54 - Powstanie styczniowe

Z Wiki Kielakowie.pl
Przejdź do nawigacjiPrzejdź do wyszukiwania


Teksty źródłowe do nauki historji w szkole średniej
z zachowaniem pisowni i słownictwa oryginału.
Zeszyt 54

Kraków 1923 rok

Nakładem Krakowskiej Spółki Wydawniczej
Druk W. Ł. Anczyca i Spółki w Krakowie.

W świetle źródeł przedstawił
Marjan Dubiecki
sekretarz rządu Narodowego 1863 r.


Okres manifestacji

Traktat paryski, zamykający okres wojny krymskiej, wbrew przewidywaniom, nic Polsce nie przyniósł. Na kongresie paryskim zadowolono się obietnicą przedstawiciela Rosji, Orłowa, że cesarz Aleksander II, jeżeli zostawią mu inicjatywę i swobodę działania da pewne ulgi Polakom. Pod wpływem rozczarowania poczęły się w Polsce tworzyć tajemne stowarzyszenia patrjotyczne, a których jedne miały na celu podniesienie poziomu moralnego i materjalnego kraju, inne mniej umiarkowane, pragnęły drogą jawnych i rozgłośnych manifestacji okazać rządowi rosyjskiemu i całemu światu, że ćwierćwiekowy ucisk nie zdołał zdławić naszych dążeń do niepodległości. Mowa cesarza do szlachty miana podczas pierwszej bytności w Warszawie (dnia 23 maja 1856 r), w której wyraził się, że dla dobra samych Polaków muszą oni być złączeni „z wielką rodziną cesarzy rosyjskich”, i zakończył wyrazami „żadnych marzeń, żadnych marzeń!” wywołała powszechne niezadowolenie. Koła nawet najbardziej umiarkowane, na których czoło wysuwała się już wówczas postać Aleksandra margrabiego Wielopolskiego, pragnące jedynie autonomji Królestwa, widziały zapowiedź „zupełnego zlania się z Rosją”, co ich program obalało. Późniejsze małe ustępstwa rządu, jak otwarcie Akademji Medycznej w Warszawie, jak wprowadzenie nauki języka polskiego do szkół na Litwie, a później (w 1860) na Wołyniu, Podolu, Kijowszczyźnie, nie zadawalniały ówczesnej opinji publicznej, w postawie jej bowiem myśl o zupełnej niepodległości uwydatniała się coraz wyraźniej. Wreszcie, w Warszawie, demonstracja patrjotyczna wywołała strzały wojska, dnia 27 lutego 1861 r.


Adres do cesarza Aleksandra II, podany 28 lutego 1861 r.

Adres ten zredagował Edmund Stawiski, ziemianin i ekonomista z Sieradzkiego.

(Wydawnictwo materjałów do historji powstania 1863 – 1864, T. I.)

Najjaśniejszy Panie! Wypadki obecnie zaszłe w Warszawie, stan wzburzenia umysłów jaki je wywołał, i po nich nastąpił, głębokie uczucie boleści, przejmujące wszystkich, powodują nas w imieniu kraju zanieść do tronu W. C. Kr. M. prośbę w nadziei, że szlachetne serce jego wysłucha głosu nieszczęśliwego narodu. Wypadki te, od opisu których powstrzymujemy się, nie są wybuchem jakiejś pojedyńczej warstwy narodu, są one jednomyślnym gorącym objawem tłumionych uczuć niezaspokojonych potrzeb. Długoletnie cierpienia narodu, od wielu wieków wolnemi instytucjami rządzącego się, pozbawienie go nawet wszelkiego organu legalnego, za pomocą którego mógłby bezpośrednio przemawiać do tronu i objawiać swoje życzenia i potrzeby, postawiły kraj w tem płożeniu, że ofiarami może tylko głos podnieść. Dlatego też poświęca ofiary. W duszy każdego mieszkańca tego kraju bije silne uczucie odrębnej wśród ludów europejskich narodowości. Poczucia tego ani czas, ani wpływ rozlicznych wypadków zniszczyć, ani nawet osłabić nie zdołał. Wszystko co je obraża lub nadweręża do głębi wstrząsa i niepokoi umysły. Widzi kraj z boleścią, że gdy ta potrzeba nie została zaspokojoną, powstał stąd brak zaufania nieodzownego w stosunkach między rządzącymi i rządzonemi. Zaufanie to nie wróci, póki użycie gwałtownych i nieskutecznych środków represyjnych nie ustanie. Kraj ten, równający się niegdyś stopniem cywilizacji z innymi krajami Europy nie przyjdzie do rozwinięcia swych moralnych i materjalnych zasobów tak długu, dopóki zasady płynące z ducha narodu, jego tradycji i historji nie będą przeprowadzone w kościele, w prawodawstwie, wychowaniu publicznem zgoła w całem społecznem organiźmie. Życzenie tego kraju tem są gorętsze, że w rodzinie ludów europejskich on tylko już jeden pozbawiony jest tych koniecznych warunków bytu, bez których żadna społeczność dojść nie może do poznania celów, dla których ją Opatrzność do życia powołała. Składając ten wyraz cierpień i gorących życzeń naszych u stóp tronu, ufni wspaniałomyślnością Monarchy, odwołujemy się z zupełna wiarą do głębokiego uczucia sprawiedliwości W. Ces. Kr. Mości.

(podpisy)


Stan społeczeństwa w latach 1861 – 1862.

(Wyd. do hist. powst. 1863-64, T. I. str.19 i dalsze).

Zmiany zaszłe wówczas w społeczeństwie przejawiały się w sposób wieloraki na różnych polach. Zmiany te, dające się głównie widzieć w dzielnicach kraju będących pod zaborem rosyjskim, tam bowiem była widownia owej rewolucji moralnej i sięgały tak daleko jak sięgały granice Polski w roku 1772. Już same mocniejsze uderzenia serc w piesi społeczeństwa świadczyły, kędy to biegną granice naszych prastarych miedz granicznych. Okres demonstracyj, z przeważną cechą religijną, posiadał niemały wpływ umoralniający. Modlitwy za Ojczyznę budziły ducha narodowego. Nie były wcale czczą paradą, jak wielu nieświadomych mogłoby mniemać. Wpływ umoralniający cały nasz ogół widoczny był wszędzie, nawet dla wroga, który niemało się frasował, patrząc na podniesienie ducha, uszlachetnienie myśli społeczeństwa. „Moralna to rewolucja”, wołali oficerowie rosyjscy i rozmaitego rodzaju siepacze, „co my w tem poradzimy”. Europa około roku 1860–tego przebywała dnie pełne nadziei dla wolności i postępu ludzkości. Zdawało się, że przewaga siły nad prawem na zawsze skruszona, iż idea narodowości stała się już górującą. Wypadki, które przesuwały się przed okiem pokoleń ówczesnych, świadczyły, że marzenia ziszczać się zaczynają. Włochy odradzające się urzeczywistniały dążenia wielu stuleci. Widziano z podziwem, że wznosić się zaczyna szybko budowa, której świat nigdy przedtem nie widział, budowa włoskiej wolności i równości. Francja podniosła oręż, by ze swej krwi wytworzyć cement do pierwszych podstaw rzeczonej budowy (1859). Austja wstępowała wówczas na drogę konstytucyjną (1860), Niemcy marzyły o jedności. Manifestacyjny okres (w Polsce) przedłużając się znacznie, wywołał z jednej strony ustępstwa rządu, z drugiej troskę o podniesienie oświaty mas ludowych. Jeden to z piękniejszych objawów działalności ówczesnego społeczeństwa. Pierwsze hasła do tej nierozgłośnej a najwyższej doniosłości pracy dało Towarzystwo Rolnicze, założone w Królestwie Kongresowym, dzięki inicjatywie hr. Andrzeja Zamoyskiego. Zakładano szkółki, czytelnie, ochrony w Królestwie i na Litwie. Zawiązywano towarzystwa wstrzemięźliwości, które w diecezji wileńskiej szczególniej i na Żmudzi (pomimo oporu władz rosyjskich) wytrzebiało odwieczny nałóg pijaństwa, szerzyło zaniedbaną bardzo moralność pod wieśniaczemi strzechy.


Akt wznowienia Unji ziem Rzpltej w Horodle, spisany 10 X 1862 r.

Ostatnia bardzo tłumna manifestacja miała miejsce nas polach Horodła nadbużnego, dnia 10 października 1862 roku, gdzie spisano tzw „protest” przeciwko rozbiorowi i stwierdzono podpisami delegatów różnych ziem dawnej Rzpltej (przybyłych z trzech zaborów) unję ludów Polski, Litwy i Rusi. Protest ten tak brzmiał:

Zgromadziwszy się w dniu dzisiejszym przez swych delegatów, ziemie składające Polskę, Litwę i Ruś, w czasie rocznicy zjazdu naszych przodków do Horodła, w roku 1413 dokonanego, który Polskę, Litwę i Ruś węzłem niewzruszonej jedności połączył, a mianowicie województwa (tu wymieniono wszystkie województwa, nawet Czernichowskie, Smoleńskie i Kurlandję) delegowani wszelkich korporacyj duchownych, deputacje towarzystw literackich, uniwersytetów i zakładów wyższych naukowych, akademji medyko–chirurgicznej, dyrekcyj polskich i ruskich dzienników, niemniej deputacje wszystkich cechów rzemieślniczych i wszelkich ciał społecznych, mających swoje organizacje, wraz kilkunastotysięcznym zastępem ludem wszelkich wyznań (większa część otoczona siłą zbrojną przedostać się nie może), pod sztandarem Zbawiciela i właściwych godeł religijnych, w uroczystym i procesjonalnych pochodzie udaliśmy się do tego, miasta, ażeby w 448 rocznicę podziękować Wszechmogącemu, że mimo szkodliwego wpływu trzech nieprzyjacielskich rządów w jednakiem nas usposobieniu zachował, i u stopni Jego Ołtarzy doprosić się wspólnego naszego zmartwychwstania. Nie mogąc jednakże (odparcie przez wojska rosyjskie) przybyć do Horodła, na pograniczu tego sławnego zjednoczenia się trzech ludów miasta, odnawiamy akt horodelski w całej rozciągłości. Protestujemy przeciw pogwałceniu naszych swobód i niewolniczej formie rządu, protestujemy przeciwko samowolnym rozbiorom Polski i żądamy przywrócenia jej niepodległości. Akt niniejszy gdy nie może w obecnem położeniu rzeczy być przesłanym gdzie należy, jako w kraju rządzonym despotycznie i pozbawionym narodowej reprezentacji, ma być zamieszczony we wszystkich pismach zagranicznych, dla obznajomienia z nim zaborczych rządów i dla wiadomości mocarstw, których obchodzą jęki ujarzmionego ludu.

( podpisy).


Hrabia Andrzej Zamoyski.

(Pułkownik Struś (dr. Jan Sawicki) – „Ludzie i wypadki” , Lwów 1894 , T. I.)

Gdy wybuchło powstanie 1830 r. hr. Andrzej wstąpił do wojska, walczył i był ranny pod Grochowem. Nie poszedł na emigrację. Owszem zerwał z rodziną, która przebywała na obczyźnie i zakreślił sobie plan życia bardzo trudny w owym czasie wśród upadłego na duchu społeczeństwa – pracować i pracą organiczną wzmocnić siły ojczyzny złamane. Pozwolono mu zajmować się przemysłem i rolnictwem, urządzać fermy wzorowe, ulepszać rasę koni i bydła, zorganizować towarzystwo żeglugi parowej na Wiśle i zbierać u siebie, w Klemensowie, obywateli, agronomów w celu naradzania się nad udoskonaleniem gospodarstwa wiejskiego. Zajął się u siebie oczynszowaniem włościan zaprowadzając cały system dzierżaw długoterminowych. Idea jednak zupełnego wyzwolenie włościan i nadania im gruntów, znajdowała w nim stanowczego przeciwnika, uważał ją bowiem za obalenie zasady własności. Że Polska będzie, silnie w to wierzył, choćby dla zrobienia jej miejsca należałoby przewrócić połowę Europy. Dobijać się o coś, prosić, znaczyłoby z punktu widzenia Zamoyskiego, odstąpić od ideału, wyrzec się praw swoich, dlatego wolał się kontentować okruchami wolności, niż formuować jakiekolwiek życzenia określone. „ Nie mamy prawa żądać, ale o nic prosić nie chcemy” – rzekł na posiedzeniu Towarzystwa Rolniczego, dnia 27 lutego 1861 r., a na pytanie księcia Gorczakowa „ co robić?”, odpowiedział – „opuścić kraj”. Dwa te wyrazy charakteryzują zupełnie człowieka i tłumacza niebywałą, bezprzykładną popularność, jaką u współziomków się cieszył. Stanowisko jego, wobec biegu wypadków, było zawsze wyczekujące, bo, nie biorąc nigdy na siebie inicjatywy ruchu, ulegał mu bezwiednie, upatrywał w dokonywających się sprawach początek procesu, w którym Polska „ jako owoc dojrzały oderwie się od moskiewskiego drzewa”. Dzięki temu nastrojowi, Zamoyski, pomimo swego konserwatyzmu i legalnego sposobu myślenia, harmonizował w duszy, bez wyraźniej zmowy, tacito consensu, z rewolucyjną partią i stał się sztandarem, który później rewolucja na swych niosła ramionach. Był to naturalny wódz białej, umiarkowanej, obywatelskiej partji.


Wielopolski i reforma szkolna.

Broszura p.t. „List szlachcica polskiego do ks. Metternicha” 1846 r.

Reprezentantem polityki ugodowej wobec Rosji był margrabia Aleksander Wielopolski. Już w sławnym liście do Metternicha tak zwracał on się do cesarza Mikołaja I: „Łącząc odtąd nasze losy z losami twego państwa, oddajemy Ci się jako ludzie wolni. Od dnia dzisiejszego stajesz się dla nas czem byłeś poprzednio mimo nas – naszym panem z łaski Boga”.

Obecnie gdy zaczęły się manifestacyjne objawy niezadowolenia, Wielopolski wbrew większości opinji Królestwa począł starania u urzędu o koncesję, były one jednak zbyt skąpe i przyszły za późno, aby móc zdobyć naród dla idei ugody.

Największą i najbardziej w zbawienne następstwa brzemienną reformą Wielopolskiego była reforma szkolna. Po otwarciu Szkoły Głównej tak zaznaczył margarabia w mowie do profesorów tego zakładu błogie następstwa jakie może sprowadzić:

(Dziennik Powszechny Nr 269 z 28 XI 1892)

Zakład towarzystwu waszemu powierzony ma być dla młodzieży polskiej przybytkiem nauki i prawdy, za któremi idzie zawsze karność serc i umysłów. Odpowie on temu przeznaczeniu przez wykłady po fakultetach mężów uczonych i zasłużonych, odpowie mu przez moc nad wszystkiemi wydziałami górującą. Ducha porządku w zakładzie ma ona, z toku rzeczy naszych, właściwą sobie i odrębną cechę, w rękach waszych panowie, wydobrzeć mu u źródła swojego, jakiem są wzrastające pokolenia, społeczność nasza od dawna schorzała. Będziecie ze wszech względów zwierzchnikami i ojcami garnącej się wokoło was młodzieży. Bez gnębienia zdrowego jej życia, bez poniewierki nad tymi, których szkolna zacność jest zarodem przyszłej ich godności obywatelskiej, aby nie wzbudzano w nich zewsząd już dzisiaj rozłechtywanej zarozumiałości, za którą idzie chęć przewodzenia, aby nie narowiono ich niewczesnym pobłażaniem, nie uwodzono pochlebstwem!


Wybuch powstania.

Ostatnie chwile przed wybuchem powstawania styczniowego.

(Pamiętniki J. K. Janowskiego, byłego członka i sekretarza Rządu Narodowego w postaniu 1863 – 1864)

Margrabia Wielopolski powziął zamiar, za pomocą proskrypcji, t.j. zabrania młodzieży gorętszych usposobień do wojska rosyjskiego, zgnieść całą opozycję. Nazywano ten pobór „branką”. Mimo obaw żywionych w Petersburgu Wielopolski swą myśl urzeczywistnił. Od przeprowadzenia „branki” zależał wybuch powstania. Spodziewano się, że ta proskrypcja nastąpi w styczniu, stąd wielki był niepokój wśród licznych szeregów zorganizowanej młodzieży, przeważnie ze sfer rzemieślniczych. Do ostatniej chwili nie wiedziano, czy „branka” odbędzie się czy nie, a zatem czy wybuch powstania nastąpi. O tych chwilach, a zarazem o uchwaleniu dnia powstania pisze J. K. Janowski, wchodzący wówczas do składu Komitetu Centralnego, z którego wytworzył się Tymczasowy Rząd Narodowy:

Wygląd miasta w dniach 13 i 14 stycznia był bardzo poważny. Kościoły były zapełnione, szczególnie młodzieżą, która otaczała konfesjonały i przystępowała do „Stołu Pańskiego”. Z całą gotowością i świadomością bliskiego boju z wrogiem, z całym spokojem i przekonaniem i obowiązku względem ojczyzny, opuszczali oni progi rodzinne.

Rozeszliśmy się po 9–tej (z posiedzenia Komitetu Centralnego dnia 14 stycznia). Cisza na mieście była zupełna, patrole zwykłe krążyły, nawet nie zauważyłem, by były liczniejsze. Wszystko zdawało się stwierdzać, że Padlewski miał słuszność, że poboru nie będzie. Sam jednak czułem jakiś wewnętrzny niepokój i spać nie mogłem. Rozchodząc się, ułożyliśmy się, że zejdziemy się nazajutrz, dnia 15 stycznia (1863), o 8–mej rano u księdza Mikoszewskiego. Wstałem wcześnie i już o wpół do ósmej byłem na mieście. Uderzył mnie od razu jakiś ruch niezwykły o tej porze na ulicach i to już nie tylko samych mieszkańców, ale i wojskowych. Spotkałem bowiem liczne oddziały piechoty i silne patrole kozackie. Gromadki ludzi stawały na ulicach, żywo rozmawiając. Często dochodził z tych gromadek płacz i narzekania. Więc to pobór być musiał, przeszło mi przez myśl. Punkt o 8–mej przyjechałem na miejsce. Zastałem już wszystkich kolegów, prócz Padlewskiego. Przyjęli mnie koledzy słowami: „Wiesz, pobór się odbył”. Cała groza położenia stanęła nam przed oczami. Czuliśmy wszyscy, że ta chwila ma znaczenie dziejowe, że bierzemy na swoje sumienie całą odpowiedzialność za przyszłość ojczyzny. Popadliśmy w ciężką zadumę. Maykowski chodził nerwowo po pokoju. Żaden z nas nie mógł się odezwać. Myśli cisnęły się i kotłowały. Wszystkie wątpliwości, wszystkie motywa, któreśmy rozważali przy podjęciu uchwały dnia 3–go stycznie stanęły znowu w umysłach naszych. „Pobór dokonany ma być hasłem powstania” – stawało jakoby pytanie jakoby znów nierozstrzygnięte. Niebawem nadszedł Padlewski, sam również przygnębiony, jak i my, z całą szczerością udzielił żądanych wyjaśnień. Wiadomości, których nam udzielał, czerpał z urzędowych moskiewskich źródeł, ze sztabu głównego, z przybocznego biura wojskowego namiestnika. Z tych samych źródeł dowiedział się dzisiaj, że ostateczne zarządzenie poboru zapadło wskutek parcia i stanowczego żądania Wielopolskiego. Po godzinie 10–tej w nocy margrabia przyjechał do zamku. Dopiero o godzinie pół do 1-szej w nocy skończyła się konferencja na zamku. Rozesłano rozkazy do cyrkułów, i dopiero między 1–szą a 2-gą w nocy pierwsze ofiary zostały porwane. Wziętych, partjami, pod silnym konwojem wojska, odprowadzono do cytadeli. Według wiadomości, jakie Padlewski zebrał rano, pokazało się, że organizacja prawie wcale nie została dotknięta, dzięki zarządzonemu i wykonanemu wyprowadzeniu jej członków popisowych z miasta. Ogólna liczba pobranych nie dochodzi nawet do tysiąca osób. Nie pamiętam, kto pierwszy z nas zwrócił uwagę, że gdy pobór stał się faktem dokonanym, więc powinniśmy się zastanowić nad wykonanie uchwały z dnia 3 stycznia że: „pobór dokonany ma być hasłem do powstania”, Na to Maykowski Jan, ogromnie zdenerwowany, oświadczył, że o powstaniu nie może być mowy, bo przez dokonany pobór wszystko jest stracone, że Komitet powinien teraz ratować honor swój i organizacji, że jedyny ratunek w wystawieniu własnych piersi, że potrzeba wydać proklamację, wzywającą lud warszawski do zgromadzenia się w Kościele Św. Krzyża, i stamtąd pokrzepieni nabożeństwem, ruszyć na czele tłumów do zamku i tam żądać od wielkiego księcia, by zwrócił pobranego rekruta. My sami zapewnie zginiemy, ale dla utrzymania nici do dalszej pracy potrzeba wybrać pięciu ludzi zaufanych jako następców i im przekazać wszystko i niech pracują dalej nad przygotowaniem kraju do powstania. Projekt ten, który rzeczywiście mógł być tylko wynikiem wielkiego zdenerwowania, graniczącego z rozpaczą, wywołał zdumienie. Wielkiego trudu i długiego trzeba było czasu, żeby Maykowskiego uspokoić i przekonać go o szaleństwie i bezowocności jego myśli. Następnie jednogłośnie postanowiliśmy, że uchwałę z dnia 3 stycznia należy wykonać i dać hasło do powstania. W uchwale tej brał udział ściśle sam Komitet, bez jakiegokolwiek udziału innych osób. Więc uchwałę powzięli: Zygmunt Padlewski, Oskar Awejde, Stefan Bobrowski, ks. Mikoszewski, Jan Maykowski i Józef Janowski. Postanowienie to powzięliśmy z zupełnym przekonaniem i najgłębszą wiarą, że spełniliśmy obowiązek nietylko względem organizacji, ale wzgledem całego narodu. Jakkolwiek lud wiejski nie był dostatecznie przygotowany, ale mieliśmy silną wiarę, że, idąc w lud wiejski z bronią w ręku i ogłoszonem prawem uwłaszczenia, zjednamy ten lud dla sprawy narodowej. Ja dziś, pisząc te słowa, po kilkudziesięciu latach rozwagi i przetrawienia wypadków, oddając tę uchwałę Komitetu Centralnego pod sąd historji, czynię to z zupełnie czystem sumieniem, bo nie mogło być inaczej.


Manifest ogłaszający powstanie.

(Z druków współczesnych, pióra Jana Maykowskiego, z udziałem przeważnym jego siostry, poetki, Marji z Maykowskich, Ilnickiej)

Komitet Centralny jako Tymczasowy Rząd Narodowy.

Nikczemny rząd najezdniczy, rozwścieczony oporem męczonej przezeń ofiary, postanowił zadać cios ostateczny – porwać kilkadziesiąt najdzielniejszych, najgorliwszych jej obrońców, oblec w nienawistny mundur moskiewski i pognać tysiące mil na wieczność i zatracenie. Polska nie chce, nie może poddać się bezopornie temu sromotnemu gwałtowi, pod karą hańby przed potomnością, powinna stawić energiczny opór. Zastępy młodzieży walecznej, młodzieży poświęconej, ożywionej gorącą miłością Ojczyzny, niezachwianą wiarą w sprawiedliwość i pomoc Boga, przysięgły zrzucić przeklęte jarzmo lub zginąć. Za nią więc Narodzie Polski, za nią! Po straszliwej hańbie niewoli, po niepojętych męczarniach ucisku, Centralny Narodowy Komitet, obecnie jedyny legalny Rząd Twój narodowy, wzywa cię na pole walki już ostatniej, na pole chwały i zwycięstwa, które ci da i przez imię Boga na niebie dać przysięga, bo wie, że ty, który wczoraj byłeś pokutnikiem i mścicielem, jutro musisz być i będziesz bohaterem i olbrzymem. W zamian K. C. N. przyrzeka ci, że siły dzielności Twej nie zmarnieją, poświęcenia nie będą stracone, bo ster, który ujmuje, silną dzierżyć będzie ręką. W pierwszym zaraz dniu wystąpienia, w pierwszej chwili rozpoczęcia świętej walki K. C. N. ogłasza wszystkich synów Polski, bez różnicy wiary i rodu, pochodzenie i stanu, wolnemi i równemi obywatelami kraju. Ziemia, którą lud rolniczy posiadał dotąd, na prawach czynszu lub pańszczyzny, staje się od tej chwili bezwarunkową jego własnością, dziedzictwem wieczystem. Właściciele poszkodowani wynagrodzeni będą z ogólnych funduszów Państwa. Wszyscy zaś komornicy i wyrobnicy. wstępujący w szeregi obrońców kraju, lub, w razie zaszczytnej śmierci na polu chwały, rodziny ich otrzymują z dóbr Narodowych dział obronionej od wrogów ziemi. Do broni więc Narodzie Polski, Litwy i Rusi, do broni, bo godzina wspólnego wyzwolenia już wybiła, stary miecz nasz wydobyty, stary sztandar Orła, Pogoni i Archanioła rozwinięty. A teraz odzywamy się do Ciebie Narodzie Moskiewski: tradycyjnem hasłem naszem jest wolność i braterstwo ludów, dlatego przebaczamy Ci nawet mord naszej Ojczyzny, nawet krew Pragi i Oszmiany, gwałt ulic Warszawy i tortury lochów Cytadeli. Przebaczamy Ci, bo i Ty jesteś nędzny i mordowany, smutny i umęczony, trupy dzieci Twoich kołyszą się na szubienicach carskich, prorocy Twoi marzną na śniegach Syberji, Ale jeżeli w tej stanowczej godzinie nie uczujesz w sobie zgryzoty za przeszłość, świętszych pragnień dla przyszłości, jeżeli w zapasach z nami dasz poparcie tyranowi, który zabija nas, a depcze po Tobie - biada Ci, bo w obliczu Boga i świata całego przeklniemy Cię na hańbę wiecznego poddaństwa i mękę wiecznej niewoli, i wyzwiemy na straszny bój zagłady, bój ostatniej europejskiej cywilizacji z dzikim barbarzyństwem Azji.

Warszawa dnia 22 stycznia 1863 roku

(L. S. )



Dekrety uwłaszczenie włościan.

(Opracowane przez Oskara Awejdego)

I. Centralny Narodowy Komitet, jako Tymczasowy Rząd Narodowy – zważywszy, że uwłaszczenie włościan, pomimo ogólnej chęci kraju, z powodu stawianych przez rząd najezdniczy przeszkód, dotąd do skutku nie doszło, obok tego, zważywszy, że oddanie gospodarzom rolnym na własność gruntów, dotąd przez nich tytułem czynszów, pańszczyzny lub innych obowiązków posiadanych, zmniejsza mienie dotychczasowych właścicieli, postanowił i stanowi:
art.1. Wszelka posiadłość ziemska, jaką każdy gospodarz dotąd tytułem pańszczyzny, czynszu lub innym tytułem posiadał, wraz z należnemi do niej ogrodami, zabudowaniami mieszkalnemi i gospodarskiemi, tudzież prawami i przywilejami do niej przywiązanemi, od daty niniejszego Dekretu staje się wyłączną i dziedziczną dotychczasowego posiadacza, bez żadnych jakichkolwiekbądź obowiązków własności, danin, pańszczyzny lub czynszu, z warunkiem jedynie opłacania przypadających z niej podatków i odbywania należnej służby krajowej.
art.2. Dotychczasowi właściciele, nadanych gospodarzom rolnym gruntów, otrzymają odpowiednia wartości tychże indemnizację z funduszów narodowych za pośrednictwem długu Państwa.
art.3. Zasady do oznaczania wysokości szacunku ziemi, oraz rodzaj instytucji kredytowej, w osobnych dekretach wskazane będą.
art.4. Wszelkie ukazy, reskrypta, przez rząd najezdniczy w przedmiocie tak zwanych stosunków włościańskich wydane, znoszą się, a temsamem nikogo nie obowiązują.
art.5. Dekret niniejszy stosowany być winien tak do własności prywatnej, jako też do własności rządowych, donacyjnych kościelnych i wszelkich innych.
art.6. Ogłoszenie i wprowadzenie w wykonanie niniejszego dekretu C. N. K. jako Tymczasowy Rząd Narodowy, Naczelnikom wojskowym i wojewódzkim poleca.
Dan w Warszawie dnia 22 stycznia 1863 roku.
II. Centralny Narodowy Komitet, jako Tymczasowy Rząd Narodowy zważywszy, że zrzucenie obcego jarzma wymaga jak największej liczby walczących i nikt od pełnienia służby wojskowej wymówić się nie może, zważywszy nadto, że każdy Obywatel z pracy rąk się utrzymujący, skoro pójdzie na wojnę musi mieć zapewniony byt, tak dla siebie jak i dla swej rodziny, postanowił i stanowi:
art. 1. Chałupnicy, Zagrodnicy, Komornicy, Parobcy i w ogóle wszyscy Obywatele z zarobku jedynie utrzymania mający, którzy powołani do brani w szeregach wojska narodowego za Ojczyznę walczyć będą, otrzymają, a w razie ich śmierci żony i dzieci, na własność po ukończeniu wojny z dóbr narodowych, dział gruntu, najmniej morgów trzy przestrzeni zawierający.
art.2. Ogłoszenie i wprowadzenie w wykonanie niniejszego Dekretu, Centralny Narodowy Komitet, jako Tymczasowy Rząd Narodowy, Naczelnikom wojskowym i wojewódzkim poleca.
Dan w Warszawie dnia 22 stycznia 1863 r.
(L. S. )


Pierwszy dzień powstania.

Francja wobec powstania.

(Stanisław Koźmian, Rzecz o roku 1863)

O ile pamiętam, wysłany w końcu marca 1863 roku byłem przez „grono krakowskie” do Paryża i do hotelu Lambert, abym na miejscu zbadał istotny stan rzeczy. Bezpośrednio przed moim przyjazdem i wkrótce po rozbiciu Langiewicza, książę Wł. Czartoryski miał z cesarzem Napoleonem rozmowę. W niej cesarz, wychodząc z niepowodzenia misji ks. Metternicha (ks. Metternich, ambasador austrjacki, radził swemu rządowi, aby wspólnie z Francją wystąpić przeciw Rosji, popierając sprawę Polską. W Wiedniu ten pomysł upadł.), szkicował rożne inne sposo0by rozwiązania sprawy polskiej przyjścia z materjalną pomocą. Na myśl rzuconą wyprawy wojsk francuskich przez Bałtyk na Litwę cesarz odparł: „Nie, trzebaby wołu wziąć za rogi”, co znaczyło uderzyć na Kronsztat i Petersburg. Ks. Czartoryski, chcąc zbadać położenie, pragnął cesarza wyprowadzić z bierności, w którą się on był co do głównego punktu uzbroił: „Czy Najjaśniejszy Pan mniemasz, rzekł, że trwanie powstania jest jeszcze potrzebnem?”. „Tak jest – odparł cesarz - i nawet upoważniam do powiedzenia, że tak”. Można sobie przedstawić, jak wielkie znaczenie miały podobne słowa człowieka, otoczonego w tym czasie aureolą sławy, rozumu i potęgi. Wszyscy wtedy mieli przekonanie, że to co on powie, co postanowi, tego dokona w ten lub w ów sposób.


Charakterystyka żołnierza powstańczego.

(Agaton Giller, „Polska w walce” )

Wśród takich warunków, wśród których Polacy, zagrzani miłością Ojczyzny wytrwali ośmnaście miesięcy, nie wytrwałby żaden europejski żołnierz nawet kilka miesięcy. Od warsztatu, od pługa, ze szkoły, z domu rodzicielskiego idąc do powstania, musiał niemal każdy z nich dążyć tajemnymi ścieżkami, pewny, że jeżeli Moskale go pochwycą, zostanie powieszony lub wygnany. Ledwie szczęśliwie minął przeszkody i stanął w lesie na punkcie zbornym, już musiał zaraz się bić, zanim się nauczył władać bronią, bo nieprzyjaciel znienacka na powstańców uderzał. Zwyciężył – nie mógł po zwycięstwie odpocząć, bo nazajutrz bitwa lub marsz forsowny pomiędzy oddziałami moskiewskiemi, ze wszystkich stron ukazującemi się, marsz o którego nadzwyczajnych trudach żołnierz regularny nie ma nawet wyobrażenia. Powstańcy tylko na to się rozchodzili i rozbiegali, aby się potem zebrać na innym punkcie, sformować znowu oddział i walczyć na nowo. Z powodu tych ucieczek robiono często zarzuty, ubliżające męstwu naszych powstańców. Zarzuty te były niesłuszne, a pochodziły od ludzi, którzy nie mieli pojęcia o walce, jaką prowadzić musieliśmy. W położeniu, w jakiem znajdowało się powstanie w roku 1863, gdy, żadna część kraju nie została oczyszczona i oswobodzona od nieprzyjaciela, każdy oddział polski, poruszając się na przestrzeni przez przeważne siły tegoż nieprzyjaciela zajęte, działał, będąc ciągle otoczonym.

Pułkownik Struś (dr Jan Stella Sawicki) – „Szkice z powstania 1863”.

Powstanie nasze nie znało hańby kapitulacji. W przeciągu całej wojny ani jeden oddział polski nie złożył broni przed wrogiem. Porażeni i otoczeni rozpierzchali się powstańcy, ale nie poddawali się. Bywały zaś wypadki, że wszyscy powstańcy w oddziale polegli, a żaden broni nie złożył. W wieluńskim powiecie oddziałek z siedemnastu powstańców złożony, pod komendą podoficera, został otoczony przez rotę moskiewskiej piechoty. W pierwszej chwili, dowodzący podoficer, pochwycony przez Moskali został powieszony na drzewie przy drodze rosnącym. Pozostałych kapitan moskiewski wezwał do poddania się na łaskę i niełaskę, lecz powstańcy, mając broń, odrzucili wezwanie i stanąwszy pod drzewem, na którym wisiał ich dowódca, postanowili drogo sprzedać swe życie. Otoczeni ze wszech stron przez 200 piechoty moskiewskiej, bili się godzin kilka i wszyscy padli pod drzewem, a żaden z nich nie ocalał. Byli i małego ducha ludzie, byli tchórze, bo gdzież ich nie ma, lecz mało ich było w porównaniu z liczbą dzielnych i szlachetnych bojowników, przed którymi czołem uderzyć należy. A jakież to było nędzne, biedne i głodne nieraz życie powstańca! W niedostatecznym ubraniu i obuwiu, w zimie, w czasie trzaskających mrozów, w czasie deszczów lub skwarów letnich, nocować i odpoczywać musieli zawsze pod otwartym niebem, nie znając co to jest namiot. Wielu było takich co przez rok cały jednej nocy nie spędzili pod dachem i na posłaniu.


Powstańcze piosenki.

Dalej bracia w las!
Czekać już nie czas,
Wszak jużeśmy dość czekali
I śpiewali i płakali –
Katowano nas.
Dobra leśna straż
Dobry podjazd nasz
Moskalowi dziś za knuty
Uszyjemy tęgie buty
Kosą luniem w twarz
Dalej bracia w las,
Gadać już nie czas!
Będziem później znów gadali
O paniczach co się bali
O los mitr i kas.
Grają trąbki w bój,
Niczem głód i znój,
Będzie zbierał kto posieje,
Tak się w świecie zawsze dzieje
A więc pal i kłuj!
Rzeką, śniegiem, w bród,
Pójdzie wnet i lud –
Naprzód z ziemi tej krakowskiej
W imię naszej Częstochowskiej
Zwyciężym za trud!

Marsz Żuawów (Włodzimierza Wolskiego)

Nie masz to wiary, jak w naszym znaku!
Na bakier fezy, do góry wąsy –
Śmiech i manierek brzęk na biwaku –
W marszu się idzie, jak gdyby w pląsy –
Lecz gdy bój zawrze, to nie na żarty
Znak i karabin do ręki bierzem,
Bo Polak w boju, kiedy uparty.
Stanie od razu starym żołnierzem.
Marsz, marsz Żuawy
Na bój, na krwawy,
Święty, a prawy –
Marsz, Żuawy, marsz!
Pamięta Moskwa, co Żuaw znaczy,
Drżąc jego sołdat wspomina imię –
Sporo bo nakłuł carskich siepaczy
Brat nasz francuski, Żuawek, w Krymie.
Miechów, Sosnówkę, Chrobrz, Grochowiska
Dzwoniąc też w zęby wspomni zbój cara –
Krwią garstka doszła mężnych nazwiska,
Garstka się biła jak stara wiara.
Marsz, marsz Żuawy...


Bitwa pod Salichą na Wołyniu dnia 28 maja 1863 roku.

(M. Dubiecki – „Edmund Różycki” Kraków 1895)

„Na poważnym obliczu generała (Edmunda Różyckiego) nie widziano nic, oprócz spokoju, lubo w jego myśli bez wątpienia dużo gościło troski. Wiadomo mu było, iż Moskwa, osaczająca go wciąż, niesie mu cios ostatni. Że z oddalonego o kilka mil Starego Konstantynowa, jakby promienie pękającego granatu wyleciały czterema drogami nowe siły moskiewskie. Zbliżano się do wsi noszącej miano Salicha Mała. Przeszedłszy wieś, generał w ten sposób uszykował swój oddział, iż nieprzyjaciel zupełnie był wprowadzony w błąd co do liczby i zamiarów przeciwnika. Mniemano, iż Polacy cofają się, unikając boju. Był to jedynie manewr wodza, który na gościńcu zostawił trzy szwadrony i z nimi pomału odstępował w szyku obronnym, podczas gdy inne dwa szwadrony, we wklęsłościach doliny na skrzydłach ukryte czekały sygnału bojowego. Nieprzyjaciel rzekomym cofaniem się wywabiony ze wsi na pole, posuwał się ku czołu powstańczej kolumny, rażąc ją rzęsistym ogniem i nie zważając, raczej nie wiedząc, co mu na skrzydłach zagraża. Gdy piechota nieprzyjacielska z 600 ludzi (3 roty) złożona, o 800 kroków od wioski odeszła, a mniej więcej na 100 kroków zbliżyła się do frontu przeciwnika, ze zdumiewającą szybkością hasła komendy przybiegły szeregi powstańcze i dwa ukryte szwadrony, pędząc, niby huragan stepowy, w ukośnym kierunku uderzyły na szeregi nieprzyjacielskie. Atak był tak gwałtowny, niespodziewany, z taką ścisłością i brawurą doświadczonego żołnierza dokonany, iż kolumny wroga w czworobok uformowane zachwiały się. Czworobok zmiażdżony runął. Rozpaczliwemu wysiłki starał się wróg tworzyć nowy czworobok i stawić czołu piorunującemu natarciu. Próżne usiłowania. Zwycięstwo nasze było zupełne. Obręcz zamykająca drogę Różyckiemu przerwana. Niektóre epizody tej bitwy nacechowane prawdziwym bohaterstwem, same cisną się pod pióro. Oto uniesiony bojowem zapałem, młody podoficer, Anzelm Zaruski, przedziera się przez czworobok nieprzyjacielski, leci szarżą szaloną, wróg mu obciął lejce, lecz on swym lotnym atakiem przecina głębię kolumny nieprzyjacielskiej, zapędza się do rezerwy wroga. Ranny i krwią oblany cudem wraca do swoich. Tuż obok, inny młodzian, przed dziewiętnastu zaledwie laty zrodzony na niwach Wołynia, Stanisław Żółkiewski, również wichrem boju uniesiony, wpada aż na tylne straże przeciwnika, tam walczy z gromadą liczną wroga, która go osacza, zadaje mu kilka śmiertelnych ran niżej piersi. Już wpół martwy, lecz jeszcze nie runął z konia. Ognisty rumak wyprowadza go z ciżby najezdniczej, z wiru walki i do polskich szeregów przynosi. Wraca młodzian do hufca swego i dopiero tam padł na dłonie współbojowników. Popłoch wśród wrogów padł wielki. Nieprzyjaciel zawsze o Różyckim z uznaniem mówiący, jeszcze większym otacza go szacunkiem, a zastępu jego w swem mniemaniu do kilku lub więcej tysięcy podnosi. Bitwa pod Salichą rozpoczęta około godziny 9–tej zrana przed 11–tą już była skończoną. Starty nasze stosunkowo do zdobytych korzyści, małemi nazwać wypada. Obliczono je na 40 kilka zabitych i rannych. Pierwsza liczba nie przekraczała 22, wśród których widziano Dobrzyckiego, Hołubskiego, Niepokojczyckiego, Pawłowskiego, Podgorskiego, Żółkiewskiego. Moskale stracili ok., 350 w poległych i rannych. Przeważnie wśród ich strat byli ranni, których przewieziono do szpitala w Starym Konstantynowie na 85 wozach. Wśród poległych w ich szeregach widziano kapitana Łomonosowa, a kapitan Michnow cały bój przesiedział pod mostem, chroniąc tam swe życie. Po powstaniu, władze rosyjskie, za owo przebywanie pod mostem sądziły go sądem polowym w twierdzy kijowskiej.

Z okresu rządów Romualda Traugutta.

Od 17 października 1863 do 10 kwietnia 1864 r.

Ster spraw Powstania Styczniowego spoczywał w ręku Rządu Narodowego, najwyższej instytucji organizacji powstańcze, która była ciałem zbiorowem. Kilkakrotnie skład jej się zmieniał. Od 17 października generał Tarugutt objął tajemną dyktaturę i zatrzymał ją w czasach nader ciężkich, aż do chwili swego uwięzienia (10 kwietnia 1864 r), która była zarazem zupełnego upadku powstania. Dajemy te wyjątki z dokumentów owej doby wysiłków wielkich, acz w rzeczywistości beznadziejnych.


Zabiegi o podtrzymanie powstania.

a) List Traugutta do ks. Władysława Czartoryskiego, agenta dyplomatycznego w Paryżu, z dnia 27 grudnia 1863 r.

Pomimo zimy jest możebność postawić wojsko na stopie prawdziwie groźnej dla nieprzyjaciela, ale ci, co mają pieniądze, tak są żądni interwencji i tak na nią liczą, że teraz spokojnie patrzą na to, jak nasz własny żołnierz nie tylko bez kożucha, ale bez butów chodzi. Z tym nawet żołnierzem i z tą ilością broni i amunicji, jakie tera mamy, możemy stawić czoło nieprzyjacielowi i stawimy. Ale nie podobna żądać, aby w tej porze roku człowiek goły i bosy, choć uzbrojony, długo wytrwał. Trudno też podnosić nowe siły, najzupełniej już przygotowane, gdyż nie ma środków pieniężnych, koniecznych dla zabezpieczenia ich (tj. żołnierzy), od zimna i słoty. Rząd Narodowy zna dokładnie siły narodu, widzi jasno, że do wiosny możemy stanąć tak, że interwencja, jeżeli będzie, to prawdziwie jako pomoc, ale nie jako jałmużnę przyjąć byśmy ją mogli, gdy tymczasem o brak znaczniejszej sumy pieniężnej, którąby można było jednoczasowo użyć, wszystko się rozbija. Nie zraża to w pracach Rządu, z ufnością w Bogu stara się przemóc największą zaporę, jaką spotyka w nieświadomości i w niepojęciu rzeczy przez własnych ziomków, i to właśnie tych, którzy ze stanowiska swego powinni drugich oświecać.

b) Traugutt do generała Bosaka (Haukego) dn. 2 marca 1864).

Na szczególne uznanie i podziękowanie nasze zasługuje owo niezmordowane staranie wasze, aby w wojsku zaprowadzić jak największa karność, dodawszy do tego jeszcze jako konieczny warunek, abyście jednocześnie z zaprowadzeniem karności wszelkich usiłowań dołożyli do umoralnienia tego drogiego zawiązku siły zbrojnej całego narodu. Żołnierz polski powinien być prawdziwym żołnierzem Chrystusa. Czystość obyczajów i nieskalaną cnotę a nie samowolę i demoralizację roznosić wszędzie powinien. Cnota żołnierza naszego powinna być czynną, t. j. zasadzać się głównie na czynach, połączonych z poszanowaniem zewnętrznych form, przez Kościół przyjętych i uświęconych, jako objaw widomy uczuć wewnętrznych, ale bynajmniej nie uważając tych form za treść samą, za doskonałość chrześcijańską. Przykład dany z góry, zły czy dobry, z łatwością na niższych oddziaływa. Nie wątpimy więc, że korpus wasz stanie się nietylko wzorem dla armji, ale i dla kraju. Czy wojsko w ten sposób prowadzone walecznym się stanie, czy pobije wroga, o to się pytać nie należy. Będzie ono nie waleczne ale niezwyciężone.


Odezwa Rządu Narodowego z dnia 15 grudnia 1863 r.

(Z oryginału)

Rząd Narodowy do Narodu.
Rodacy! Od jedenastu blisko miesięcy wytrzymujemy walkę z bezprzykładnym barbarzyństwem i nienawiścią wrogów, którzy tylko na to przywłaszczyli sobie środki cywilizacji żeby nimi dokonać zagłady obrońców prawa i sprawiedliwości. Wytrwała walka nasza wzruszyła z posad najezdnicze panowanie Moskwy, dowiodła, że to panowanie jest u nas niemożliwe, że tylko rozbojem, rabunkiemi wyludnieniem kraju do czasu utrzymać się może. Ogólny głos rządów i ludów uznał, że Moskwa pogwałciła traktaty, które przykuły nas do zaborczego jej panowania i były warunkiem jego. Sumienie ludzkości przez organ najpotężniejszego monarchy Europy uznało prawa nasze zapisane w dziejach i traktatach (jest to zwrot przypominający wielką mowę Napoleona III, miana dnia 5 listopada 1863, w której powoływał rządy Europy na kongres, gdzie mogłaby się uregulować sprawa polska. Wezwanie pozostało bez echa.). Krwią naszych Bohaterów, niezliczonemi ofiarami Narodu dostąpiliśmy tego uznania. Lecz zbrodnia popełniona na nas przez naszych wrogów, staje z zuchwałym czołem i dąży ciągle do uwiecznienia złego, do tryumfu opartego na zagładzie Narodu Polskiego i na ujarzmieniu powszechnem. Nadeszła owa chwila, przepowiedziana przez największego wojownika naszego wieku, w której Europa jest postawiona pomiędzy wolnością a niewolą, pomiędzy tryumfem sprawiedliwości a saturnaljami despotyzmu, Broniąc praw świętych Ojczyzny naszej w naszych Narodowych powstaniach, dążyliśmy i dążymy stale do zadośćuczynienia sprawiedliwym wymaganiom ludów, do ustalenia porządku opartego na dobrze zrozumianym interesie rządzących i rządzonych. Zadanie to nie będzie dla Europy spełnione póki Polska nie otrzyma sprawiedliwości. Nie mamy potrzeby zagrzewać do poświęceń, których codziennie widzimy najwznioślejsze przykłady. Zadaniem jest Rządu Narodowego poświęceniom tym nadać kierunek i skuteczność. Pomny na wielką przed Bogiem i Narodem odpowiedzialność, Rząd Narodowy sumiennie spełni swe zadania aż do końca. Równouprawnieniem wszystkich obywateli, bez różnicy stanu i wyznania, uwłaszczeniem włościan Rząd Narodowy położył trwałe podstawy bytu Ojczyzny. Zasady te wykonane będą sumiennie i w całej rozciągłości. Władza u nas nie jest przedmiotem ambicji, lecz czynem poświęcenia. Na nim oparty, wspierany powszechną wolą Narodu, Rząd Narodowy wysoko utrzyma chorągiew Narodową dopóki jej nie zapewni zwycięstwa. Różnice osobistych opinji znikają, wobec wielkiego wspólnego nam wszystkim celu – jednej, całej, niepodległej Polski, Litwy, Rusi. Wielkość zadania wielkich wymaga ofiar. Kiedy Rząd Narodowy ich zażąda na dobro najświętszej sprawy, pewnym jest, że odmówione nie będą. Rząd Narodowy poświęci wszystkie swe siły do należytego ich spożytkowania dla dobra Ojczyzny. W imię Boże, z niewzruszoną ufnością w przyszłość, szykujemy się do dalszej walki. W wytrwaniu leży zbawienie.

Dan w Warszawie dnia 15 grudnia 1863 r.
(L. S.)


Epilog Powstania Styczniowego.

Z ostatniej depeszy ks. Władysława Czartoryskiego do Rządu Narodowego z dnia 24 kwietnia 1864 roku.

(Z rękopisów w Archiwum Muzeum Czartoryskich w Krakowie. Nr teki 3881)

Już od miesiąca nabierałem coraz to więcej smutnego przekonania, że mocarstwa zachodnie nic dla nas przedsięwziąć nie mogą. Dwa tygodnie temu oświadczyłem panu Drouyn de Lhuys, że gdy kraj od roku przeszło z tak niezmiernym wysileniem walczy z nieprzyjacielem tylekroć silniejszym, a ja go poniekąd utwierdzałem w nadziei pomocy zagranicznej, uważam za obowiązek mi donieść Rządowi Narodowemu, że niczego od Francji spodziewać się nie może. Tegom doniesienia posłać do kraju nie chciałem, nie uprzedziwszy o niem pierwej ministra spraw zagranicznych i cesarza, bo w doniesieniu tem byłby rodzaj oskarżenia polityki francuskiej. Pan Drouyn de Lhuys, słuchając mnie zdawał się być wzruszony i wyznał, że teraźniejszy stan Europy zmusza Francję do bezczynności w naszej sprawie. Odrzekłem, że i ja tę trudność widziałem, ale miałem nadzieję, że przyjdą wypadki, które Francji ręce rozwiążą, że od zerwania negocjacji z Rosją, to jest od ośmiu miesięcy, wciąż tych wypadków czekamy. Że chociaż wiedziałem, że od kilku miesięcy gabinety naszą sprawą się nie zajmują, jednak jeszcze w miesiącu lutym miałem nadzieję, że wojna z półwyspu Duńskiego przejdzie na obszerniejsze pole i że w tym duchu pisałem do Rządu narodowego, że dzisiaj, gdy ta rachuba zawiodła, czuję, że nie mogę dłużej brać na siebie odpowiedzialności przed sumieniem i narodem, i że zmuszony jestem powiedzieć memu rządowi, co sądzę o położeniu naszej sprawy na Zachodzie. Pan Drouyn prosił, abym wstrzymał się z wysłaniem mej depeszy, dopóki on go czy nie byłoby cesarza nie zobaczy. Korzystając z obecności w Paryżu lorda Clarendona zapytałem go czy nie byłoby sposobu wprowadzenia (na konferencje londyńskie, mające się zebrać w sprawie duńskiej) sprawy polskiej, i przedstawiałem obszerne powody, które do takowego jej wprowadzenia nakłonić winny gabinet angielski. Odpowiedział mi, że przyjechał do Paryża po to, aby wstrzymać, a przynajmniej ścieśnić wojnę duńską, a że Anglia (powinienem się o tym przekonać) żąda przedewszystkiem pokoju, że nie widzi możności wniesienia naszej sprawy na konferencje londyńskie. Tembardziej, że rząd angielski, doznawszy z jej powodu tak wielkiego upokorzenia od Rosji, nie zechce na nie narażać się po raz wtóry, aniby na taka powtórna próbę opinja publiczna zezwoliła. Miałem posłuchanie u cesarza. Wyłożyłem mu powody przedstawione uprzednio ministrowi spraw zagranicznych i które zrodziły we mnie obawy, że państwa zachodnie sprawą naszą na teraz zajmować się nie będą. Cesarz odpowiedział mi, że stan rzeczy jest zły, że winienem prawdę powiedzieć rodakom, i że trzeba, aby wiedzieli, że Francja nie może im teraz przyjść z pomocą. Rzekłem, że przeszłego roku nadzieje zdawały się być pewne, że, przyjąwszy służbę agenta, kraj w tych nadziejach wzmocniłem i przez to może przyczyniłem się do powiększenia cierpień i ofiar. ”Przeszłego roku – rzekł cesarz – o tej właśnie porze, (dzisiaj mogę to już wyznać) książę Metternich zapewniał mnie, że byleby powstanie trwało jeszcze kilka miesięcy, rząd austrjacki będzie zmuszony połączyć się ze mną i wydać wojnę Rosji. Obecnie rzeczy się zmieniły. Krew, która dziś leje się w Polsce, jest całkiem bezpłodną”. Opowiedziałem wtedy, w jak okropnym stanie znajduje się nasz kraj, wydany na łup chciwości i srogości rosyjskich rządów i wojskowych i jaką anarchję wprowadzają ukazy włościańskie, niszcząc własność, podkopując jej zasady, wywołując niechęć i nieufność między klasami społecznemi, i zapytałem, czy dzisiaj, kiedy Europa o tyle więcej powinna wejrzeć w stan wewnętrzny kraju, nie byłoby sposobu podniesienia sprawy, czy to na konferencjach, czy też przez pojedyncze przedstawienie dyplomatyczne? Cesarz przyznał słuszność temu, co o rządach rosyjskich w Polsce mówiłem. Wynurzał boleść swą i chęć zaradzenie złemu, ale, podobnie jak lord Clarendon, oznajmił, że nie widzi, jakby to zrobić obecnie. Nazajutrz miałem posłuchanie u księcia Napoleona, nie dziwił się on bynajmniej temu, co mi cesarz powiedział. „Przewidywałem – rzecze – oddawna, ze smutkiem uprzedzałem wielu z pomiędzy was, ale cóż miałem z nimi począć, kiedy oni woleli zostawać w złudzeniach”. Wyznaję, że jakkolwiek wiedziałem, że nic pomyślnego od cesarza nie usłyszę, bolesne przecież wrażenie wyniosłem z tej audjencji. Dla akcji dyplomatycznej polskiej nie widzę teraz pola. Odnowi się chyba wtedy dopiero, kiedy Francja i Anglia, nauczone zuchwalstwem trzech państw północnych, spostrzegą się , jak wielki błąd zrobiły, opuszczając Polskę.

W chwili, gdy powyższa depesza pisana była w Paryżu, upływał drugi tydzień od uwięzienia Traugutta. Rząd Narodowy przestał już istnieć, powstanie wygasło.


Znaczenie powstanie styczniowego.

(Stanisław Krzemiński „Dwadzieścia pięć lat Rosji w Polsce”, Lwów 1892, str. 23)

Niemoc pierwszej chwili przyczyniła się do nieszczęścia ostatniej. W roku 1830 nie umieliśmy z sił już gotowych korzystać. W roku 1863 marnowaliśmy siły na sił wydobycie. Geneza powstania pokazuje narodowy jego charakter. Wszyscy na nią pracowali, nawet wtedy gdy odpychali od siebie myśl wybuchu. Ideał Polski wolnej, choćby tylko wewnętrznie, Polski całej, historycznej – on to wżarłszy się w dusze, był rzeczywistym postania sprawcą. Gdy wybuchło, nie wszyscy w niem krew przelewali, ale wszyscy na różnych szczeblach i w różnych zakresach działalności nieśli mu pomoc. W maju, kiedy powstanie znajdowało się u zenitu, stało pod chorągwią narodową jakieś 50.000 ludzi, a dobrze uzbrojonych była wśród nich zaledwie część dziesiąta. Myliłby się jednak ten, ktoby mniemał, że w powstaniu 1863 roku ludu wcale nie było. Całe oddziały składały się z chłopa polskiego. Chłop polski szedł do lasu i na szubienicy tylko było go mało. Umysłowi rzetelnie polskiemu przedstawia się ono jako wielkie nieszczęście, ale dlatego tylko, że się nie udało. Niegodnym też jest Polaka przesąd, starannie szerzony przez wrogów, jakoby powstanie w dążeniach swoich przynosiło żywioły bądź to radykalnego rozkładu, bądź tyranji społecznej i okrucieństwa. To fałsze, i jako czyn zbrojny, i jako zalążek przyszłego państwa, powstanie z roku 1863 przynosiło ze sobą wszystkie zasady równowagi i sprawiedliwości społecznej, a na polach działalności państwowej ustawiczny postęp i rozwój uznawało za prawo przyszłej Polski.

Wbrew niedorzecznym, a często niegodziwie szerzonym mniemaniom, powstanie 1863 złożyło świadectwo zasobności w siły moralne i materjalne i gotowości do czynu i poświęcenia, w niesłychanie ciężkich warunkach, wobec potęgi rosyjskiej i martwoty urzędowej europejskiej - zdumiewające. Ani zdolności, ani cnoty męstwa i prawości, ani pięknych charakterów, ani nawet bohaterstwa mu nie brakło. Brakło mu tylko broni i Europy. Dziś już mógłby je urok legendowy opromienić. Takiego, jak w roku 1863 ogromu zjawisk, takiej wojny narodowej, takiego rządu silnego a podziemnego, takiego zarojenia się całego narodu, takiej olbrzymiej rzeki wypadków, przyjmującej w siebie potoki i strumienie z terytorjalnie najdalszych, najgłębszych warstw ludności nie było od czasu wyzwalania się Niderlandów. Wobec Europy i świata całego było powstanie styczniowe kołataniem do wrót życia międzynarodowego, manifestem zbrojnym przeciwko wszelkim ukazom traktatowym, przeciwko ponurym dniom Maciejowic, rzeziom Pragi, szturmom Warszawy, przeciwko pełzającemu po świecie potworowi faktu dokonanego.