Polscy rekruci w wojskach zaborczych

Z Wiki Kielakowie.pl
Skocz do: nawigacja, szukaj

Opowiadanie pochodzi z pisma ludowego "Przewodnik kółek rolniczych" wydanej we Lwowie 1 czerwca 1892 roku

Z dawnych wspomnień

(Pisownia oryginalna)

Kiedy sobie wspomnę na tych starych wiarusów, których znałem dawno już temu, bo w ubiegłej mojej młodości, to jeszcze dziś z pewnem wzruszeniem przypominam sobie ich postacie i te opowiadania o tych dziwnych losach, jakie przechodzili i o tych przygodach, jakich doznali.
Ot, przychodzi mi na myśl taki jeden z dawnych wiarusów, którego znałem już starcem poważnym siedemdziesięcioletnim. Nazywał się Mijakowski[1], urodził się we wsi Kowalewie w województwie Płockiem, w powiecie Mławskim i tam też umarł w późnym wieku już po 1840 r. Nosił się, jak to u nas mówią, z waszecia, to jest chodził w kapocie i czapce z daszkiem, przytem w spodniach na buty. Był bardzo poważany od wszystkich, bo też zasługiwał na to sobie. Dziwny miał dar opowiadania, a miał o czem mówić, bo służąc naprzód w wojsku pruskiem, a potem w polskiem, przeszedł całą Europę, od Gdańska do Neapolu i od Madrytu do Moskwy. Kiedy też zaczął coś mówić o dawnych czasach i wypadkach, godzinami całemi z największem zajęciem go słuchano i nikt jak to mówią pary z ust nie wypuścił, żeby nie przerwać starcowi jego zajmującego opowiadania. Ale bo on też doznał tyle rozmaitych przygód...
Opowiemy tu ustęp jeden z jego życia, jak się dostał do Wojska pruskiego i jak z niego wyszedł.

Wiadomo, że zanim Polskę rozebrały trzy sąsiednie mocarstwa, to u nas wcale nie brano do wojska nikogo, czyli w rekruty. Po rozbiorze Polski najezdcy poczęli brać u nas rekruta, co, że to dotąd rzecz niesłychana u nas była, więc ludzie poczęli narzekać i żałować, że nie dostatecznie Ojczyznę bronili i że ich Bóg za to strasznie ukarał, bo gdy nie chcieli po dobremu dopełnić obowiązku względem własnego kraju, teraz musieli iść do wojska najezdcy i w poniewieraniu służyć mu długie lata. Trzeba jeszcze i to wiedzieć, że przed stu laty, to jest kiedy następował ostatni rozbiór Polski, służba wojskowa była wtedy niesłychanie uciążliwa i długoletnia. Kogo wtedy wzięto w rekruty do wojska, to musiał służyć już przez całe prawie życie, tak, że wzięty w rekruty w młodości, wracał do swoich dopiero na starość jako dziad do niczego już niezdolny. I to jeżeli jeszcze wrócił na starość, bo po największej części ci co zostali zarekrutowani do wojska już nigdy do domu nie wracali i nie wiadomo nawet co się z nimi i kiedy stało. Zginęli na wojnie, albo też pomarli z nędzy, poniewierki i tęsknoty za krajem. Łatwo więc pojąć, że jak przyszedł czas poboru do wojska, to w całej Polsce wtedy była rozpacz i płacze, gdyż młodzi obawiali się, że ich wezmą do wojska, a starsi, to jest rodzice - że potracą synów. Sam też pobór odbywał się wtedy wcale inaczej jak dzisiaj. Wojsko bowiem zaborców otaczało wsie i miasta i chwytało każdego młodego, który aby nie uciekł, zaraz go w kajdany okuwano i w takiej paradzie prowadzono do miejsca zbornego, a stamtąd wysełano daleko między obcych, aby po rozdzieleniu po pułkach utrudniona była sposobność do ucieczki. Jeżeli teraz dodamy do tego, że nauka mustry była dawniej bez porównania cięższa jak teraz, to zrozumiemy, jak dla takiej młodzieży wiejskiej była trudna, bo komenderowano w języku obcym, zupełnie nie zrozumiałym dla Polaków. Bito więc i szturkano tych biedaków nie wiedzących czego chcą od nich, więc też cierpieli okrutnie i marli z tej poniewierki jak muchy, a nikt się nad niemi nie zlitował. Razu więc jednego otoczyło wojsko pruskie raniutko wieś Kowalewo i nuż chwytać młodzież do wojska, przyczem nie obeszło się bez bicia kolbami. Młody Mijakowski chciał się w słomie ukryć, ale go prusacy wyciągnęli stamtąd, przyczem jak to sam opowiadał potem: zbito go na leśne jabłko. Kiedy już połapano młodzież, ogolono jej pół głowy dla odznaki, okuto w kajdany i popędzono pod strażą w prowincye niemieckie, do Prus należące. Dla tych ludzi, swobodnie sobie na wsi dotąd żyjących, rozpoczęło się teraz istne piekło, kto nie chciał to ich bił. Mijakowskiego przeznaczono do huzarów pruskich i kazano mu być szwadronowym trębaczem.

- Boże mój kochany! - mawiał w starości potem Mijakowski - ilem ja to kary znieść musiał, nim w końcu trochem się zdołał pomiarkować co te Niemcy do mnie gadają, a potem nimem poznał mustrę, a dopiero też nimem się wyuczył na trąbie! Nie jeden z naszych nie mogąc znieść takiego nieludzkiego obchodzenia się, zabił się sam, albo suchot dostał i umarł marnie. Prusacy, co tylko chcieli, to sobie pozwalali z Polakami, zaufani w swej sile, a nie wiedzieli, że i nad niemi kara Boska wisi. Napoleon I. cesarz francuski wypowiedział im wojnę, rozbił ich zupełnie pod Jeną i zajął ich stolicę Berlin. Na tę wiadomość szczęśliwą i na wieść, że jenerał Dąbrowski z legionami polskiemi do Poznania ciągnie, zawrzało zaraz jak w ulu I w zaborze pruskim, to jest w tej części naszej Ojczyzny, którą prusacy zabrali. Kto żył chwytał za broń, aby się tylko pozbyć najezdców. Poczęły się wszędzie tworzyć zbrojne Polskie oddziały i jak słusznie ówczesny król saski powiedział: "polskie oddziały zbrojne występowały wszędzie jak z pod ziemi!" Niemcy, którzy przedtem tak butni, tak dokuczliwi byli, od razu zmiękli i poczęli Polaków nazywać "szlachetnym narodem", i nuż się umizgać do nas, bo strach ma zawsze duże oczy. Skoro zjawił się Dąbrowski z legionami, uniesienie i zapał doszły do najwyższego stopnia. Wsie i miasta, bogaci i biedni przyjmowali legionistów jak zbawców. Wszystko, co żyło, spieszyło w szeregi Polskie i rozpoczęły się teraz większe bitwy, aby oczyścić kraj z niemieckich przybłędów, którzy zabierali nam ziemię, traktując nas samych jak nieboskie stworzenia. Między innemi nastąpiła krwawa bitwa pod Tczewem[2], tem się szczególniej odznaczająca, że cztery tysiące naszej ruchawki, w której wielu włościan z braku karabinów, zbrojnych było tylko w kosy lub w widły, rozbiło w puch regularne wojsko pruskie i w dodatku będące w sile przemagającej, gdyż go liczono do ośmiu tysięcy. Mijakowski jako trębacz był w tej bitwie jeszcze po stronie prusaków i tak o niej opowiadał:

Juliusz Kossak - potyczka
Juliusz Kossak - zdobycie Tczewa
- Pułk huzarów pruskich, w którym służyłem ustawiono na obszernem błoniu i po chwili kazano mi trąbić do ataku na naszych braci. Trąbię więc, ale sobie myślę: obym ja wam na pogrzeb zatrąbił, niegodziwe szwaby! Na dany znak ruszyliśmy się w szalonym galopie, co koń kłuty ostrogą wyskoczyć tylko zdołał. Pędziliśmy jak wiatr, ale w czasie tego szalonego biegu i nasi bracia też nie próżnowali, lecz tęgo nas ogniem witali, tak, że gdyśmy do nich przypadli, tyle już nam koni i ludzi sprzątnęli, że osłabieni już się do ostatniego skoku zebrać jakoś nie sporo było, tem więcej, że przeciw nam nadstawili się Polacy z bagnetami i kosami. Polaków wraz ze mną służyło w tym pułku huzarów ze czterdziestu, pomiędzy którymi było kilku tęgich wiarusów, więc też niektórzy z nich poczęli głośno teraz wołać: Za jakiego dyabła mamy się bić za tych lutrów przeciw swoim! Ja też gdzie spojrzę - opowiadał dalej Mijakowski - to wszędzie nasi tłuką szwabów, więc na ten widok przybyło mi serca i z tej wielkiej radości kiedy bez rozkazu, tak sam z siebie nie zatrąbię do odwrotu, a moim niemiaszkom w to im graj i tak jakby tylko czekali na to hasło, kiedy się nie zwrócą i nuż zmykać i to prędzej jeszcze jak przybyli. Stał się więc zaraz popłoch dziki a ogólny, bo za przykładem huzarów drapnęła i piechota pruska, a nasi nie zaspali gruszek w popiole, lecz wpadli jej na kark i bili a gonili dalej. Cieszyłem ja się w duszy niemało, żem się tak pięknie przysłużył niemiaszkom i co prawda nigdym tak wesoło nie trąbił hasła do odwrotu, jak wtedy. Moja trąbka, zdawało się, że śpiewa: Uciekajcie Niemcy! Ale ze mną ledwie się źle nie skończyło za wyświadczenie tej przysługi Niemcom - mówił dalej Mijakowski. W bezładnej ucieczce Prusaków, nie mogąc się na wolniejsze miejsce wydostać ze zbitej gromady, pędzę z drugimi przed siebie, wciąż wytrębując do odwrotu ile mi piersi starczyło, tak, że pomimo huku i krzyku wszyscy Niemcy tę komendę dobrze słyszeć mogli. Rotmistrz pruski - pamiętam go jakby dziś jeszcze, z wielkim brzuchem i z taką ogromną jak sito gębą - rozwścieczony tem, żem bez rozkazu do odwrotu trąbił, leci wprost do mnie jak szalony z pałaszem w ręku i krzyczy w swej mowie: "Ach ty zdrajco! kto ci kazał trąbić, przeklęty Polaku!" Nie miałem co czekać, bo już chwili nie było do stracenia. Schwyciwszy więc za mój pałasz, kiedy nie lunę go przez łeb, a mój rotmistrz fajt na ziemię między konie. Masz, coś chciał! Nie jestem zdrajcą, byłbym nim, gdybym się był bił przeciwko braciom naszym, a że wyście mię gwałtem wpakowali do swych szeregów, to ja jeszcze Prusakiem przez to nie zostałem. Wydobywszy się szczęśliwie z pośród uciekającego tłumu, pospieszyłem zaraz do swoich, bo któżby wtedy chciał bezbożnie najeźdźcom służyć, kiedy bracia powstali, żeby ich wypędzić z kraju!

I odtąd służyłem u swoich w ułanach, trąbiąc im do zwycięstwa i chwały na wszystkich pobojowiskach Europy, gdzie tylko nasze orły wraz z Napoleońskiemi pojawiły się, a potem, gdy cesarz Napoleon I-szy upadł, wróciłem na zagon ojczysty.

Zygmunt Gawarecki.


Przypisy


  1. Nie podano niestety imienia bohatera tego opowiadania. Tutaj można zobaczyć gałąź Mijakowskich od XVIII wieku. Może to któryś z nich?
  2. Bitwa pod Tczewem odbyła się 23 lutego 1807 roku.