Bereda Ignacy i Franciszka z Białków - F5075

Z Wiki Kielakowie.pl
Przejdź do nawigacjiPrzejdź do wyszukiwania

Historia rodziny Beredów

Opublikowano za zgodą Eugeniusza Beredy


Tragiczne wydarzenia roku 1943

Malcowizna - to niewielka wioska otoczona sosnowymi lasami. Na skraju tej wsi mieszka rodzina Beredów. W ich zagrodzie - 23 lipca 1943 roku - żandarmeria hitlerowska dokonała morderczej akcji.

Ofiarami tego strasznego w skutkach wydarzenia była rodzina Beredów. Pamiętnego dnia przybyła z Tłuszcza żandarmeria i otoczyła zagrodę Ignacego Beredy. Godzina druga po północy. Jeden z domowników, Wacek, usłyszał szmery. Wybiegł na podwórko. Tam byli już Niemcy. O tej godzinie w lipcową noc, można było rozróżnić postacie. Pierwsze słowa, jakie padły z ust Niemców to: "Gdzie jest Wacek?". Wacek to najstarszy syn Ignacego Beredy. Już od 1939 roku należał do OW - Organizacji Wojskowej. Miał wtedy 23 lata. Składał przysięgę, że będzie walczył o wolność kraju, przechodził przeszkolenie. Sprawował funkcję łącznika na terenie gminy Jadów i Międzyleś. Przenosił meldunki, rozkazy, przechowywał tajne papiery.
Wacław stał przed nimi. Zagroda była otoczona. Na podwórko weszli Niemcy w towarzystwie stryja Beredy. Stryj podchodzi do Wacława i mówi: "Wacek oddaj broń". "Nie mam żadnej broni i nie wiem gdzie jest" - odpowiedział Wacek. Człowiek, który należał do organizacji nie może nic powiedzieć i nikogo wydać. Takiego zdania był każdy uczciwy Polak, prawdziwy patriota.
Rozpoczęła się rewizja. Szukali wszędzie, a domownicy musieli z nimi chodzić. W tym dniu, w domu łącznika "Brzozy" - taki pseudonim nosił Wacław Bereda - ukryte było 5 kg. bibuły, schowane w otworze podmurówki pod domem.
Dwa razy Niemiec szukał w tym miejscu. Nie znalazł. Znaleźli natomiast pistolety, które łącznik przewiózł z Warszawy i miał przekazać organizacji. Wszystkich domowników związali pętami i położyli na podwórku koło studni. Zaczęło się przesłuchanie. W stodole stał drabiniasty wóz i tam właśnie żandarmeria katowała rodzinę Beredów. Najpierw zabrano ojca - Ignacego. Rozbierali do naga. Pętami związywali nogi i dociągali do głowy. Przewieszali przez drągi leżące na wozie. Wymierzali porcję 50 kijów, 5 minut odpoczynku po to by odpowiedzieć na to, o co pytali. Po pięciu minutach druga porcja 50 kijów i znowu 5 minut odpoczynku. Gdy nic nie powiedział, otrzymywał trzecią porcję, też 50 kijów. Na każdą porcję cięli nowy kij akacjowy, ociosując z niego tylko kolce. Po 50 uderzeniach kij strzępił się na drobne włókna i przypominał szczotkę. Ojciec im nic nie powiedział, więc przesłuchiwali wszystkich po kolei. Bili po całym ciele. Najbardziej boli uderzenie w kark i w pięty - to słowa Wacława Beredy, który otrzymał porcję 150 kijów. Niemcy pytali, gdzie ukryta jest radiostacja. Nikt nie powiedział, radiostacja była uratowana.

Po przesłuchaniu związywali ręce do tyłu i kładli na podwórku. Poprosiłem o szklankę wody - opowiada Wacław Bereda. Gdy mamusia Franciszka podała mi wody, wtedy powiedziałem: "Mamusiu, ja będę uciekał". Mama powiedziała - "Synu jak chcesz, tak zrób". Była godzina 13 - ta. Ręce miałem zaciśnięte pętem. Zrobiłem ciężki, mocny unik i więzy krępujące ręce rozwiązały się. Zerwałem się z ziemi i przez furtkę, w której stał Niemiec wybiegłem na drogę. Niemiec stojący przy furtce przepuścił mnie, bo stało się to tak nagle, że nie zdążył uświadomić sobie co się dzieje. Na drodze nie strzelano jeszcze do mnie. Z obu stron drogi stali żandarmi, toteż strzelać nie mogli. Gdy minąłem drogę posypały się strzały. Pierwszy pocisk trafia mnie w tył głowy i bokiem wychodzi przez policzek. Dobiegam do głębokiego rowu pełnego wody. Wchodzę po pas, przebiegam kilkadziesiąt metrów i wydostaję się na drugi brzeg. Tu ziemia zasypuje mi oczy a dwa celne pociski ranią mnie w nogę. Dwa kolejne strzały przeszyły moje lewe ramię. Dobiegam do pobliskiego lasu, który ciągnie się do wsi Kury. W tym lesie ukryta była radiostacja. Radiotelegrafista chce udzielić mi pomocy, opatrzyć moje rany. Nie zgadzam się na to. Nie mogę się zgodzić, aby i radiostacja wpadła w ręce Niemców. Uciekam do wsi Kury. Krew wielkimi kroplami kapie na ziemię. Trasa mojej ucieczki znaczona była krwią. Cała nasza polska ziemia krwią jest zbroczona. Przedzierając się przez okoliczne lasy dotarłem do Łubi. To maleńka wioska leżąca między Białkami a Sulejowem. Wszedłem do domu Stefana Białka. Usiadłem na kuferku. Iść dalej nie mogłem. Straciłem siły. Za pół godziny przybył łącznik. Organizacja już wiedziała, co się stało. Wozem zaprzężonym w dwa konie zawieziono mnie do lekarza w Jadowie. 3 tygodnie przebywałem w szpitalu. Rana na karku była duża, mogła się w niej zmieścić cała pięść. Goiła się powoli. Obita i obolała skóra schodziła całymi płatami z pleców. Byłem "spalony". Trzeba było się ukrywać. Wacław Bereda przeżył potworne lata okupacji, ale doczekał się wyzwolenia. Brał udział w wielu partyzanckich akcjach. Był uczestnikiem "kolejówki" między Szewnicą a Urlami, rozbrajał lotnisko w Zawiszynie. Przeżył wiele pełnych napięcia, dramatycznych chwil. Nic więc dziwnego, że kiedy wrócił pamięcią do tamtych lat, głos załamywał się. To, co robiliśmy, to nie dla nas, to dla Was drodzy harcerze - zakończył opowiadanie Władysław Bereda.

Co więcej działo się na podwórku Ignacego Beredy, opowiada jego drugi syn Eugeniusz, wówczas 15-to letni chłopiec. Niemcy przesłuchiwali go i bili jak innych domowników. Pytali o radiostację - "mów, bo Wacek już powiedział". Ja nic nie wiedziałem, a chociaż bym wiedział, i tak bym nie powiedział. Związali mnie lejcem ze stryjem Aleksandrem Beredą - wspomina tamte chwile Eugeniusz Bereda. Kazano nam odkopać ukrytą amunicję. Zakopana była w krzakach po drugiej stronie drogi. Było z nami kilku żandarmów. Na odgłos wystrzałów żandarmi pobiegli na podwórko. To strzelano za moim bratem, który uciekał. Przy nas zostało tylko dwóch Niemców. Oni usiedli i spokojnie jedli. My ze stryjem kopaliśmy. Mogłem uciekać, jednak nie zrobiłem tego. Nie przypuszczałem, że będą nas rozstrzeliwać. Byłem wtedy młody, nie należałem do organizacji. Wykopaliśmy 2665 sztuk amunicji. Załadowaliśmy na furmankę. Gdy Niemcy prowadzili nas koło naszego domu, rodzice i brat Stanisław leżeli jeszcze na podwórku. Zaprowadzili nas na podwórko Aleksandra Beredy. Wtedy powietrzem wstrząsnęły strzały. W tym czasie, a była to godzina 16-ta, stała się rzecz najstraszniejsza. Niemcy dokonali egzekucji. Ofiarami ich morderczej akcji była 49-letna matka Franciszka Bereda, ojciec Ignacy Bereda lat 49 i ich syn Stanisław, lat 21. Niemcy wyprowadzili ich do zagajnika, który rozciągał się obok domu. Tam znajdował się dół do obróbki lnu. Nie musieli kopać, dół był już gotowy. Żandarmi zabili nawet podwórkowego psa i wrzucili do dołu, gdzie leżały zwłoki zamordowanych. Chcieli w ten sposób jeszcze bardziej poniżyć Polaków.

Kiedy wróciliśmy na miejsce rozpoczęcia akcji, naszych najbliższych już nie było. Miejsce koło studni było puste. Obcy ludzie zawołani przez żandarmów wynosili wszystko z mieszkania: pościel, meble, ubrania. Zabrano 5 krów i 15 uli z pszczołami. Nie została nawet buda dla psa. Na podwórku związali mnie lejcem ze stryjem Janem Beredą. Nic już wtedy nie było potrzebne. W kieszonce marynarki miałem 2 złote - i to Niemcy zabrali. Żandarm dał znak. Prowadzili nas w stronę lasu. Pomyślałem o ucieczce. W drodze do lasu rozwiązałem lejce na swoich plecach. Pytam stryja - "Przez kogo my giniemy?". Tu będziesz leżał - mówi jeden z żandarmów, wskazując na otwartą mogiłę moich rodziców i brata, obok której przechodziliśmy. Wtedy rzuciłem się do ucieczki. Kluczyłem między jałowcami. Dopadłem do pola. Żyto nie było jeszcze skoszone. To mnie uratowało. Chociaż żandarmi strzelali za mną, pociski trafiały w przestrzeń. Pogoń za stryjem Janem - on również uciekał - także nie powiodła się Niemcom. Uciekałem do Kątów Wielgich. Tam mieszkała moja siostra. Aż do wyzwolenia musiałem się ukrywać. Włóczyłem się po okolicznych wioskach. Niejedną noc spędziłem w kopkach żyta. Po kilka dni nic nie jadłem, ale dobrzy ludzie pomogli mi doczekać wolności - zakończył swoje opowiadanie Eugeniusz Bereda.

Długo jeszcze żandarmi obserwowali zagrodę Beredów. Przyjechali po dwóch dniach. Zniszczyli mogiłę zamordowanych ofiar. Powtarzali tę czynność kilkakrotnie, aż około dwóch miesięcy po wydarzeniu przyszedł Wacław z kolegami z organizacji i usypali mogiłę, która dziś przypomina owe tragiczne dni roku 1943.

Grób Franciszki, Ignacego i Stanisława Beredów w miejscu egzekucji w lesie na Malcowiźnie
Wspomnienia Wacława i Eugeniusza Beredów
spisała Emilia Białek