Na zimową zmianę czasu (podobno ostatnią)

Do nas należą tylko godziny. A godzina szczęścia znaczy wiele (Teodor Fontane)

Ależ naśniłam bzdur

Jesteśmy na wycieczce. Nie sami. Nie pamiętam, kto był w drugim samochodzie, nie pamiętam nawet, kto – oprócz nas – był w Pelaśce (pieszczotliwa nazwa naszego autka).

Zatrzymujemy się na posiłek w niedużym miasteczku (w domyśle Radomsko, więc skąd dookoła piękne, porośnięte kolorowymi domkami pagóry?). Musi być krótko po jakiejś większej ulewie, bo wyraźnie widać wzburzoną rzeczkę, obok której parkujemy, osuwającą się skarpę z wypłukanymi cegłami, ogromne kałuże.

Domyślni Oni (których nie zapamiętałam) idą poszukać knajpki z dobrym jedzeniem, mnie zaczepia Nieznajoma szukająca bezstronnej porady przy zakupie pierścionka. Jest tandetny, odradzam, w związku z czym narażam się na słowny atak Sprzedającej. Ignoruję go, usiłując odnaleźć Moich.

Nagle przebłysk – dogonię ich, tylko sfotografuję ten cudny kościół obok ryneczku, i te ruiny, i tamte… żeby było szybciej pojadę Pelaśką. Przecież kiedyś, lata temu, jeszcze starym Peugeotem jeździłam po lesie…  podskoczę szybciutko. Nikt nie zauważy.

Miasteczko

Miasteczko ma dziwnie strome, wąskie i brukowane uliczki ale co tam, udaje mi się zaparkować (oczywiście pod górkę). Starannie zaciągam hamulec ręczny, sprawdzam nawet kilka razy czy dobrze to zrobiłam (zaciągając i puszczając od nowa). Mogę iść, będzie dobrze 🙂
Tylko jakim sposobem otworzyłam przy okazji dach autka? Wcześniej nie zauważyłam, żeby Pelaśka była kabrioletem.

Cykam foty zachwycona – jest wspaniały portal nad przechodnią bramą, w oddali ruiny zamku, kamienice, ozdobne detale. Z zaskoczeniem zauważam, że oprócz cieku, przy którym parkujemy, mają tu też całkiem słuszną rzekę. Koniecznie muszę pstryknąć panoramę na pagóry po jej drugiej stronie. Wspinam się więc stromą uliczką do ruin z widokiem.

Warto było. Pod stopami rwąca kipiel. Oj, chyba idzie fala powodziowa. Z wodą szarpie się łoś, obok niego tygryso-pantera (!). Na drugim brzegu podtopione samochody osobowe, kampery, domki działkowe i okazała willa. Nagle kolejno pochłania je topiel. Robi to widowiskowo.

„Pelaśka”

Czas wracać. Kiedy (nie bez przeszkód) docieram w końcu do zaparkowanej Pelaśki, zamiast zielono-srebrnego kabrioletu widzę tylko jej szmaragdową maskę i szkielet ścian bocznych. Pośrodku „skorupki”  łagodnie uśmiechnięty Bodzianek przegląda jakieś papiery a Dziecię Pierworodne (skąd się wzięło?) oznajmia z wyrzutem – „Nie zaciągnęłaś ręcznego!” – i znika.
– „Wszyscy już pojechali. Dla nas zabrakło biletów. Dzwoń po urlop na żądanie” – to już Pan Mąż. Żadnego nawet z lekka podniesionego tonu, żadnego grymasu, po prostu stoicki spokój. Anioł nie człowiek…

Skoro i tak powrót do domu się odwleka, czas najwyższy napełnić żołądki. Bodek staje w kolejce do jakiegoś „futraka” (Food Trucka), ja odchodzę tylko kilka kroków… bo tam, w malowniczej skorupie pozamkowych murów pasą się jakieś dziwne stworzenia. Do złudzenia przypominają pozaziemskie stwory z „Gwiezdnych wojen”. Fotografuję, fotografuję, fotografuję i… znikam z aparatem za najbliższym rogiem. Tylko na chwileczkę (całkiem jak w Pradze mojego dzieciństwa, gdzie zgubiłam się tym sposobem własnej rodzinie). Za tym rogiem klimatyczna wąska uliczka z dziwnymi drewnianymi nadbudówkami, korytarzami… wchodzę.

Cuda, cuda…

Wychodząc widzę kolejną ciekawostkę – dwupiętrowa kamienica z fantastycznie zdobioną fasadą, na której pęczkami wiszą sobie… kozy! Przyczepione pazurkami do tynku, meczą wesoło. Przyglądam się dokładniej – są kozy ale widzę też ludzkie postacie. Jak oni się na tej ścianie trzymają? Ni z tego ni z owego zaczynają odpadać. Jak ulęgałki, kolejno – najpierw kozy, potem ludzie. Aparat mi się zacina z wrażenia.
Tłum gęstnieje, szemrze – „Pani Premier, Pani Premier idzie!”
Skąd się tu wzięła? Po co? Może z tymi „ulęgałkami” to zaplanowany występ? Specjalnie dla niej?
Nie dowiem się już. Otwieram oczy.
Za oknem szaleje orkan Grzegorz. Deszcz tłucze po parapetach.
Zegarki wskazują różne godziny.
Normalka.
29 października.
Zmiana czasu na zimowy (podobno ostatnia).

Kiedy zmieniamy czas na zimowy, zegarki wiedzą swoje

Ten wpis został opublikowany w kategorii F0_RÓŻNOŚCI, najnowszy wpis i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Na zimową zmianę czasu (podobno ostatnią)

  1. rodorek pisze:

    Ależ skomplikowany, straszny a zarazem piękny sen:)))

  2. Jolanta pisze:

    Oj, dziwne, dziwne sny bywają. Opisane świetnym piórem, czyta się lekko, łatwo i przyjemnie. Na snach nie znam się zupełnie … ot, śpi się i śni się – jak to mawiała moja Ciocia w Radomsku mieszkająca, niestety już nie żyjąca.
    Synowa była z Radomska, niestety nie jest już moją synową. Świat się kręci bez pamięci!
    Ja zamknęłam komentarze do bloga, bo komentatorzy jacyś inni niż drzewiej bywało. Starzy znajomi przenieśli się do fb, młodzi nie rozumieją, wróć, ja nie bardzo rozumiem komentarzy młodych. Przykład: … nie wiem co do ciebie mam napisać … Nie wiadomo czy płakać, czy śmiać się. ‚Stara’ znajoma nieuprzejmie pisze jak ocenia mój wpis, ha,ha…eeee… do 4 litery alfabetu to wszystko.
    Postanowiłam zamknąć komentarze a wpisy blogowe umieszczać na fb, znaczy się link do bloga załączać. Nie będę się użerała z nieuprzejmością i młodzieżą, która nie wie…
    Pozdrowienia zostawiam 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *