Warning: fopen(/tng/botgenlog.txt) [function.fopen]: failed to open stream: Permission denied in /tng/log.php on line 68

Warning: Cannot modify header information - headers already sent by (output started at /tng/log.php:68) in /tng/genlib.php on line 61
Wspomnienia z zesłania: Kielakowie.pl
Pliki Cookie pomagają nam udostępniać nasze usługi. Korzystając z witryny Kielakowie.pl zgadzasz się na wykorzystywanie plików cookie. Więcej o polityce plików cookies.   OK
Polski USA Deutsch Ruskij

Znajdź osobę

Główne gałęzie

Weronika Stonoga z d. Koralewicz



Wspomnienia z zesłania
Na podstawie wspomnień Weroniki Stonogi pod tytułem "Moje wspomnienia z wywózki"
z książki "20 lat Koła Związku Sybiraków w Gorzowie Wielkopolskim" wydanej przez Wojewódzki Ośrodek Metodyczny w Gorzowie Wlkp.

Weronika Koralewicz Weronika Stonoga

Nasz exodus rozpoczął się 10 lutego 1940 roku. Mieszkaliśmy wtedy w miejscowości Gdeszyce, pow. Przemyśl, woj. Lwów. Byłam wówczas malutka, miałam niespełna 3 latka, a braciszek - zaledwie 6 miesięcy. Tego dnia był u nas także brat mojej mamusi, dwunastoletni Janek.
Z samej wywózki niewiele pamiętam. Z wielokrotnie powtarzanych opowiadań rodziców utrwalił mi się obraz enkawudzistów z karabinami, wrzeszczących: „Odiwaj rebiat! Bieri łuk i sało. Bistro! Bistro!” (Ubieraj dzieciaki! Bierz cebulę i słoninę! Szybko! Szybko!). Roztrzęsionej mamie wszystko leciało z rąk. Nie mogła sobie poradzić – zapłakana, ubierała mnie i rozbierała na przemian, aż w końcu zrobił to za nią jeden z żołnierzy. Odział też i młodszego brata. Ojca, który był leśniczym, pilnowali tak bardzo, że nie puszczali samego nawet do ubikacji. Cały czas pytali o broń.
Mama znalazła jednak w sobie tyle przytomności umysłu, by wypchnąć mojego małego wujka na dwór, szepcząc mu na ucho: „Janek, ty leć do domu i powiedz, że nas na Sybir wywożą”. Jej braciszek, co sił w nogach, pognał drogą w kierunku rodzinnego domu. Gdyby pobiegł lasem, mógłby przecież rozminąć się ze swoimi rodzicami...ich też gnano już w nieznane. Jankowi pozostało tylko wskoczyć na sanie i przekazać z płaczem informację od siostry: „Kasię z dziećmi też wywożą”.
Zawieziono nas saniami do stacji węzłowej w Drohobyczu. Tam zapakowano do bydlęcych wagonów, zaryglowano drzwi i - mimo trzaskającego mrozu - pozostawiono tak na kilka godzin. Okazało się, że podobne wagony stały też na innych torach. W jednym z nich – i to dokładnie naprzeciwko - zamknięto moją babcię z dziadkiem i całą rodziną. Mama usłyszała ich głosy, próbując otworzyć okno wagonu. Siostry i matka błagały ją, żeby nas – maluchów - podniosła do okienka. Chciały nas jeszcze zobaczyć. Udało się spełnić ich prośbę dosłownie w ostatniej chwili, bo kilka minut później, stojący na sąsiednim torze pociąg ... ruszył. Nasz wagon stał jeszcze długo, ale w końcu i my pojechaliśmy w nieznane. Bez majątku, bez niczego, ubrani tak, jak staliśmy ... w Gdeszycach pozostał cały dorobek życia – nowo wybudowany dom, krowy, świnie ... cały nasz dobytek.
Nasz transport ruszył w innym kierunku niż ten, w którym byli dziadkowie. Jechaliśmy bardzo długo – miesiąc, lub dłużej, jak opowiadała mama. Trafiliśmy na Ural. Zawieźli nas gdzieś w lasy do tzw. łagrów. Polacy musieli budować sobie ziemianki. Miały one jedno okienko. Spaliśmy na pryczach i słomie.
Rodzice cały dzień musieli ciężko pracować w lesie – mężczyźni przy wyrębie, kobiety znosiły gałęzie i korę. Wiem, że głodni i przemarznięci, siedzieliśmy z bratem sami, na stole zrobionym z nieoheblowanych desek i tak wypatrywaliśmy rodziców przez okienko, aż nam nosy do szybki przymarzały. Któregoś dnia mój dwuletni braciszek zauważył w naszej ziemiance jakiś ruch: „Patrz Niunia, szczury”, a ja mu na to: „Siedź cicho, bo nas zjedzą”.
Mrozy były tam straszne – 40, 50 stopni. Mimo kufajek i walonek z onucami, było zimno. Polacy byli głodni i zmarznięci. Wielu umierało w lesie, więc chowano ich pod śniegiem. Rodzice dostawali głodowe porcje chleba, ale i tak dzielili się z dziećmi, inaczej by nie przeżyły. Ojciec dostał szkorbutu i wypadły mu wszystkie zęby. Podczas ciężkiej pracy w lesie, odmroził sobie nos i uszy.
O polepszenie losu Polaków upominał się u Stalina gen. Władysław Sikorski. To on wystarał się u Amerykanów o pomoc w postaci żywności (mąka, cukier) i ubrań. Nie wszystko jednak z darów UNRR-y docierało do zesłańców. Kradli z nich nie tylko Ruscy, ale też ci z Polaków, którzy pracowali przy rozdzielaniu paczek. Rodzice wspominali, że płakali na wieść o śmierci gen. Sikorskiego. Razem ze swymi współtowarzyszami niedoli obawiali się: Teraz to już z nami koniec będzie. Nikt już o nas nie będzie walczył i upominał się u Stalina. Niektórzy załamywali się psychicznie. Myśląc, że nigdy nie uda im się wrócić do Polski, że zawsze już będą głodować i marznąć - odbierali życie sobie i swoim bliskim. Nie chcieli się dłużej męczyć.
Później przewieziono nas do kołchozu w Uspience. Chociaż tam rodzice także musieli ciężko pracować – tym razem w polu i w kołchozie - było jednak trochę lżej niż w łagrze. W baraku mieszkalnym przydzielono naszej czteroosobowej rodzinie jeden mały pokoik. Od 1943 roku było nas w nim już pięcioro – tam właśnie urodził się mój drugi brat.
Barak był drewniany, po obu stronach długiego korytarza znajdowały się małe pokoje, w których mieszkały pięcio- i sześcioosobowe rodziny. Budynków nie opalano. Było głodno i chłodno, a w nocy dodatkowo gryzły nas pluskwy i wszy.
W Uspience zachorowałam najpierw na czerwonkę, później na tyfus plamisty. Zawieziono mnie do szpitala, znajdującego się w miejscowości odległej o 50 km. Nie był to dobry szpital – nie dbano tam o zdrowie nawet Ruskich, a co dopiero Polaków. Źle było ze mną - byłam już tak słaba, że przestałam chodzić i mówić. Umieszczono mnie w izolatce. Kiedy mamusia dowiedziała się o tym, przyniosła pielęgniarkom swój przydział mąki i ciastek z UNRR-y. Narobiła takiego szumu, że w końcu przyszedł lekarz i widząc, że rzeczywiście jestem na wykończeniu, kazał mnie karmić, zarządzając przy tym dość oryginalną dietę: „Etoj dziewoczkie nada wodki”. Mama - choć zdziwiona - wystarała się gdzieś u Ruskich o samogon i przywiozła go do szpitala. No i tak mnie leczono.
W szpitalach nie tylko brakowało lekarstw. Prawie wszyscy lekarze byli na wojnie, od czasu do czasu przychodzili tylko dyżurni. Kiedy wreszcie nabrałam sił i sama wychodziłam do nocniczka na korytarz, moją uwagę zwrócił wielki pokój, pełen dzieci i niemowląt...dużymi wózkami wywożono z niego ciągle małe ciałka zmarłych. Te z maluchów, które jeszcze żyły - płakały, bo były chore i głodne. Nawet, jako sześcioletnia dziewczynka zdawałam sobie sprawę, że to coś nienormalnego, by pielęgniarki wypijały mleczko tym małym dzidziusiom. Opowiedziałam o tym mamusi, a ona mi wytłumaczyła, że pielęgniarki tak robiły, bo same były głodne, a niemowlęta przecież nic nikomu nie powiedzą ... tylko płaczą i umierają ...
Po powrocie ze szpitala byłam wiecznie głodna, a tu nie było co jeść. Pamiętam, jak starsi, dziesięcioletni chłopcy, zapędzili krowę predsiedatiela do stodółki, w której trzymano siano. Każdy wziął jeden metalowy kubek i doił tę krowę — jeden uczył drugiego, a było nas tam chyba z dziesięcioro. W całej tej wsi, czy kołchozie, była zresztą tylko jedna krowa. Potem już jej latem nie puszczano samej, żeby jej Polacy z głodu nie wydoili ...
W 1945 roku wywieziono nas bliżej Polski — w okolice Smoleńska i Charkowa, do kołchozu Profintier im. Józefa Stalina. Tutaj też mieszkaliśmy w barakach. Sami Polacy. Ojciec mój pracował przy wodokaczce — takiej wysokiej wieży z kołem, która pompuje na stepie wodę z głębin, a mamusia była stróżem w oborze z bydłem. Ojciec był mechanikiem i konserwatorem tej wodokaczki. Byli z niego zadowoleni i za to, że był dobrym pracownikiem, dali mu w nagrodę małego prosiaczka. Tata zagrodził go deskami w naszym małym pokoiku, a my, dzieci, mieliśmy uciechę. Prosiak był z nami z tydzień, a potem zniknął — na pewno rodzice go zabili, żebyśmy mieli co jeść.
W kołchozie były pola słonecznikowe, kartoflane, buraczane i pomidorowe. Pracowali na nich Polacy, ale nie wolno im było niczego wziąć. Nadal dostawaliśmy głodowe porcje chleba, ale raz dziennie także i zupę — barszcz ukraiński. Bardzo tę zupę lubiłam. Też była porcjowana.
Niektórym udawało się coś tam ukraść z pola, choć - gdyby ktokolwiek zobaczył i doniósł - groziło za to więzienie. My, starsze dzieci, 6-, 7-letnie, zbieraliśmy z pola (dla kołchozowych świń) kłosy lub podmarznięte ziemniaki. Nie widziałam tam drzew owocowych, ani żadnych innych. Były tylko stepy, a na nich burzany, które ludzie zbierali, aby palić nimi w piecach.
rodzina Koralewiczów Wiosną 1946 roku wróciliśmy do Polski. Kiedy przez okno bydlęcego wagonu zobaczyłam kwitnące jabłonie, grusze i wiśnie byłam naprawdę pod wrażeniem: „Ale tu jest pięknie! Co to za kraj?” Mamusia powiedziała: „To, dziecko, nasza Polska”. „Mamusiu, jaka piękna jest nasza Polska!”.
Z zesłania jechaliśmy długo — prawie miesiąc. Nie zawieziono nas już w rodzinne strony, bo te ziemie zajęli Ukraińcy, tylko na zachód, do Piły. Miasto było zburzone po wojnie, więc gdy transport stanął, Polacy poszli je obejrzeć i może coś przynieść. Jeden z chłopców znalazł niemiecki długopis, czy coś w tym rodzaju. Była to mina ... zabiła go. Inni przynosili szmaty, a ja ... nazbierałam kwitnących piwonii i kolorowych papierków. Przyniosłam je w podołku i bawiłam się nimi. Nigdy dotąd czegoś takiego nie widziałam – ani kwiatów, ani kolorowych papierków.
Potem nasz transport wyruszył przez Krzyż do Gorzowa Wielkopolskiego. Tu mieszkaliśmy kilka miesięcy, a z PUR-u dostawaliśmy kartki na żywność. Stąd pojechaliśmy do Racławia w gminie Bogdaniec. Ojciec poszedł do pracy w warsztacie PGR-u jako mechanik -naprawiał snopowiązałki, podkuwał konie itp. Mama też musiała pójść do pracy, a my znowu zostaliśmy sami w domu. Jesienią 1946 r. rozpoczęłam naukę w 1 klasie Szkoły Podstawowej w Racławiu. W tym samym roku poszłam do I Komunii Świętej w Baczynie. Tam też poszedł do Komunii mój brat Edek. Józek zaś został ochrzczony - jako trzyletnie już dziecko - bo tam, na Uralu, gdzie się urodził, Ruscy trzymali w kościołach zboże lub owce.