Szósty października i… wielka tajemnica

To był wyjątkowy poniedziałek.

Chociaż pierwszy tydzień października zbliżał się ku końcowi, pogoda całkiem niejesiennie zachęcała do spacerów.

Pinsk

Dom przy ulicy Nadbrzeżnej wyróżniał się czerwonym dachem. Otaczało go ogromne podwórko z wielką wjazdową bramą i niewielką furtką. Z domem sąsiadowały stajnie pińskiej policji konnej. Obok były magazyny.

 

Bliziuchno, niemal przed bramą płynęła rzeka. Od jej nurtu oddzielał tylko wąski chodnik, jezdnia i nadrzeczny bulwar. Ot… wybiec prościutko i od razu nad szeroką wstęgę Piny.
Pinsk

Miasto rozłożyło się tylko na jednym jej brzegu.

Po drugiej stronie majaczył tajemniczo obszar starorzeczy i moczarów.

 

Tego dnia w domu kręciło się wyjątkowo dużo osób

Wszystko było jakieś inne. Kobiety uwijały się w wielkiej kuchni. Z potężnych saganów parowała woda. Trzeba jej było nanosić ze studni, bo chociaż światło elektryczne świeciło jasno, wodociągów w mieście jeszcze nie było, a ustronne miejsce w kąciku podwórka uśmiechało się wyciętym w drewnie serduszkiem.

Dwie małe dziewczynki zaszyły się pod kuchennym stołem. Od chwili, kiedy najstarsza siostra wyszła do szkoły, siedziały tam cichutko jak myszki. Nie pamiętały, żeby kiedykolwiek było tu aż tak ludno. Nawet wtedy, kiedy Nikulina przychodziła prać na wielkiej tarze i przez cały dzień nosiła wodę do balii…

Nikulina uwielbiała herbatę. Piła tak ogromne ilości, że mamusia zostawiała jej w prikusku konfiturę.

Ale dzisiaj działo się coś osobliwego. 

Mamusia zachowywała się dziwnie. Polegiwała w sąsiednim pokoju, a tatuś?… tatuś nerwowo krążył między domem a policyjnymi stajniami.

Młodsza z dziewczynek nie miała jeszcze skończonych trzech latek i zupełnie nic z tego rozgardiaszu nie rozumiała. Średnią – pięciolatkę – rozpierała ciekawość. Wystawiła spod stołu tylko kawałeczek noska i…

– A wy co tu robicie? Marsz na podwórko! Zawołamy was, jak będzie po wszystkim
– Po wszystkim? To znaczy po czym?

 Odpowiedzi nie było. Tylko szeroki ruch „ciocinej” ręki wskazujący na drzwi. Cóż było robić… dziewczynki schwyciły się za rączki i wybiegły na podwórko.

W domu jakaś Wielka Tajemnica, a tutaj tak nudno.

Były niepocieszone. Nawet w stajniach zupełnie pusto – panowie policjanci niedawno wyprowadzili wszystkie konie. Za to nad rzeką… o… tam bliziutko, za bramą jest wielki drewniany basen i policyjna przystań z łódkami i kajakami. Latem pływało się taką łódeczką z tatkiem i mamusią. Było intrygująco i odkrywczo 🙂

No i ten basen. Prawdziwe cudo! Na zimę podciągali go do góry taką maszynerią z łańcuchów, bo zamarzająca Pina mogła pogruchotać ścianki.

Niewiele myśląc, dziewczynki wybiegły przez bramkę i siup do jednej z łódek. Bez obawy – pojazd rzeczny był mocno przywiązany łańcuchem do nabrzeża. Siedziało się w nim bezpiecznie i huśtało na wszystkie strony. A ile przy tym było radości…

Donośne zawołanie przewróciło dziewczyński świat do góry nogami:
– Wra-caj-cie! Bocian przyniósł wam braciszka!

bociek

Był 6 października 1930 r.

Na świat przyszło najmłodsze z czworga dzieci dumnej,
choć zubożałej szlachcianki i mazowieckiego chłopa.

Mój tata 🙂

Ps. Przyznaję się bez bicia – wyciągnęłam na powierzchnię swój dawniejszy tekst, jeszcze z innego bloga ale… 🙂 sentymentalny październik nadszedł
Notka mało turystyczna, fotografii w niej mało ale zdjęć po prostu nie ma. Kiedy trzeba było uciekać, zostały TAM. Trochę szkoda.

A historyjka, to taka „wizualizacja” na podstawie ciotczynych opowieści (bo narodziny beniaminka wryły im się w pamięć, oj wryły) 😀

Ten wpis został opublikowany w kategorii G0_WSPOMINKI, najnowszy wpis i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

10 odpowiedzi na „Szósty października i… wielka tajemnica

  1. Rumcajs pisze:

    Dzięki, że wyciągnęłaś ten tekst na powierzchnię, bo inaczej bym go nie przeczytał. Jest super. Tak mi się jakoś dziwnie zrobiło…

  2. notaria pisze:

    Pamiętam tę opowieść! :-)) Miasto nad Piną, fajnie i … dzisiaj daleko.

  3. Stokrotka pisze:

    Piękny tekst.
    Byłam w Pińsku, tam nadal nad Piną jest tak cicho i nostalgicznie.

    Pozdrawiam serdecznie.

  4. Jolanta pisze:

    Ja też pamiętam tą Twoja opowieść, ale z przyjemnością przeczytałam po raz kolejny. Ech… to były czasy. Rodzeństwo bociany przynosiły, nie było gender i tych innych głupot. To był świat w zupełnie starym stylu. I chociaż życie toczyło się jakby wolniej, to upływ czasu był taki sam. Dzieci tak samo szybko rosły jak teraz.
    Pozdrawiam bardzo cieplutko:-)

  5. Zofia Konopielko pisze:

    Piękna opowieść, klimatyczna i te zdjęcia….

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *