierwsze pamiętam sen, a po drugie – to przecież sen o wolności 😉 zdrowej wolności.

Chwila trwała jakieś 40 minut; potem przekłuła balonik euforii, zakręciła w głowie i wskazała kierunek ⇒ idźże kobieto się położyć. Posłuchałam. Samopoczucie jak po spotkaniu z walcem drogowym.

Około południa czas na rytualne oklepywanie w PanaMężowym wykonaniu, tym razem poprzedzone dość przyjemnym smarowaniem pleców nalewką bursztynową. Napojona odpowiednio wcześniej domowym izotonikiem (woda z miodem + sok z cytryny i pomarańczy) oraz kolejną dawką syropu wykrztuśnego reaguję… jak trzeba. Oszczędzę wam opisu. Dość powiedzieć, że oczyszczają się nawet zatoki, w których – jak mi się wydawało – nic kompletnie nie zalega.

Cały czas pamiętam, że trzeba pić dużo wody. Co najmniej 2 -3 litry dziennie. Nie przychodzi mi to łatwo, ale się staram.

Dziesiąty dzień izolacji. Ostatni (25 siedzenia w domu)

Dzień z gatunku przyzwoitych. Myślenie już jako-tako działa 😊. Temperatura wzrosła do oszałamiającego poziomu 35,8 stopni. Jakaś niewielka krzątanina i trochę zaczyna się w tej mojej łepetynie mieszać, ale wystarczy usiąść i przeczekać. Najpierw trochę w łóżku (bo w każdej chwili mogę zsunąć się do leżenia); potem releguję się do salonu.

Głowa dziwnie ściśnięta (trudno to opowiedzieć) ale przestaję się zastanawiać co to. Nie będę żyć pod dyktando wirusa. Poodpoczywane, więc wstaję. Biorę się za pieczenie bananowego piernika. Przygotowanie nie jest trudne, więc dam radę. Ciekawe, czy będzie smaczny.

Bodkowa kwarantanna pod kontrolą 😊 Codziennie wysyła selfika, czasami nawet dwa lub trzy; dzisiaj odwiedzili go Terytorialsi. Trzech zamaskowanych wojaków zapukało do drzwi. Dostali tylko nazwisko bez adresu. To się naszukali

Rano będę już ozdrowieńcem, zamierzam jednak dotrzymać towarzystwa mężowi. Wcale nie jest ze mnie taki żywczyk, a lekarze nie na darmo powtarzają: System immunologiczny, jeżeli jest w miarę sprawny powinien zwalczyć wirusa. Jeśli nie przeszkadzamy mu np. ibupromem (zakłóca pierwsze fazy odpowiedzi przeciwwirusowej), to wybije to świństwo do ostatniej sztuki. Zostaną nam wtedy tylko resztki w gardle i nosie. To, że czujemy się dobrze wcale nie musi oznaczać pozbycia się wszystkich aktywnych wirusów i u każdego przebiega to inaczej. Dlatego warto dać sobie przynajmniej dodatkowy tydzień.

Ozdrowieniec

To wcale nie jest tak, że jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zniknęły rano wszystkie dolegliwości. Noc znowu telepiąca, w podwójnych skarpetkach i z lodowatym nosem, głowa zdecydowanie za bardzo przypomina o swoim istnieniu. Do skowronka jeszcze mi daleko. W dzień też było różnie aleee… róża już pachnie różą 😊😊😊.
Bzowych aromatów nie łapię jeszcze ani ciut (pamiętam, że zapach był mocny), jednak wszelkie kwaśności już się przedzierają.

Będzie dobrze.

8 komentarzy

  • Jolanta

    Niestety dopada wszystkich.
    Jest upierdliwy do granic niemożliwości.
    Pierwszy raz chorowałm w styczniu – przez 4 tygodnie !!!
    Pierwszy tydzień : kaszel, bardzo wysoka temperatura, leżałam bez sił, bez ducha ….
    Drugi tydzień bolały mnie płuca, nie mogłam oddychać. E pobiegł do apteki kupił bańki i zgodnie z moją instrukcją – ha,ha…. postawił mi te bezogniowe na plecach i z przodu na piersiach.
    Trzeci tydzień leżałam jak zdechły pies bez sił, bez ducha. Nie byłam w stanie chodzić po mieszkaniu ….
    Dopiero w czwartym tygodniu zaczęłam chodzić po domu z nieustającymi zawrotami głowy …
    Pierwsze wyjście do sklepu było bardzo ciężkim przeżyciem z powodu kompletniego braku siły i możliwości swobodnego oddychania.
    W październiku powtórka ale …. dużo lżej przeszłam i krócej.
    Jak choroba dopadła Edka ja szybko doszłam do siebie. On biedny bardzo chorował, tracił przytomność, lekarze przejeżdżali do domu – pomogli !!
    Dzisiaj Edek wyszedł pierwszy raz po chorobie do marketu. Ledwo wrócił tak był słaby ….

    Życzę Wam dużo zdrowia, trzymajcie się i bardzo na siebie uważajcie :)))

    • Maria

      Jakże się cieszę, że Edwardowi już lepiej!
      Mnie pierwszy raz też dopadło na początku roku, w lutym. Ale wtedy jeszcze mowy o covidzie nie było, w każdym razie w naszym kraju. Kaszlę co najmniej od 20 lat, wtedy jednak myślałm, że wypluję płuca. Żebra bolały tak, jakby były połamane.
      Teraz inaczej, ale ta słabość mnie denerwuje, bo ciągle wyznacza mi granice. Wiem, ze może już być tylko lepiej. Jak już Bodek skończy kwarantannę, jedziemy do lasu. Bez względu na pogodę 🙂

      Trzymajcie się Jolu i nabierajcie sił!

  • Jolanta

    Myśłę, że wszyscy dojdziemy do siebie tylko potrzeba czasu. Dobrze jak kryzysy przychodzą w chłodniejszej porze, łatwiej to pokonać. Latem przy upalnej pogodzie byłoby ciężko …

    Serdeczności zostawiam dla Was :)))

  • czesia

    na wszelki wypadek kupię olejek rózany do sprawdzania zapachu, odpowiednią ilość cytryn i pomarańczy. Miód mam.
    Zyczę Wam z całego serca powrotu na szlak w dobrym zdrowiu. Całe szczęście, że wirus nie wplewił poczucia humoru!
    Nie wiem co sadzić o słuzbie zdrowia. Fakt, mało ich, ale…

    • Maria

      Służba zdrowia niewydolna po prostu. U nas, w województiwe z zachorowalnością jedną z najniższych – trzeszczy, ale jeszcze jakoś działa. Strach pomyślec, co dziejie się w regionach znacznie bardziej dotkniętych

  • Halina Bulas

    Moi kochani .Maria to co na pisałaś to samo życie i gotowy poradnik jak się nie dac temu draniowi. U mnie było całkiem inaczej Corka była w Rzymie na swieta Bożego Narodzenia wróciła z okropną infekcją i wszuscy się pozarażaliśmy Myśleliśmy ,że to grypa Ja goraczkowałam byłam bardzo chora wszystkie objawy grypowe mąż trochę lepiej się czuł. I cały czas już tyle miesięcy kaszlemy wszyscy i kichamy Zapachy słabo odczuwamy Smak też kiepski.Mąż trafil w czerwcu 24 do szpitala psychiatrycznego /cierpi na Chad i tam mu we wrześniu zrobili test i ma podobno te przeciwciała .Napisali mu ,że przeszedł covid skapoobjawowy czyli i ja z moimi objawami też pewnie to mam Nie robię testu na razie jako tako się czuję.Na życiu już za bardzo mi nie zależy. Swoje przeżyłam.Mari i Bogdanie dużo zdrowia dla Was pamietajcie czasem o mnie.Pozdrawiam Halina

    • Maria

      Halinko. Dziękuję bardzo za ten wpis. Trzymaj się, trzymajcie się wszyscy i nie dawajcie wrednemu wirusowi!
      Co do kaszlu – kiedy lata temu pojawił się u mnie, przez długi czas byłam pod opieką pulmunologa. Diagnozowali go na szystkie strony (nawet na szpitalnym oddziale) i skończyło się na stwierdzeniu: „Kaszel po chorobie może trwać i pół roku” . Ten jest wyjątkowo upierdliwy, bo nie opuszcza mnie już prawie 20 lat. Dlatego bałam się zakażenia koronawirusem i zapalenia płuc, które bywa powikłaniem w jego przebiegu. Jakoś mi się udało 😉
      A kaszel? Przyzwyczaiłm się do niego, tylko w dzisiejszych czasach strach zakaszleć w przestrzni publicznej 😉

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *