52 - Ziemie litewsko–ruskie pod zaborem rosyjskim

Z Wiki Kielakowie.pl
Przejdź do nawigacjiPrzejdź do wyszukiwania


Teksty źródłowe do nauki historji w szkole średniej
z zachowaniem pisowni i słownictwa oryginału.
Zeszyt 52

Kraków 1923 rok

Nakładem Krakowskiej Spółki Wydawniczej
Druk W. Ł. Anczyca i Spółki w Krakowie.

W świetle źródeł przedstawił
prof. Henryk Mościcki

Spis treści

Po trzecim rozbiorze.

Manifest Katarzyny II do mieszkańców Litwy.

(Druk współczesny)
Petersburg d.14 grudnia st. St.1795 r.

My, Katarzyna Wtóra, z Bożej łaski imperatorowa i samowładnąca Wszech Rosji. Nam uprzejmie miłym poddanym Wielkiego Księstwa Litewskiego, duchowieństwu, stanowi rycerskiemu i wszystkich miast i ziemi obywatelom. Przyłączywszy na wieczne czasy do imperjum naszego kraje Wielkiego Księstwa Litewskiego według niżej opisanej linji tym sposobem, iż wszystkie miasta, ziemie i powiaty znajdujące się w tej linji na zawsze do berła rosyjskiego należeć, mieszkańcy zaś tych ziem wszelkiej kondycji, płci i wieku w wiecznej onemu mają zostawać poddaństwie, poleciliśmy naszemu gen. gubernatorowi litewskiemu, ks. Repninowi, przyjąć od każdej kondycji obywatelów pomienionych ziem na wieczne nam poddaństwo i wierność przysięgę. Zatem przystępując do wprowadzenia rządu według ustaw naszych, któremi wszystkie gubernje imperjum naszego rządzą się, ma nam przedstawić te wszystkie rozporządzenia, które ku pomyślności onych niezawodnie służyć mogą. Obwieszczając was, miłych i wiernych naszych poddanych, o takowem na wieczne czasy, nieodzownie potwierdzonem, położeniu bywszym i potomków waszych, zaręczamy oraz imperatorskiem naszem słowem, za nas i sukcesorów naszych, iż nietylko wolne wyznanie wiary przodków waszych i własność prawnie każdemu należna we całości wam zachowane będą, ale nadto, że od tego czasu każdego stanu mieszkańcy pomienionych krajów używać będą tych samych praw, wolności i prerogatyw, jakowych używają dawni rosyjscy poddani z łaski przodków naszych i naszej. Naostatek jesteśmy pewni, że mając tyle objawów pieczołowitości naszej o dobro wasze, zachowaniem nienaruszenie nam i sukcesorom naszym wierności, a gorliwością ku pożytkowi i służbie państwa naszego, będziecie usiłować zasługiwać się na ciągłą dla siebie monarchiczną naszą uprzejmość.


Prześladowanie unitów za czasów Katarzyny II.

(Według rękopisu współczesnego, „Przegląd Poznański” 1865 r)

Do wiosek unickich przybywali popi moskiewscy zawsze z odziałem wojska i oficerem. Kazali dzwonić w cerkwi i zwoływali lud. Wtedy pop, zwykle pijany, zaczął namawiać lud, „ aby wrócili do wiary przodków”. Tymczasem w cerkwi, na cmentarzu poza cerkwią składano stosy rózeg i kijów, którymi żołnierze grozili ludowi. Pop ubierał się następnie w strój cerkiewny i ogłaszał rozkaz imperatorowej, żeby wszyscy przyjmowali błahoczestje (prawosławie). Opornym groził srogą zemstą, skłaniającym się obiecywał łaski, wolność itd. Jeżeli lud milczał, albo odpowiadał, że chce zostać przy unji, wtedy pop, albo popi, jeżeli kilku ich było, bił ludzi po twarzy, często aż do krwi, w cerkwi wobec ołtarza darł za włosy, ciskał o ziemię. Następnie oficer dobywał szabli z pochew, a żołnierz starszych z ludu wyprowadzali z cerkwi na cmentarz, obalali ich tam na ziemię, bili rózgami i kijami. Jeżeli i takie misje nic nie pomagały, pieczętowali cerkwie, księdza unickiego kuli w kajdany, prowadzili do ujazdu, to jest do nowych władz powiatowych i tam razem z żydami i zbrodniarzami na kilka tygodni zamykali w więzieniu. Jeżeli lud zmuszony całkiem lub w części ustępował, nawróceni musieli się podpisywać, że błahoczestje przyjmują, a wtedy już całą wieś uważali za nawróconą i włościan zmuszali do podpisu. Potem trzy razy naokoło pop obchodził cerkiew z procesją i wodą, którą świeżo poświęcił, sam kropił ludzi i cerkiew, bo uważał wodę unicką i wszystkie sprzęty duchowne i cały obrządek za rzeczy obrzydliwe, wstręt budzące. Zrzucali potem apostołowie z ołtarzy antymensy, a swoje wkładali. Opierającego się kapłana unickiego wyrzucali zaraz z mieszkania, a swego we wsi osadzali. Jeżeli kapłan unicki zgadzał się na schizmę, zawieszali go chwilowo w sprawowaniu pasterskich obowiązków i kazali stawać w kole dla odbywania nowego nabożeństwa, którego odprawiać się uczył, potem płacił apostołom po kilka rubli za naukę. Takie to apostolstwo spadło w pierwszych porozbiorowych chwilach na biskupstwo włodzimierskie, a naprzód na cerkiew katedralną. Jakiś Malwański, archiprezbyter dyzunit, gwałtownie opanował ze swymi popami cerkiew i wygnał z niej księży unickich z archiprezbyterem Sawickim. Takie były misje na dekanatach oderwanych za kordom moskiewski od władyctwa chełmskiego, to jest w lubomlskim, opalńskim, dubienieckim, przewalskim i maciejowskim. W dekanacie ratneńskim, że bliżej było Brześcia Litewskiego, schizma nieco łagodniej postępowała. Ale Wołyń był najechany z całą siłą. Cóż dopiero powiedzieć o Ukrainie. Biskup łucki Michał Stadnicki widząc ten okropny upadek cerkwi i bezprawie bez granic, uciekł z Wołynia i dostał się za kordom pruski do Warszawy. Musiał porzucić swoje owieczki, osiadł u księży reformatów. Dostał pomieszania zmysłów i umarł w Warszawie w lecie 1797 r. Taka była radość ludu, który „do wiary przodków powracał”.


Rok 1812 na Litwie.

Pobyt Napoleona w Wilnie.

(„Kurjer Litewski” Nr 49 z dnia 4 lipca 1812 r)

Dzień 28 lipca na zawsze pamiętny będzie w dziejach miasta naszego. Dnia tego byliśmy szczęśliwi oglądać w murach tej stolicy Cesarza Francuskiego i Króla Włoskiego, Napoleona Wielkiego na czele niezwyciężonych zastępów. Między tymi poznaliśmy współrodaków naszych z Księstwa Warszawskiego. Ledwie Rosjanie cofnęli się na Antokol (przedmieście Wilna) i most Zielony, ledwie obywatele objęli straż na hauptwachu (Odwach), natychmiast pierwsze podjazdy polskie i francuskie pokazały się w mieście. Magistrat, pierwsi mieszkańcy i wielka część ludu wyszli z miasta z kluczami naprzeciw wojska zwycięskiego. Jego Królewska Mość Królestwa Dwóch Sycylji (Joachim Murat, król obojga Sycylji) na Pohulance przyjął deputowanych sposobem najłaskawszym. Po tej pierwszej ceremonji udali się dalej o pól mili pod Ponary (miejscowość pod Wilnem) dla oświadczenie hołdu Jego Cesarskiej Królewskiej Mości. Przyjął ich cesarz Napoleon z łaskawością sobie zwyczajną, potem przebiegłszy szeregi wielkiego wojska, dał rozkaz wkroczenia do miasta. Pierwsi Ułani polscy z 8 regimentu dowództwa ks. Dominika Radziwiłła weszli do Stolicy Jagiellońskiej. Widok proporców polskich wzbudzał najszlachetniejsze uczucia i pamiątki w każdym obywatelu. Wkrótce obaczyliśmy nad brzegami Wilji tych rycerzów, którzy wsławili imię Polaka nad Dunajem, Tybrem i Tagiem, a nawet aż nad Nilem. Między tymi widzieliśmy książąt Radziwiłłów, Sapiehów, Sanguszków, hrabiów Krasińskich, Chodkiewiczów, generałów Sokolnickiego, Chłopickiego, Axamitowskiego, Bronikowskiego i tylu innych, których imiona będą zawsze drogimi dla Litwinów.

Kiedy się pokazał Cesarz i Król uczucia bratniej miłości zmieszały się z uczuciem podziwienia. Na widok Napoleona Wielkiego powietrze napełniło się okrzykami. Wszędzie wołano: Niech żyje Cesarz i Król! Tłumy ludu wszędzie zbierały się, gdzie tylko ruszył Napoleon. Wszyscy chcieli nacieszyć się Jego przytomnością, oraz wyryć niejako na swoich sercach obraz tego wielkiego męża. Skoro udał się do pałacu swojego, udali się obywatele na oglądanie wojsk polskich i francuskich, a najlepszym porządku i najlepszej postawie ciągnących. Młodzieńcy nasi z niecierpliwością goreją zapałem wzięcia się do oręża wspólnie z współbraćmi.

Rosjanie, uciekając, zapalili most i magazyny. Za przybyciem Cesarza i Króla natychmiast wydane zostały rozkazy na ugaszenia pożaru. Wnet pompy zagrały, a zatem ocalono resztę, którą jeszcze ogień nie był strawił.

Nie oddając się spoczynkowi, wkrótce udał się Cesarz i Król na brzeg Wilji, gdzie zaczęła się tego czasu budowa dwóch mostów. W czasie dwugodzinnej roboty, Cesarz, siedząc na gołej ławie, raczył rozmawiać ze wszystkimi, którzy tylko byli szczęśliwymi zbliżyć się. Mówił o zakładach krajowych i administracji kraju, rozpytując się o wszystkich szczegółach. Łatwy przystęp każdemu wszystkich dziwnie. Wieczorem z dobrowolnej, a jednomyślnej woli wszyscy mieszkańcy oświecili swoje domy. Całe miasto najbogaciej było iluminowane.


Akces tymczasowego Rządu Litewskiego do Generalnej Konfederacji Królestwa Polskiego.

(„Dziennik Konfederacji Jeneralnej” 1812 r, Nr 23)

Działo się w Wilnie, w kościele katedralnym, dnia 14 lipca 1812 roku. My, Komisja Rządu Tymczasowego w Wielkim Księstwie Litewskiem, Administracja Departamentu Wileńskiego, duchowieństwo świeckie i zakonne obrządku Łacińskiego, Grecko – Unickiego i wszelkich innych wyznań, Akademja, Władze sądowe, Marszałek, Podprefekt z obywatelami Ziemskimi, Prezydent z Municypalnością, wszystkie korporacje i zgromadzenia miasta, zgoła zbiór mieszkańców W. Ks. Litewskiego, dziś w mieście Wilnie przytomnych, zebraliśmy się w kościele katedralnym Wileńskim w przytomności J. W. W-ych Senatorów i Posłów do Sejmu i Konfederacji Warszawskiej delegowanych, gdzie wysłuchaliśmy aktu nam przeczytanego i tu wpisanego, zawierającego w sobie to cnotliwe przedsięwzięcie, aby rozerwane Królestwa Polskiego i W. Ks. Litewskiego kraje połączyły się na nowo w jedno polityczne ciało i wróciły do dawnej swej Ojczyzny, jej swobód i posiadłości. Łącząc wszystkie nasze żądze, usiłowania i sposoby do osiągnięcia tak świętego i upragnionego celu w odzyskaniu Ojczyzny, w ustaleniu jej bytu, siły i pomyślności, przystępujemy do związku Konfederacji i ten akt przystępu, jako braterskie i obywatelskie przymierze w przytułku i w obliczu Boga, wzywając potężnej i litościwej Jego pomocy, własnemi rękami podpisujemy.


Odezwa Komisji Rządu tymczasowego w Wielkim Księstwie Litewskiem do obywatelów Białej Rusi 21 lipca 1812 roku.

(„Kurjer Litewski” Nr 55 z dnia 25 lipca 1812 roku)

Obywatele Białej Rusi! Ziemie Wasze mają korzyść, że były teatrem najsławniejszych w dziejach Polski czynów! Wy byliście przewodnikami i współuczestnikami chwały, którą wspólni nasi naddziadowie zyskali. Krwią z Wami złączeni (bo któż się z nas nie szczyci tym związkiem) zawsześmy się jednym uważali narodem, mimo zmiany granic w politycznych stosunkach, a im dłuższe było odosobnienie, tym droższa jednychże familji pamiątka! Wszyscy Polacy, Biało-Ruscy i Litewscy Obywatele, jesteśmy krewni, jekżebyśmy jednejże szlachetności duszy i równie wyniosłego ducha nie mieli? Ujrzym Was więc wkrótce godnych Imion przodków Waszych, łączcie się tylko węzłem wspólnej Konfederacji, wszystkim całej Polski prowincjom jednej. Po łaską ona, waszego, naszego i Polski współziomka, książęcia Adama Czartoryskiego zawiązana w Warszawie, a Litwa cała już do niej przystąpiła. Wkrótce więc ujrzymy Was w świątyni praw, zasiadających krzesła senatu, i zaszczyty od tylu lat osierociałe, wspierających wspólną Ojczyznę radą, a wojska nasze męstwem. Niosą nam znowu chorągwie Chodkiewicze Radziwiłłowie, Sapiehowie, Sanguszkowie, łączcie wasze z naszemi, a zamkniemy wkrótce wrota ziem naszych najeźdźcom na zawsze. Widzicie pierzchające ich hufce i pogrom Niezwyciężonego, którego usta wyrzekły, że żyje Polska.

Dan na sesji dnia 21 lipca 1812 roku.
Stanisław Sołtan – prezydent, Józef hrabia Sierakowski, Aleksander X-że Sapieha, Franciszek Jelski, Aleksander Potocki, Jan Śniadecki, Józef Kossakowski, jeneralny sekretarz.


Odwrót Wielkiej Armji przez Wilno w r. 1812.

(Aleksander Fredro: „Trzy po trzy”. Pamiętniki z epoki napoleońskiej. Warszawa 1917 str 37 – 50)

Zacząwszy od Małojarosławca aż do Berezyny odwrót nasz był odwrotem wojska, otoczonego wprawdzie zbytnią masą pociągów, rannych i trainerów (taborów), ale ta niesforna masa, acz zatrzymywana, spierająca się, a nawet tratująca się w każdem ciaśniejszym przyjściu, miała jednak przed sobą długą, wolną przestrzeń, którą upływała powoli. Ale Berezyna wszystko to skoncentrowała, co się na cztery, sześć, a może i więcej mil szczegółowo rozciągało. Od Berezyny ku Wilnu coraz bardziej szeregi szczuplały, a liczba bezbronnych, samopas idących, wzrastała. Na kilka mil długa czarna ciągnęła się wstęga po śnieżnej przestrzeni. Nie było może tyle spierania się na mostach, jak z tamtej strony Smoleńska, bo ubyło wiele artylerji, wozów i wózków, ale zato widziałeś kilkadziesiąt tysięcy ludzi niechcących i niemogących już innego pojmować wroga, jak głód i zimno. Zimno wzrastające do dwudziestu stopni nie tylko wytrącało z rąk karabin, ale uderzało już przedśmiertnym uderzeniem. Nie tylko bowiem trzeba było cały dzień maszerować w mundurze okrytym surdutem bez podszewki, ale trzeba było i gdzieś spocząć, zatrzymać się, choćby na chwilkę. Biada tym co za wiele zaufali zaświeconemu ognisku. Ogień często gasł, a z im i życie. Okropnie tam było, okropnie. Widziałem padających pod koła, a nikt nie pomyślał, aby koła zatrzymać. Łamiących lody, tłukących się w otwartych toniach, a nikt ręki nie podał. Widziałem konie gryzące z bólu skostniałą ziemię, którym jakiś Szylok nowy wykroił z uda parę funtów mięsa, skąpił jednego uderzenia nożem i to właśnie wtenczas, kiedy to dobrodziejstwem było. Widziałem jak uporczywie broniono dostępu do ognia, nie temu, co wpół zmarznięty, chciał ogrzać się na chwilkę, to się rozumie samo przez się, ogień tam był życiem, życiem nikt się nie dzieli, ale broniono żebrzącemu odrobinę płomienia, któryby swoją słomę przeniósł do własnego barłogu. Niejeden na oświeconym tylko śniegu wlepił oczy w ciepło do którego nie śmiał się zbliżyć, a poranek zastał go bryłą lodu. Widziałem rannych rzuconych na drogę, bo zdrowszy i silniejszy zapragnął jego szkapy i powózki. Widziałem jeńców strzelanych, jeżeli który osłabł i dalej iść nie mógł. Widziałem budynki podpalone ze złości i zawiści, że inni w nich pierwej znaleźli przytułek.

Gdyby ta ogromna masa ludzi, bo nie powiem wojska, nie była w swojej drodze trafiła na rozległe miasto, byłaby w przynajmniej w połowie przeszła Niemen, a z tej połowy byłaby może odżyła połowa. Ale wszedłszy do Wilna każdy cisnął się w ogrzane izby, zgłodniały napychał żołądek, a co gorzej zanadto trunkiem się zasilał. Ci ludzie z rozmarznięciem swojem, że się tak wyrażę, stracili resztę sił swoich. Co się działo w Wilnie w pierwszych tygodniach po 10 grudnia 1812 roku, łatwiej powiedzieć, niż uwierzyć, a i powiedzieć trudno.

Jeńcy, spędzeni po największej części do pustych gmachów, marzli dziesiątkami. Mówią, że przy każdym rozdawaniu żywności, to jest rzucaniu w ciżbę trochę sucharów, kilku zduszonych zawsze bywało. Trupy wyrzucano przez okna, czasem jeszcze nie doduszone. Szczególnie w jednym klasztorze okrucieństwo miało być bez granic. Ku wiośnie stos trupów sięgał pierwszego piętra. Żydzi wyszczególniali się srogością, właściwym tylko tchórzom i podłym, wyrzucali chorych na ulicę albo ich zabijali bez większego zachodu, jeżeli spodziewali się jakiejś zdobyczy w pieniądzach, lub w jakim kosztowniejszym mundurze. Wpół martwe, poczerniałe mumje snuły się po ulicach od domu do domu obdarzane czasem kawałkiem chleba, ale najczęściej wytrącane bez litości, bo też prawdę mówiąc, każdy swego mieszkania bronić musiał, ale niejeden z żebrzących za gwałtownie pchnięty, padał i konał u progu. Do tego wkrótce tyfus zaczął wielką śmiertelność szerzyć i pomiędzy mieszkańcami. Palono gnoje po ulicach, a z dymem zdawało się każdemu, że połyka cząstki zarazy. Nie było kupy śniegu lub stosu śmieci, żeby z niej nie sterczały nogi lub ręce umundurowane, nikt już ich nie obdzierał. Po wąskich ulicach (zaułkami w Wilnie zwanych) przez całą zimę można było widzieć po kilka trupów, o ścianę opartych, którym szyderstwo nie szczędziło różnych dodatków. Ten miał wiecheć niby bukiet, ten w ręku drąg, niby karabin, a tamtem w zębach połamany patyk, niby fajkę. Stali tak jak na targach w zimie stoi zamarzła zwierzyna. Na wiosnę dopiero zbierano i wywożono trupy drabiniastymi wozami. Mówiono, że w samej gubernji wileńskiej pochowano czterdzieści tysięcy.

Profesor uniwersytetu wileńskiego, dr. Józef Frank, przytacza w swoich Pamiętnikach (Wilno1913, tom III, str.63 – 74) szczegół z czasu odwrotu Wielkiej Armji:

„Zwycięzcy (Rosjanie) zamknęli kilka setek jeńców w jednym z klasztorów wileńskich. Gdy przypadkiem dostał się tam pies został w jednej chwili rozszarpany i pożarty przez nieszczęśliwych, którym dopiero później pozwolono wychodzić na miasto. Kilkudziesięciu żołnierzy francuskich schroniło się w pomieszczeniu, gdzie niegdyś była moja klinika, a gdzie w owym czasie był urządzony szpital wojskowy. Zobaczywszy w jednym pokoju drzwi zamknięte i przekonani, że za nimi znajduje się żywność, wyłamali oni drzwi i wdarli się do sali, do której był czasowo przeniesiony gabinet anatomo-patologiczny. Biedacy pożarli wszystkie preparaty, między innymi nerki wypełnione kamieniami, i wypili spirytus, w którym preparatu konserwowano.


Rozkwit umysłowy ziem litewsko – ruskich.

Uniwersytet wileński i Liceum krzemieniecki.

(Wincenty Pol, Dzieła, Lwów 1877, tom VIII, str 63 – 74)

Profesor uniwersytetu wileńskiego, znany później poeta, Wincenty Pol, tak charakteryzuje działalność powyższych uczelni:

Uniwersytet wileńskie staje się europejskim zakładem oświaty na północnej Litwie i czysto humanitarnych dążności w chwili, kiedy w Warszawie pod rządem pruskim tylko usilność prywatna popiera w Towarzystwie przyjaciół nauk cele już nie oświaty w znaczeniu krajowem, ale jedynie literatury za pomocą publikacji dzieł i pism polskich, w chwili kiedy akademja zamojska zupełnie prawie upadła, a akademja krakowska stała się nowym ogniskiem oświaty niemieckiej pod rządem austrjackim, skąd nawet język polski wygluzowano do imienia. Jeżeli się z tego punktu zapatrzymy na nową kreację uniwersytetu, przyznać potrzeba, że się za jego wpływem w głąb litewskich i ruskich ziem pomknęła europejska oświata w chwili, kiedy cała reszta Polski nie miała dla niej środkowego punktu ani ogniska. Co więcej, od czasu upadku głównej szkoły krakowskiej została w uniwersytecie wileńskim oświata narodu znowu po raz pierwszy zcentralizowaną na Litwie, i to w ręku takich mężów, jak ks. Czartoryski i Tadeusz Czacki. Język polski nie był koncesją dla uniwersytetu i narodu, ale warunkiem oświaty i jedynym możebnym środkiem i organem naukowych wykładów. Obok języka polskiego wszakże, który był panującym na uniwersytecie i tak w wykładzie przedmiotów, jakoteż w zarządzie, językiem urzędowym, uczono wszystkich starożytnych i nowożytnych języków i literatury i wykładano w nich pojedyncze przedmioty.

Do systemu naukowego wzięto filologię i humanitarne nauki, z nowych umiejętności przyszły nauki przyrodnicze. Filologia wraz z humanitarnemi naukami miała w tym systemacie naukowym zastąpić grunt religijnej instrukcji, a nauki przyrodzone i ścisłe zmierzały do ukształcenia specjalnych ludzi, do ukształcenia praktycznie idącego pokolenia. Słynnych mężów w naukowym świecie sprowadzano z zagranicy i osadzano nimi katedry uniwersytetu wileńskiego, język bowiem nie stał tu na zawadzie i pod tym względem był wykład przedmiotów zupełnie powszechnej natury. Była to niejako uczona wieża Babel, lubo zarząd uniwersytetu zawsze w polskich zostawał rękach, co uniwersytetowi polską dawało cechę.

Powaga uniwersytetu była wielka, bo rektor zarządzał miljonami, a okręg naukowy, czyli władza jego rozciągała się na całą Litwę, na Białą Ruś, Wołyń, Podole i na całą Ukrainę. To dawało wielkie znaczenie uniwersytetowi, że nie tylko sam sobą majątkowo i naukowo rządził, ale że nadto jeszcze zarządzał całym swym naukowym okręgiem na Litwie i Rusi i mianował nauczycieli, profesorów i metrów ze swego ramienia we wszystkich licealnych i powiatowych szkołach swojego okręgu na całej Litwie i Rusi. Rzeczywiście nie był to uniwersytet, ale raczej było to ministerstwo oświecenia publicznego z całą atrybucją podobnej władzy, na którego czele stało dwóch mężów narodu, posiadających odpowiednie środki w ręku, zaufanie cesarza Aleksandra i prawie nieograniczoną władzę działania dobrze i na pożytek narodu.

Można rzec, że wielkie plany prawodawcze świeżo upadłej Polski przechodzą tu dopiero w wykonanie i na pożytek narodu. Wszystko też odpowiadało temu: gmachy, zakłady, bibljoteki, muzea i naukowe pomoce, ludzkie stanowisko, droga obrana, rzeczy i środki. Kościół św. Jana i ogromny gmach pojezuicki o kilku dziedzińcach, wychodzący na trzy ulice i na plac zamku królewskiego został oddany uniwersytetowi wileńskiemu w samym Wilnie, wraz z wszystkimi innymi gmachami, które uniwersytet zdawna w tym mieście posiadał i wraz z wszystkiemi dobrami, które do tego należały. Były przy uniwersytecie seminarja, w których się kształcili przyszli nauczyciele, profesorowie, metrowie dla naukowego okręgu na koszcie publicznym w osobnych zakładach. Były seminarja dla lekarzy, dla artystów, dla uczniów poświęcających się sztukom pięknym, były stypendja rządowe dla artystów i naukowych ludzi, fundusze na podróże i pobyt dłuższy za granicą. Był i ogród botaniczny, odpowiedni ówczesnemu rozwojowi nauk przyrodzonych.

Czas wskrzeszenia uniwersytetu wileńskiego miał wszystkie cechy organizacji prawdziwej. Jest to chwila największego wpływu moralnego ks. Adama Czartoryskiego na losy oświaty i narodu, chwila największych zasług Tadeusza Czackiego, położonych na tem polu. Równie wielkich rozmiarów nie mieliśmy później ani ludzi ani instytucyj. Wszystkie późniejsze organizacje napoleońskich i ponapoleońskich czasów są w porównaniu z tą organizacyjną epoką i bezduszne i małe. Czacki zajmował się organizacja na miejscu, kiedy ks. Czartoryski uzyskiwał ciągle nowe koncesje dla oświaty polskiej i wzrastającej instytucji od cesarz w Petersburgu. Oświatą kierowali tu nie naukowi, ale właściwie polityczni mężowie i stąd była ta trafność w wyborze środków.

Nie można o Czackim mówić u nas bez wzruszenia, jest to najpiękniejsza postać może największego człowieka, jakiego naród w tym wieku wydał. Uciekł się on do patrjotyzmu obywateli ziem ruskich, a z zebranych funduszów, które własnym majątkiem i własnymi naukowymi zbiorami powiększył i uposażył, stworzył on owe ognisko dla oświaty polskiej w Krzemieńcu w bardzo krótkim czasie. Liceum krzemienieckie należało do naukowego okręgu uniwersytetu wileńskiego, ale było pod względem funduszów niezależną kreacją, a pod względem naukowego i umysłowego kierunku znacznie odmiennym zakładem od uniwersytetu wileńskiego. Tam był zamiar kształcenia specjalnych ludzi i zdolności, tu zamiar encyklopedycznego ukształcenia, obyczajowej ogłady, światowej i obywatelskiej oświaty. Co do rozmiarów nie mógł iść Krzemieniec w porównanie z Wilnem, ale miał zaokrągloną naukową całość. Miał swoje gmachy, swoich profesorów i nauczycieli wszystkich przedmiotów na skale licealną lub małej akademji. Miał własne stypendja dla uczniów i fundusz emerytalny dla wysłużonych, miał bibljotekę i zbiory naukowe, muzea i ogród botaniczny, założony przez Bessera, gdzie do 1600 roślin było hodowanych. Słowem, stał się nowem, niezawisłem ogniskiem oświaty polskiej dla ziem ruskich.

Chudy pachołek, który musiał szukać chleba z nauki i aplikacji swojej, mógł się łatwiej dostać do Krzemieńca po ukończeniu szkół powiatowych, a możniejsze rodziny obywatelskie zjeżdżały całymi domami do Krzemieńca i osiedlały tu stale dla edukacji dzieci, gdzie i dobre szkoły były, i dobrzy metrowie, i wszelkie zasoby nauk i najwyborniejsze towarzystwo pierwszych w kraju obywateli, których Czacki skupiał, prowadził, pożytecznie zajmował i do posług kraju wprzęgał.

Już we wszystko z własnych zbiorów uposażył był Krzemieniec Czacki, tak też postarał się o wszystko, gdzie co mógł dostać dla niego. I tak: króla Stanisława Augusta uprosił, że darował wszystkie swoje teki, tzn. upsalskie, to jest rękopisma do historji polskiej, które króla kosztowały do 30.000 czerwonych złotych. Po śmierci króla zakupił bibljotekę królewską i zbiór numizmatyczny i sprowadził je do Krzemieńca. Była to jedna z najlepszych bibljotek, jaka kiedykolwiek znajdowała się na ziemi polskiej.

W krótkim czasie podniósł się Krzemieniec, który „Nowemi Atenami” nazwany został dla naukowego i artystycznego kierunku młodzieży, a „Małym Paryżem” dla świetności salonów swoich.

Organizacja naukowa, tak Wilna i całego jego, jakoteż Krzemieńca miała tę wielką stronę, że prowadzona przez ludzi wysokiej pozycji, wytknąwszy całemu społeczeństwu stały punkt wyjścia i wyższy cel dążenia, obudziła energię uczonych, a zapał dla nauk i umiejętności dla sztuk pięknych i literatury w młodzieży i w całem idącem pokoleniu.

Obudziło się przekonanie, że idące pokolenie coś nowego stworzyć musi, że jest powołane do twórczości i wyższości moralnej w życiu, więc kto się czuł na siłach, mówił sobie: „Dalej za lepszymi!”. Przekonanie to było tak powszechne, tak równej siły, tak jednostajnie rozlane w całem idącem pokoleniu, iż po upływie lat kilku nie było już tajemnicą dla całego społeczeństwa wszystkich warstw, jak dla dworku i cichego zaścianka, do którego biedny student na furze przybywał po odbytych popisach szkolnych i cuda prawił z zapałem o braterstwie kolegów, o pięknościach literatury i sztuki, o własnych nadziejach i nadziejach kraju, o Wilnie i Krzemieńcu, tak również nie było tajemnicą to przekonanie dla artystycznego salonu, że nowe idą czasy, że się coś w umysłach przygotowuje i warzy, że się obyczajowe zmieniają rzeczy, że idą czasy koncesji.

Cóż obudziło ten zapal i przekonanie w idącem pokoleniu? Oto, że ręka wielkiego posiewu rzuciła ziarno obywatelskich uczuć na całe rozległe obszary Litwy i Rusi. Oto, że światło szło z góry z równą sprawiedliwością wymierzane wszystkim. Popisy szkolne, egzaminy, doktoryzacje odbywały się tak w Wilnie, jak w Krzemieńcu z wielką uroczystością, z wielką powagą w obecności całego okolicznego obywatelstwa i miały wszystkie cechy uroczystości narodowych. Były to nie akademiczne lub szkolne popisy, lecz zgromadzenia narodowe, na których głos publiczny wymierzał sprawiedliwość i wyznaczał nagrodę zasłudze, usilności i talentowi. Życie narodu i człowieka w narodzie poczynało się tu już od szkoły i było już od młodości otwarte pole popisu i osobistej zasługi. Kogo Czacki w czasie uroczystości szkolnych w pugilaresiku swoim zapisał i publicznie pochwalił i na wzór polecił, o tym wiedział już kraj cały. O tym pamiętał w całem ciągu jego życia pan kurator (Adam ks. Czartoryski), na tego patrzyli już innym okiem w domu i salonie.

Nigdy tez nie była liczba uczącej się młodzieży tak wielką, jak w tym czasie, i w okręgu naukowym uniwersytetu wileńskiego. Prostym bardzo środkiem osiągnął Czacki ten wielki rezultat, a tym, że każdy uczeń, pod jego pieczą zostający w naukowych zakładach, jeżeli nie był chowany na koszcie publicznym, musiał albo sam uczyć drugich, albo mieć naukowy nadzór i nauczyciela domowego, którego płacono.

W ten sposób podwoiła się liczba uczniów w szkołach publicznych, a usposobienie obywatelów w tym czasie było takie, że nikt nie chował, nie uczył dzieci w domu, lecz tylko w publicznych szkołach. Możny chciał, a ubogi mógł się stać uczestnikiem dobrodziejstwa narodowej oświaty i jedne wyobrażenia i jedne usposobienia rozlały się na różne warstwy społeczeństwa jednostajnie, równo. Tu poczyna się tedy obyczajowe przetworzenie naszego społeczeństwa. Tu poczyna się emancypacja osobistej zasługi i talentu w ślad wielkich tradycji domu Czartoryskich. To, co było zasadą jednego możnego dworu w ciągu XVIII wieku, poczyna być przekonaniem tysiąca dworów i pierwszych salonów, dających ton i modę dla wszystkich. Uroczystości tedy szkolne i łatwy przystęp do szkół publicznych dla każdego, to były te dwie dźwignie, które zrównały wyobrażenia różnych warstw społecznych i prowadziły zwolna obyczajowę emancypację w naszem społeczeństwie, nie za pomocą gwałtownych środków ale w imię wielkich miłości i wielkich nadziei.

Czacki kochał Polskę w całej młodzieży polskiej, wynosił talenta w imię nadziei kraju. Czartoryscy szukali i tworzyli zawsze specjalnych ludzi i ten kierunek miało Wilno.

Taki tedy kierunek instytucjom, sprawom i rzeczom, nadany z góry, trzymał cały naukowy korpus w energji, czujności i dzielności ciągłej, obudzał zapał do nauk w młodzieży, żywy udział całego kraju dla oświaty, w salonach zaś cześć dla zasługi a sympatię dla talentu, bez względu na towarzyską pozycję.

Kierunek wysoce polityczny musiał za sobą pociągnąć społeczne reformy. Zapał, którego oświata z takiego świecznika ducha narodowego obudziła w idącem pokoleniu, był w istocie prawdziwie socjalnej natury, ale szlachetność uczuć nie dozwalała przebierać miary na polu powszechnych i czysto ludzkich korzyści i miłości. Spotkały się tu rożne warstwy społeczeństwa polskiego, puszczone w obieg wyobrażenia potrzebowały poparcia wielkiego faktu, któryby je wyświęcił. Tak faktem stała się nowa literatura na Litwie i Rusi, która z tego posiewu wyszła.

Bezprzykładnym tedy faktem w dziejach pociąga tu oświata za sobą bez wstrząśnień reformę społeczną, emancypację osobistej zasługi. Książę Czartoryski i Czacki byli w tym jeszcze szczęśliwi, że nie tylko instytucje, ale i ludzi tworzyć musieli i stawiać na czele tych instytucyj.

Duszą Krzemieńca od początku był sam Czacki, duszą uniwersytetu wileńskiego Jan Śniadecki, od czasu, jak do Wilna Przybył (1806) i stanowczy kierunek temu uniwersytetowi nadał z energją, charakterowi swojemu właściwą.

Uniwersytet wileński nie miał fakultetów w znaczeniu uniwersyteckim, ale naukowe wydziały. Miasto fakultetu teologicznego urządzono od uniwersytetu oddzielone seminarjum katolickie pod bardzo ścisłym naukowym nadzorem rządowym. Miasto fakultetu filozoficznego były dwa wydziały: matematyczno-fizyczny i filologiczno-moralny. Wydział medyczny zorganizowano na obszerne rozmiary według stanowiska i potrzeb umiejętności. Frankowie obaj byli tymi organizatorami, a w ich ślady poszedł następnie Andrzej Śniadecki. Wydział prawny poszedł za przyjętą rutyną innych uniwersytetów, z tym tylko dodatkiem, że i obowiązujących praw tutaj uczono, a obowiązującym zaś prawem było prawo polskie, albo statut litewski.

W tym składzie uniwersyteckich nauk zakwitnąć musiały najwcześniej nauki ścisłe i przyrodnicze, którym obaj Śniadeccy z tak wielkim, zamiłowaniem oddani byli. Jakoż zaczęli z uniwersytetu wileńskiego wychodzić na całą monarchję rosyjską biegli inżynierowie i medycy słynni i ustalili sławę jego po świecie. Filologiczno-etyczny wydział wydał dopiero później owoce, ale i tu stali mężowie znakomici nauki i europejskiego imienia na czele, a ludzi tak gruntownych studjów i specjalnych usposobień nie mamy już później.

Profesorowie uniwersytetu wileńskiego byli znakomitymi, europejskiej sławy pisarzami, a dla nauki ścisłych i przyrodniczych jest to epoka jest to epoka oryginalnych postępowych badań i nowych odkryć własnemi siłami i we własnem języku, po raz pierwszy na rozmiary zagranicy wydawany „Dziennik wileński” (zaczął wychodzić w 1805 roku), jest pierwszym ściśle naukowem pismem, które w naszej literaturze wychodzić poczęło, a dzieła i rozprawy obu Śniadeckich i Jandziłłów, Borowskiego, Grodka, Bojanusa, Bessera, Fromberga, Andrzejowskiego, Podczaszyńskiego itd. stanowią epokę w swym czasie.

Wysoce polityczny kierunek, jaki nadany był oświacie tych krain, wziął Jan Śniadecki spuścizną po księciu Adamie i Czackim. Znając wartość instytucji nie puszczał jej z ręki, i owszem umiał jej dodać powagi i znaczenie osobistością swoją, energją w wykonaniu władzy, podniosłością serca i umysłu, a, rzec to można śmiało, iż nigdy nie władała dzielniejsza ręka rektorskiem berłem. Na utrzymaniu się przy władzy zależało tu tym więcej, że znaczenie rektora było bardzo wielkie, wpływ jego na instytucję, na opatrzenie oświaty i nominacje w okręgu stanowczy, że w jego ręku leżał szafunek wielkich funduszów, że oświata miała tu historyczne i polityczne znaczenie, że rektor miał prócz prawnej, dyskrecjonalną władzę. Historja policzy to Janowi Śniadeckiemu za zasługę, że się umiał w instytucji naukowej i z natury swej ruchowej stale i na pożytek Ojczyzny utrzymać przez tyle lat u władzy. Od przyjścia jego do Wilna datuje się świetność uniwersytetu, na jego pogrzebie występuje uniwersytet po raz ostatni z całą uroczystością, a w parę miesięcy później już jest zniesiony, jakgdyby losy jego były przywiązane do żywota Jana Śniadeckiego (Jan Śniadecki zmarł dnia 9 listopada st, st, 1830 roku; uniwersytet wileński został zniesiony na mocy rozkazu cara Mikołaja I z dniem 1 maja 1832 roku).


Towarzystwo Szubrawców w Wilnie (1817 – 1822).

(„Kodeks szubrawski” Wilno 1818 r)

Prawidło pierwsze: zamiarem towarzystwa (szubrawców) jest, nie mając na celu żadnych szczególnych osób, wyświecać szpetność tych przywar i nałogów, które z natury nie mogą być prawem powściąganemi, są jednak dla społeczności bardzo szkodliwe, a u nas zdawna pospolite i, co gorsza, że w powszechniejszem mniemaniu za występki i wady najczęściej nie są poczytywane. Z tego rodzaju są:

  1. Używanie nałogowe mocnych napojów z utratą przytomności i zdrowia, oraz przymuszanie do tego innych i puszczanie się na pijaństwo bez względu na czas i miejsce, z zaniedbaniem najświętszych nieraz obowiązków stanu i powołania i przytem z utrata majątku.
  2. Gry w karty, czekino i w bilard, z utratą czasu, z odwyknieniem od wszelkiej pracy, z pogorszeniem i oszukaństwem bliźnich, z ruiną własnego zdrowia, a utratą wstydu i majątku.
  3. Pieniactwo, na które chorują co wszyscy, którzy od lat kilkudziesięciu żyjąc ciągle zostają w procederach i sprawy niedokończone w spadkach przejmują i zostawują. Do pieniaczów także należą, którzy dla punktu honoru, jak i sami niekiedy zeznają, prawują się o rzecz częstokroć małej dla siebie wagi, albo i w krzywdach istotnie wyrządzonych nie przyjmując zadośćuczynienia drogą pojednania i ugody, przez prawny proceder chcą tyle uzyskać, ażeby im się koniecznie wszystko co do nitki nagrodziło wszystko z lichwą, a co skutkiem naturalnej niedoskonałości człowieka następować nie może.
  4. Próżne chlubienie się tytułami ojców, albo i dalszych przodków, pokrewieństwem z domami znakomitymi i majętniejszymi, oraz zabiegi sejmikowe, upędzanie się za urzędami bez chęci i usposobienia do wypełniania obowiązków, z lekceważeniem obywatelstwa, honoru i wykonanej przysięgi.
  5. Fałszywe i na słuszne u obcych pośmiewisko zasługujące mniemanie, jakoby urzędy, mianowicie cywilne, były udziałem prerogatywy stanu lub pochodzenia, a nie zaś profesją, wymagającą pracowitego uprzednio usposobienia przez gruntowną i stosowną do każdego rodzaju powołania naukę.
  6. Podobnież fałszywe mniemanie, jakoby można być obywatelem światłym i do urzędów prawo mającym, nie zajmując się nigdy w życiu ksiąg czytaniem, nie szukając ciągle w nich oświecenia się i żadnych własnych ksiąg nie posiadając.
  7. Tegoż rodzaju mniemanie, że można być słuszną rozeznawcą i sędzią w sprawie własnej.
  8. Źle zrozumiana miłość narodowości, zależąca na tem, aby bez rozeznania chwalić to wszystko co własne i dawne, a poczytywać za czernienie narodu, kiedy się wytykają przywary ogólne. Albowiem przywary są wszędy, ale wytykanie ich znaczy, że je znają w kraju za przywary. Pokrywanie ich milczeniem dowodzi w nich upodobania i wstrętu do poprawy.
  9. Hojność w obietnicach i łatwość w przyrzekaniu, a nierzetelność w dotrzymywaniu słowa. Wielkie nakłady na powierzchowną okazałość, a skąpstwo na życie prawdziwie wygodne i ochędożne, w potrzebowaniu cudzej pomocy i usługi, zbytnia uniżoność, a w innych zdarzeniach butność i pogarda dla drugich i tym podobne przywary dość u nas pospolite.


Charakterystyka Filomatów.

(Ignacy Domejko. Filareci i Filomaci, Poznań 1872 str. 2 – 5)

Było to za czasów kuratorji ks, Adama Czrtoryskiego, którego wpływom i zabiegom winien był uniwersytet wileński wiele wolności i pewien samorząd, że szczęśliwym zbiegiem okoliczności, spotkali się z sobą, i zaprzyjaźnili się w tymże uniwersytecie: Zan, Jeżowski, Malewski i świeżo przybyli ze szkół nowogródzkich, Czeczot i Mickiewicz. Do nich przyłączył się wkrótce Pietraszkiewicz, Łoziński, a potem innych pięciu. To było pierwsze grono, którego wpływ na ówczesną młodzież niełatwo jest określić i dostatecznie ocenić.

Z początku nie myśleli oni zapewnie o niczem więcej jak żyć z sobą ściślej, niż z innymi, widywać się jak najczęściej, szukać wspólnej zabawy i nauki. Rzecz dziwna, różnili się z pozoru ci młodzi ludzie w charakterze, w humorze, rzekłbyś w skłonnościach i usposobieniu. Zan uczył się nauk fizycznych i matematyki. Jeżowski oddany był filozofji i filologji. Malewski chodził na odczyty prawne, Mickiewicz przekładał nadewszystko historję i literaturę nowożytną, a choć był jednym z najlepszych uczniów Grodka, nie lubił katedr uniwersyteckich, nudziły go, sam sobie był profesorem. Czeczot sposobił się na adwokata przy nader nudnym i suchym mecenasie, chodził ze statutem i papierami pod pachą. Kowalewski cały czas zatopiony w łacinie i greczyźnie. Drudzy jak Pietraszkiewicz, Łoziński uczyli się nauk przyrodzonych, a jednocześnie chodzili na lekcje literatury polskiej Borowskiego i starożytnej Grodka. Wszyscy bez wyjątku byli miłośnikami Lelewela i w stosunkach bliskich z Kontrymem, bibljotekarzem uniwersyteckim, człowiekiem bardzo zacnym, nieco gderą, kapryśnym i nieprzyjacielem szlachty, ale przystępnym dla wszystkich, ruchawym i wielkim budzicielem do pracowitości i oświaty.

Zimny i poważny, blady, najczęściej zadumany Józef Jeżowski, mało mówił i rzadko wdawał się w żarty, sprzeczki i dyskusje, a kiedy zabierał głos w rzeczy tyczącej się dobra kraju, to zawsze mówił spokojnie, poprawnie, z najsurowszą logiką i do przekonania. Pochodził on z okolic Humania. Był nader surowych obyczajów, lubił samotność, wiele czytał, mianowicie autorowe klasycznych starożytnych. W filozofji trzymał się Kanta, ale nikomu nie narzucał swoich przekonań. Równie surowy dla siebie, jak pobłażąjący dla drugich. Pamiętam, jak razu jednego opowiadano jakiś czyn, z którym było związane głupstwo z wielkim upodleniem i nikczemnością, a myśmy się srodze oburzali na człowieka, który go popełnił i ze zgrozą powstawaliśmy na samo wspomnienie szkaradnego czynu, spokojny Jeżowski rzekł: „w istocie, trudno powiedzieć, do jakiej klasy i rodzaju ułomności i słabości ludzkich należy rachować ten czyn. Nikt by go nie wymyślił a priori (wziął z góry, z fantazji).

Jakże różny od Jeżowskiego w ułożeniu, w humorze i w charakterze był Jan Czeczot. Żywy, tkliwy, wesoły, bratający się ze wszystkimi, prosty i poufały równie z najmłodszymi, jak i z najuczeńszymi, śpiewny, czuły na wszelkie wrażenia, litujący się i gniewający się z łatwością, pobłażający mianowicie dla skromnych i pokornych, prawdziwie wieśniaczej natury, a przytem dobry i pobożny katolik, był zawsze gotów służyć nam, ale też i gderał i napominał, kiedy coś niedobrego w nas zobaczył, bo chciał, aby jego przyjaciele, mianowicie Adam Mickiewicz, byli wolni od wszelkich wad, nawet powszednich.

Trudno opisać różny bardzo od poprzednich w tym czasie charakter Mickiewicza. Możnaby wprawdzie powziąć o nim niejakie wyobrażenie z jego ballad i dwóch pierwszych części „Dziadów”, które w tym czasie napisał, nie był on jednak tak posępny i melancholiczny, jakby się z tych jego utworów zdawało. Lubił być wesołym, kiedy się znajdował ze swoimi, mianowicie z Zanem, Czeczotem, Malewskim i dziwnie przyjemnym był natenczas. Jego piękna twarz, koralowe usta, namiętne oczy, gęsty hebanowy włos, przyjemny dźwięk mowy, pewność siebie i niepospolita bystrość - wszystko to sobie dziś przypominam i staje mi na oku jego obraz w najżywszych kolorach. Nie zajmował się on wprawdzie urządzeniem towarzystw tajnych, ani pisaniem ustaw dla nich, ani ich zawiązywaniem między młodzieżą, ale radzono się go w rzeczach tyczących się kierunku, zasad i celów, i słuchano go, bo jego sokole oko widziało dobrze i daleko (z niedawno ujawnionych materjałów dotyczących towarzystwa filomatycznego w Wilnie okazuje się jednak, że Mickiewicz brał czynny udział w pracach organizacyjnych). Powołany zbyt wcześnie na nauczyciela do Kowna, od czasu do czasu widywał się z nami, a każdy jego przyjazd do Wilna był uroczystością dla nas. On pisał pieśni dla nas, jego tylko pieśni śpiewano, a temi pieśniami panował, ożywiał, utrzymywał ducha między młodzieżą. W wierze był może natenczas więcej poetą, niż powolnym sługą Kościoła, ale jego utwory w formie i duchu katolickie, oddana całej swej prostocie wiara i pobożność ludu naszego, wielce się przyczyniły do uratowania ówczesnej młodzieży od suchego sceptycyzmu, wolnomyślnego niedowiarstwa i materjalnej rachuby, które z taką siłą ogarniały młodzież na innych uniwersytetach.

Figurą najniepoetyczniejszą ze wszystkich był bez wątpienia Łoziński. Szerokiej twarzy, barczysty, niewysoki, nieco twardych rysów, przekładał nad zbyteczne uniesienia życie praktyczne, dobry byt, niezależność. Nie oddawał się żadnej wyłącznie gałęzi nauk, ale był dobrze obeznany tak z literaturą, jakoteż naukami przyrodzonymi i matematyką. Był on z Wołynia, z Krzemienieckiej szkoły, wielbiciel Czackiego i ks.Osińskiego (ksiądz Alojzy, ceniony filolog, nauczyciel literatury polskiej i łacińskiej w liceum w Krzemieńcu). Zawsze w dobrym humorze, rubaszny, umiał skarbić przyjaciół i miał przewagę między młodzieżą. Zajmował się dawaniem lekcji na pensjach panien i w prywatnych zakładach.

Nikt jednak nie dorównywał w popularności, w sposobach i darze podobania się i pociągnięcia ku sobie młodzieży panu Tomaszowi Zanowi, od którego powinienem był zacząć.

Zan był z powiatu nowogródzkiego, gdzie miał bardzo szanownego stryja, który się nim opiekował, księdza kanonika Zana, proboszcza w Poloneczce (o dwie mile od domu rodziców moich). Był, (Zan) jak to mówią, człowiekiem powszechnym. Posiadał gruntowną znajomość nauk przyrodzonych i doświadczalnych, był dobrym matematykiem i poetą, znał literaturę i historję naszą i języki starożytne, był wielkim miłośnikiem sztuk pięknych, mianowicie muzyki, którą znał dobrze i śpiewał wybornie. Średniego wzrostu i nieco śniadawej twarzy, miał małe ogniste oczy, włos ciemny kędzierzawy, czoło wysokie, nieco zwężające się u góry. Kiedy śpiewał, improwizował, wpadał w uniesienie, mówiono, że z jego czoła i oczu strzelały jakoby promienie, którymi przekonywał i zdobywał serca tych, co go słuchali. Umiał z równą łatwością zniżać się do pojęcia niewinnych dzieci, bawić je i nauczać, jak wchodzić w rozprawy z najzimniejszymi uczonymi i z ludźmi podeszłego wieku. Zawsze wesoły, wypogodzonej twarzy, żartobliwy, lubił płeć piękną, niewinną, a był bardzo przykładny w obejściu się z nią. Estetyczny, miłosny, nie mógł znieść najmniejszego słowa w młodych ludziach, które zakrawało na nieobyczajność, zepsucie i zmysłowość, i nie cierpiał rozpustnych. Utrzymywał, że pierwszym krokiem do nieuczciwości, upodlenia i zdrady, jest niepowściąganie grubych skłonności, obżarstwo i rozpusta, które zarażają otaczającą atmosferę swędem i zgnilizną. To też dowodził, że muzyką i poezją, czystością obyczajów i miłością można uratować z upadku najbardziej zepsutych ludzi. Znany i lubiony był też pan Tomasz ze swych ballad i trioletów, które śpiewano, a do których sam dorabiał muzykę. Czytano z przyjemnością jego poemat „Pan Twardowski”, i on urządzał muzykę do śpiewów, które przysyłał nam z Kowna Mickiewicz. Utrzymywał się z dawania prywatnych lekcyj.

Najrubaszniejszy z całego grona, najruchawszy, istny zapaleniec, był Onufry Pietraszkiewicz. Na niego spadała mianowicie materjalna praca w urządzaniu towarzystw, a był on mistrzem ceremonji, archiwistą, skarbnikiem. Przyrządzał małe uczty, kiedy chodziło o obchód przyjazdu Adama z Kowna, lub jakich imienin. Jedynym jego żywiołem i warunkiem bytu była narodowość, dobro kraju, przeszłość i przyszłość Polski. On jeden tylko nosił wąs zawiesisty na pamiątkę Sobieskich, Pułaskich i lubił śpiewać: „Ozdobo twarzy, pokrętne wąsy”. Nienawidził Moskalów, jak piekła. Znałem go od lat szkolnych, bo był moim guwernerem w Szczucinie, a potem ze mną na wydziale nauk fizycznych w uniwersytecie.

Różniący się od wszystkich z powierzchowności, choć tychże samych uczuć i zasad, był syn ówczesnego rektora, Franciszek Malewski. Był to prawnik, większy od wszystkich nas polityk, światowy, znający wyższe towarzystwo, mówił czysto, jasno, ze zdrowym rozsądkiem, władał z łatwością nowożytnymi językami i dobrą łaciną bronił swojej rozprawy na magistra prawa. Przytem dobrego humoru, przyjemnej twarzy, znawca i lubownik sztuk pięknych, towarzyski i praktyczny.

Otóż siedmiu młodych uczniów uniwersyteckich, którzy od zbliżenia się ku sobie uczuli pierwszy popęd do wywarcia wpływu na młodzież wileńską. Nie mam potrzeby powtarzać, że siłą tego popędu i bodźcem do czynności a głównym celem było dobro kraju, stara Polska, przechowanie narodowości i charakteru polskiego.


Piętnaście prawideł postępowania dla młodzieży, należącej do zgromadzenia Przyjaciół pożytecznej zabawy, nakreślonych na majówce dnia 17 maja 1820 roku w Wilnie.

(rękopis współczesny)

  1. Każdego poranku, zaraz po obudzeniu się ze snu, powiedz sobie: jestem młody, a więc mam jeszcze porę do nabycia nauki, do zabawy, a stąd do zapewnienia sobie szczęścia. Ale czas szybko i bez powrotu ubiega, nuż tedy co prędzej na to wszystko dobro moje pracować.
  2. Chcesz posiadać naukę? Popracuj naprzód nad odkryciem twoich niewiadomości. Gdy zaś poznasz jak wiele i czego nie umiesz, czego i jak chciałbyś się nauczyć, i czego nieuchronnie do twojej nauki potrzebujesz, natenczas bądź przekonany, że uczyniłeś pierwszy, lecz wielki krok na drodze doskonalenia twojego umysłu.
  3. Staraj się nabywać nauk z gruntownością stosownych do sił twoich i powołania. W tym zamiarze ułóż sobie plan doskonalenia się twojego, abyś wiedział gdzie jest początek, gdzie środek, gdzie granice twojej nauki. Bez takiego planu nie nadasz pracy twojej należytego porządku, tak nieuchronnie w całem życiu potrzebnego, bez porządku nie nabędziesz w nauce gruntowności, a bez tej bądź przekonany, że nauka twoja może się stać szkodliwą.
  4. Nie nazywaj nauką wiadomości usłyszanych z ust obcych, albo wyczytanych z książki, lecz staraj się nadto sam nad wszystkiem co widzisz, słyszysz, pojmujesz, ciekawie i rozumnie zastanawiać się i myśleć, aby nabyte wiadomości przerabiały się w istotny pożytek i własność twego umysłu, podobnie jak pokarm użyty i przetrawiony zamienia się w posiłek, krew we właściwe części twego ciała.
  5. Nie uwielbiaj rodzaju twojej nauki lub powołania nad inne rodzaje powołania i nauki, ponieważ każda w sobie uważana, jest równie użyteczną, potrzebną i godną człowieka. Uprzedzenie takowe, jako mające źródło w miłości własnej, może łatwo wprowadzić w dumę, w przesąd, w zagorzałość, a następnie w fanatyzm, którego skutki mogą być straszne.
  6. Im skromniejszym coraz będziesz się stawał w twoich rozmowach, zdaniach, opinjach, tem większego coraz postępu w doskonaleniu się twojem będziesz miał dowody. Jeśliby zaś w jakiej twojej sprawie przebijała się pycha, lub wysokie o sobie rozumienie, natenczas uderz się w piersi i zawołaj: Zgubiony jestem!”. Bież co rychlej do umiarkowańszego od ciebie, użyj jego rady, albo innych sposobów do ukrycia twoich niedoskonałości.
  7. Chcesz być cnotliwym? Zapatruj się na sprawy wielkich cnotami ludzi, ażebyś usposobił się czuć szlachetnie. Gdy zaś uczujesz przywiązanie do ziemi ojczystej, skłonność do przyjaźni z towarzyszami swojego wieku i powołania, miłość bliźniego i troskliwość o samego siebie, natenczas możesz być przeświadczony, że uczyniłeś pierwszy, ale wielki krok na drodze doskonalenia twego serca.
  8. Przywiązanie do ziemi ojczystej zależy na tem, ażebyś życzył dobrze ziomkom każdej klasy i całemu narodowi w ogólności, ażebyś zachowywał zbawienne ojców obyczaje, kochał mowę rodowitą i jej się uczył, rozpamiętywał cnoty i dzieła przodków, i to stosownie do sił twoich i powołania starł się naśladować.
  9. Słodkich owoców przyjaźni z twoimi towarzyszami możesz być pewny, jeżeli stłumisz w sobie do szczętu samolubstwo i zazdrość, jeżeli będziesz szanować chwalebne postępki towarzyszów, będziesz szczery i otwarty, będziesz słuchał bez żadnej urazu naganę wad swoich, i z pociecha będziesz przyjmował rady i przestrogi.
  10. Miłości bliźniego pokażesz dowody, jeżeli będziesz umiał litować się nad cierpieniem drugich, bez względu na ród, stan, przekonania, wiek i płeć cierpiącego współczłowieka.
  11. Troskliwość o samego siebie zakładaj na to, ażebyś wszelkiemi siłami doskonalił umysł i serce, tudzież utrzymywał czerstwość i zdrowie, chroniąc się stale gnuśności i rozpusty.
  12. Im łagodniejszym będziesz się coraz stawał i prostszym w pożyciu z drugimi, tem większego postępu w moralności będziesz miał dowody. Jeżeli ktoś naruszy twoją łagodność, bądź spokojny. Jeżeli cię dotkliwie obrazi, przebacz mu. Jeżeli natrętnik dalej się uniesie, ulituj się nad jego nierozsądkiem, i proś go, ażeby się wyzwolił z swojej napaści. Jeżeli i tym sposobem nie ustanie w swojej złośliwości, przebacz mu i proś go jeszcze, i nie używaj gwałtownego odporu, chyba w przypadku niebezpieczeństwa.
  13. Nie nazywaj próżnowania zabawą, bo są różne od siebie i wcale przeciwnych skutków. Zabawa zależy jedynie na krzepieniu sił ciała i rozweseleniu umysłu strudzonego nauką.
  14. Chcesz być szczęśliwym? Nie obieraj stanu, aż póki nie dopełnisz każdego z podanych tu prawideł, te albowiem wyjaśnia ci dokładnie twoja skłonność i przeznaczenia. A jeśliś obrał już powołanie, staraj się według sił twoich, wyłożonym tu sposobem poświęcać się nauce, cnocie, zabawie.
  15. Każdego wieczora, biorąc się do spoczynku, rozważ piętnaście tych prawideł, zdając ściśle przed samym sobą sprawę z tego dobra, któregoś w ciągu dnia dostąpił, albo z zawad, którycheś doświadczył, ażebyś wiedział, jak nazajutrz masz podobnych zawad uniknąć i być większego dobra bardziej pewnym.


Litwa w Powstaniu Listopadowym.

Adres reprezentantów Litwy, Wołynia, Podola i Ukrainy do sejmu w r.1831.

(Diarjusz sejmu 1830 – 1831. T. I. str.169-172)

Odczytanie adresu w sejmie poprzedził Lelewel następującym przemówieniem :

„Drogie są wspomnienia przeszłości, która kojarzyła wszystkie prowincje Polski, w której pierwsze zawiązki jej spójności były położone! Król Łokietek nie większe miał królestwo, jak obecne, i również jak teraz, otoczone nieprzyjaciółmi. Szukając przyszłych ziomków narodu, w trudnem położeniu swojem zwracał uwagę na Litwę. W niej znalazł zawiązek tego wątka, który się w następnych roztaczał wiekach. Już to 505 lat upłynęło, jak Giedymin z Łokietkiem, sprzymierzeni wspólnie, działali i rzucili pierwsze nasiona dla zlania się obu narodów w jedność. Wnet Mazowsze stało się pośrednikiem między Litwą i Polską przez małżeństwa i sojusze. Nadszedł czas gdzie Jagiellonów ród rzadkim jedynym w dziejach przykładem, miał kojarzyć dwojakie narody, umiał być królem dla obu narodów. Błogosławiły go pokolenia, a czas to sprawił, że spólność dojrzała. Imię Czartoryskich, które i dziś przewodniczy w senacie, przyczyniło się do pamiętnego związku, dopełnionego Unią Lubelską. Jeszcze i w tej chwili, w tych dla narodu ważnych momentach, prowincja mazowiecka pośredniczyła w ułatwieniu związku. W niej się otworzyły wspólne narodów narady, w niej stolica, sejmy, zjazdy i wspólne królów elekcje. W tej właśnie sali poczęły obradować razem oba połączone narody. Dalsze czasy są znane, jak Batory odzyskiwał dla Litwy Połock i Białą Ruś. W ponawianych z nieprzyjaciółmi wojnach, imiona Chodkiewiczów, Radziwiłłów łączyły się z imionami koronnych hetmanów. Cieszyły się wspólnym powodzeniem i pomyślnością oba narody, wspólnie znosiły przeciwności i niedolę. W tej sali były chlubne narady o potrzebach narodów stanowiące, w niej się rozstrzygał ich los, w czasach, gdy już niepodobnym było byt Polski utrzymać. W przeciwnościach i nieszczęściu najświetniej się objawiają godność ludzka i wielkie charaktery. Nie brakowało ich Litwie. W tej tu sali mężowie Litwy dzielnie wspierali wspólne obrady i nieustraszonego męstwa składali dowody. Dość tu przypomnieć Korsaka, Reytana i innych. Ty oni dniem i nocą leżeli, gdy już ich rad nie słuchano. Tu, w tym oto miejscu stawili zacięty i nieprzełamany opór, dopóki ich gwałt i nieprawość z pośród obrad nie wyrwała. Wszędzie mieliśmy w Litwinach czynnych i dzielnych współbraci. Mamyż jeszcze więcej imion przytaczać? Poczubutów, Naruszewiczów? I Kościuszko był Litwin! Zdaję się, że wymieniwszy to imię, nie godzi się go sławić. Czujemy aż nadto dobrze, jak uświetniło gasnący i byt swój tracący Naród Polski, i jaką rzuciło chwałę na braci naszych.

Lecz na cóż nam z grobu wyciągać pamiętne zmarłych mężów imiona, gdy pośród nas w obu izbach, mamy plemienników Litwy: Paca, Radziwiłła, Niemcewicza i Ciebie, jenerale Niesiołowski, któryś w ostatnich chwilach w polu i obronie Narodu dostał i do ostatka nie opuścił sprawy ojczyzny.

Litwa, Wołyń, Ukraina i Podole, zawsze nieodstępne powszechnej sprawie, i dziś obracają swe oko na Polskę. Zawsze jeden duch, jeden interes ożywiał i kierował ich krokami i dziś również do tegoż skierowane są celu, wyglądając z upragnieniem pomocy. Jużeście ich, Reprezentanci obu izb, powołali manifestem waszym do tych życzeń, a dowodem ich uczuć jest ten oto akt przez mieszkańców z za Buga i z za Niemna u nas przebywających ułożony, a do was, Reprezentanci, zwracający się, który poważam się w imieniu Narodu Litewskiego wnosić i odczytać:

„Reprezentanci Narodu! Litwa, Wołyń, Podole i Ukraina zawsze były z wami jednym Narodem, jedna Polską. Trzydzieści lat ucisku i niewoli od ostatniego rozbioru nie potłumiły w sercach naszych miłości wspólnej Ojczyzny i dążenie ku zlaniu się w jedna narodową całość, która niezatarta granicami, doczesną przemocą wytkniętymi, trwa pod strażą historji we krwi wspólnej, w jedności uczuć, pamiątek, języka, nieszczęść i wspólnej nadziei. Wielokrotnych usiłowań odzyskania połączonego bytu Polski nie uwieńczył skutek, pokąd te usiłowania nie miały owej cechy narodowości, jakiej obecna rewolucja niesie rękojmią.”.

„Reprezentanci Narodu! Sprawa nasza jest nierozłączną – wyrzekliście to manifestem waszym. A jeżeli przemoc rosyjska nie dozwala powszechnemu z za Buga i Niemna przeniknąć do was głosowi, my, wolni tych ziem mieszkańce, jesteśmy przed wami organem uczuć i opinji spółziemian naszych, bośmy je czerpali w jednym uroku Ojczyzny. Prawa ludzi są niezbyte i nie uległe przedawnieniu, a czas mści ich krzywdy. Zdeptane były prawa nasze, znieważona narodowość na przekór zaręczeń Kongresu Wiedeńskiego, w obliczu całej Europy danych, znieważona religia gwałtownym wytępienie Unji, znieważona cześć ojczysta, bowiem Polakami zwać się broniono. Zamiast konstytucji, narzucał nam samodzierżca rosyjski swe ukazy, pod którymi nikt własności, nikt czci i życia nie był pewnym. Znakomici obywatele i kwiat młodzieży, uczczeni męczeństwem za narodowość, zesłani na Sybir, karani bez przekonania. Odjęto nam ustawy, mowę rodzinną, zaprzedano sprawiedliwość, wydarto wolność pisania i mówienia, i miałożby nam być wzbronione podnieść prawy opór przeciwko tylu zniewagom, krzywdom i zawłaszczeniu praw ludu? Miałożby wzbronno było upominać się o te prawa imieniem Litwy, Wołynia, Podola i Ukrainy, gdzie potrwożona dziś przemoc rosyjska najcelniejszych obywateli więzi, z kraju uwozi, dobra konfiskuje i zniewala milczeć lub bluźnić przeciw powstaniu Polski? Odkąd rewolucja przybrała charakter narodowy, niezbędnem stało się odzyskanie ziem oderwanych, bo z niemi tylko powstanie odpowie wysokiemu powołaniu swemu i niepodległość ojczystą ustali. Obwieśćmy więc światu, że wola i sprawa nasza do Dźwiny i Dniepru jedną jest i nierozdzielną, a sejm ją tylko prawnie stanowi. Że następnie podpisy, zbory Targowickim podobne, pokątne adresa i inne wszelkie akta podstępem i przymusem wynękane, nie są w uczuciu w sumieniu, w wierze i opinji ziem, do Rosji oderwanych. W tym ważnym celu, na was, Reprezentanci Narodu, zlewamy sumienną reprezentację Litwy, Wołynia, Podola i Ukrainy, a ufni waszym cnotom publicznym losy reszty Polski w wasze ręce składamy.

Działo się w Warszawie dnia 22 stycznia 1831 roku (podpisy)


Rzeź Oszmiany w r. 1831 przez pułkownika Wierzulina.

(Feliks Wrotnowski, Zbiór pamiętników o powstaniu Litwy w roku 1831–ym, strony 240 242)

Dowiedziawszy się Moskale, że Przezdziecki (Karol Przezdziecki, naczelnik powstania w pow. oszmiańskim, b. pułkownik wojsk napoleońskich) obrócił całą siłę na trakt miński, zostawiwszy tylko dwieście koni kawalerji i piechoty kompanję strzelców pomieszanych z pikinierami i kosynierami, oddając pod dowództwo Stelnickiemu, uderzyli wielkim szturmem na tęż małą garstkę, całym batalionem piechoty z dwoma działami artylerji pieszej i pięciu szwadronami kawalerji z dwoma działami konnej artylerji. Lubo nasza mała garstka, ile mogła opierała się, jednakowo strzały ich nie były nam szkodliwe tak dalece. Ale nie mając działa żadnego, i przytem bardzo mało ładunków broni ręcznej, musieliśmy zrejterować z przedmieścia do miasta. Gdy Moskale awansowali z wielką radością naówczas, zebrawszy się w kilkunastu z za sklepów, zasmuciliśmy ich, bo po kilkudziesięciu strzałach padło ich 25. Kiedy już ładunki wszystkie wystrzelaliśmy, naówczas udaliśmy się w ucieczkę każden poszczególnie, a Moskale otoczywszy całą Oszmianę każdego idącego człowieka, choć bezbronnego, zabijali. Po szczególnym rozsypaniu się Moskale wjechali do miasta z wielkim krzykiem. Żydzi zaś przyjmowali ich z wielką radością. Jednakowo nasamprzód zaczęli odbijać sklepy żydów, więc pułkownik ich za to naganiał. Później zaczęli odbijać kościoły. Dominikański odbili, zrabowali i znalazłszy czterech ludzi w kościele przechowujących się, bezpardonnie porżnęli nożem. Do murowanego żadną miarą nie mogli się dobić, ani tez drzwi wyrąbać, wysadzili drzwi, wystrzeliwszy z armaty, gdzie natychmiast spalili archiwum w tymże kościele będące, i takoż znalazłszy trzech ludzi na chórze, zarżnęli. Franciszkanów toż samo zupełnie zrabowali. To jest: ornaty, kielichy, puszki i tym podobnie później wpadali do domów i klasztorów, toż samo zupełnie porabowali, tak dalece, że w żadnym domu ani podłogi, ani też szyby w oknach jednej całej nie zostawili. Którego zaś obywatela w domu zastali nie wchodzili w to, czy był winien, lub też nie, wyprowadziwszy zarzynali. I tak Józefa Zarzyckiego, Tomasza Gana, Paszkiewicza, ks. Kuszelewskiego, Zakrzewskiego doktora, Jakuba Sielawę, Adolfa Swirskiego, regenta Aleksandra Czernickiego, Jana Juszkiewicza i wielu innych, to jest około 80 osób zarżnęli. Resztę zaś, zabrawszy, powiązali, niektórych zaś do dział przywiązawszy, popędzili do miasta Wilna. A innych zaś, którzy mówili, że są prostej konduity ludzie, zbili nielitościwie bizunami i ogoliwszy pół głowy, do domów puszczali. Słowem całej straty naszej przez ten czas liczyć można ze wszystkiem 150 ludzi. Ich zaś około 40.

Po zagrzebaniu licznych stosów nieszczęśliwych ofiar, wrócił Wierzulin do Wilna, a wojsko jego sprzedawało w triumfie złupione naczynia kościelne i własność pomordowanych mieszkańców.


Działalność spiskowa.

Przysięga dla członków stowarzyszenia tajnego, zawiązanego przez Szymona Konarskiego na Litwie i Rusi w 1837 – 1839 roku.

(Archiwum państwowe w Wilnie)

W obliczu Boga i całej ludzkości, wobec mego sumienia, na miłość, która mnie wiąże z nieszczęśliwą Ojczyzną moją, na wieki boleści, które ją dręczą, na drżenia duszy mojej, którego doświadczam na widok lenistwa i bezczynności, na krew męczenników, która na ołtarzu poświęceń dla Ojczyzny płynęła i popłynie, Ja, N. N., wierząc, że wszyscy ludzie są równi, wszyscy są wolni i wszyscy są sobie braćmi, że są równi w prawach i obowiązkach, że są wolni w używaniu praw Boga i ludzkości, że są braćmi dla postępowania w zgodzie i jedności ku osiągnięciu tego dobra, wierząc, że cnotą i obowiązkiem jest działanie przeciw nierówności, która w Ojczyźnie mojej istnieje, że w ludzie tylko wszechwładztwo spoczywa, przekonany, że jedność stanowi siłę i że przymierze, utworem wszystkich gnębicieli będące, jedynie sprzymierzonymi siłami ludów pokonane być może, przejęty wiarą w przyszłość Polski, urządzonej na zasadzie wszechwładztwa ludu, przystępuję z całą szczerością duszy do Stowarzyszenia, przyjmując na siebie obowiązki braterstwa wobec wszystkich ludzi, należących do niego, w każdym miejscu i czasie, gdzie się onych domagać będą. Poświęcę moje myśli, zdolność działania i majątek dla walki jaką stoczyć wypadnie z pojedyńczymi ludźmi, lub kastami, gwałcącemi święte prawa boskie i ludzkości i targającemi się przez siłę, sztukę i przywilej na wolność równość i braterstwo Ludu Polskiego i innych ludów. Przyrzekam ściśle zachować milczenie we wszystkim, co mi ze strony Stowarzyszenia, jako tajemnica, powierzonym będzie. Przyrzekam, że to wszystko dotrzymam, a gdybym kiedykolwiek stał się krzywoprzysiężcą, niech imię moje znaczenie zdrajcy przybiera i niechaj złe, stąd wynikłe, na moją spadnie głowę, i niech się tak stanie dziś i po wszystkie czasy. Amen,


Udział w Powstaniu Styczniowem.

Protest obywateli województwa wileńskiego.

(Drukowany w tajnem czasopiśmie „Niepodległość” w numerze 10-tym z dnia 7 listopada 1863r)

Do Rządu Narodowego
od obywateli Województwa Wileńskiego.

Wśród krwawej walki z Moskwą o niepodległość, w której wszystkie warstwy społeczeństw Litwy bohaterski biorą udział, były Marszałek Województwa Wileńskiego (Aleksander Domeyko) wystosował do cara Moskwy adres z wymienieniem od szlachty wiernopoddańczych uczuć. Poczem władze moskiewskie zawezwały szlachtę do stwierdzenie niecnego aktu podpisami swymi.

Szlachetni mężowie w odmówieniu podpisów poświęcili się na utratę mienia i wygnanie na Syberję lub na śmierć męczeńską, doniosłe światu dali już świadectwo, jakich środków używa Moskwa dla wymożenia podpisów. Krew ich niewinnie przelana, ofiary bez granic uwydatniły z jednej strony, do jakiego stopnia Moskwa czuje się sama pozbawioną na Litwie wszelkiej prawnej podstawy, i jak w niedostatku rzeczywistego prawa pragnie wytłoczyć sobie zmyślone, jak nawet tego otrzymać nie może inaczej, jak rozwijając najdzikszą przemoc. Z drugiej strony, adresem i podpisem wymuszonym siłą zbrojną, groźbą szubienicy i Syberji, groźbą mordu i pożogi, lub osadzeniem po więzieniach, odjęły resztę znaczenia, jeśli jakiekolwiek mieć mogły.

Ale duszę polską, w której miłość Ojczyzny stała się religją, boli nawet terroryzmem pozorne odstępstwo od Sprawy ojczystej. Dlatego My, niżej podpisani obywatele Województwa Wileńskiego, tak ci, cośmy srogą Moskwy przemocą do podpisania znienawidzonego aktu zmuszeni byli, jak ci, cośmy jeszcze na tę straszną próbę narażeni nie byli, niniejszym protestujemy, przeciwko duchowi i literze podanego adresu. Podpisy nasze, jako gwałtem od nas wymuszone, odwołujemy i za nieważne ogłaszamy. Wszelki sojusz, tak z najezdniczą Moskwą, jako duchowi naszemu narodowemu wstrętne, z rozwojem naszej cywilizacji i potrzebami kraju niezgodne, odrzucamy, wierność naszą dla Polski, z którą połączeni jesteśmy nierozerwanym nigdy węzłem, przez ojców naszych w Horodle i Lublinie zaprzysiężonym, a pięciowiekowem z nią życiem, wspólną chwałą i szczęściem, jak wspólną niedolą wzmocnione, na nowo zaprzysięgamy służyć tej miłej niepodległości, Rządowi Narodowemu, jedynej Władzy, jaką w kraju naszem za prawą uznajemy, osoby nasze i krew naszą w rozporządzenie oddajemy i te oświadczenie nasze wobec Boga w Trójcy Świętej jedynego, wobec kraju własnego i Europy czyniąc, świadczymy własnoręcznymi podpisami 13 (25) września 1863 r.

(następują podpisy 89. 815 obywateli)


Zygmunt Sierakowski, wódz powstania litewskiego w r. 1863.

(Artykuł Bronisława Zalewskiego w czasopiśmie „Ojczyzna”, Bendlikon, 1865)

Zygmunt Sierakowski pochodził z rodziny, w której były bardzo silne tradycje walk o niepodległość. Ojciec jego zginął w roku 1830. Za czasów uniwersyteckich Sierakowski wywierał wielki wpływ na młodzież w kierunku patrjotycznym i rewolucyjnym. W roku 1848 chciał się dostać za granicę po wiadomości i rozkazy. Zdradzony przez najętego furmana, który miał go przewieść do Galicji, został aresztowany i stawiony w Petersburgu przed komisją śledczą sławnego III. wydziału kancelarji cesarskiej. Uniesiony młodzieńczym zapałem, zaczął gen. Dubeltowi i hr. Orłowowi wykładać swoje teorje. Szczerość swą przypłacił służbą żołnierską w orenburskim batalionie, gdzie wkrótce stał się osią kółka, złożonego z Polaków, również skazanych na służbę w armji moskiewskiej. Po śmierci cara Mikołaja Sierakowskiemu udało się Orenburg opuścić i dostać się w roku 1857 do Petersburga, do akademji wojskowej. Dzięki swym zdolnościom, zajął wkrótce wybitne stanowisko w sztabie generalnym i wszystkie swe siły po święcił przeprowadzeniu reformy kodeksu karnego, obowiązującego w armji rosyjskiej, mianowicie zniesienia kary cielesnej. Wysyłany dwukrotnie za granicę, badał procedurę karną w armjach europejskich i starał się dowieść różnym mikołajewskim generałom, wierzących tylko w pałkę, że karność da się utrzymać łagodniejszymi środkami.

Sierakowski po powrocie z Petersburga, pracował dalej przy ministrze wojny nad reformą więzień, urządzeniem kompanij dyscyplinarnych itp., kiedy gwałtami Moskwy na d Wisłą przyśpieszone powstanie wybuchło w Warszawie. Celem życia Sierakowski dowodził, że kochał ludzi i pragnął ich dobra, gotów poświęcić się za nie. W pracach ostatnich lat kilku dążył do celów czysto humanitarnych, ale nigdy, ani na chwilę, nie mógł przestać być Polakiem i w tym świecie, który chętnie wyobraźnią i myślą swoją ogarniał, najdroższą i najmilszą mu była ta najnieszczęśliwsza Ojczyzna. W chwili tak stanowczej uczuł, że wszystkie jego siły do niej przedewszystkiem należą. Miała prawo wymagać, aby zdobyte w ciężkim życiu doświadczenie i naukę na jej usługę teraz obrócił. Jak będąc młodzieńcem, życie swoje gotów był oddać jej w ofierze, tak teraz świetną, indywidualną w przyszłości pozycję, a co największa domowe, zaledwie skosztowane szczęście, na jej ołtarzu złożył.

Powstanie przygotowywało się na Litwie, Narbutt już w lidzkim powiecie broń dobył, potrzebowano zdolnych oficerów. Sierakowski nie wahał się i przybył do Wilna. Poruczono mu dowództwo w województwie Kowieńskim. Pożegnawszy żonę, wyruszył Zygmunt dla objęcia go na miejscu. Nim jednak do boju wystąpił, pamiętny dobrych stosunków z ministrem i prawdziwych jego względów, napisał do niego list, w którym wypowiedział, że póki tylko mógł, służył rządowi uczciwie, dziś jednak na głos ojczyzny głuchym pozostać i wobec walczących braci służyć w armji moskiewskiej nie może, a walkę dzielić musi. Podaje się do dymisji i oświadcza, że od tej chwili uważa siebie za uwolnionego od wszelkich względem rządu zobowiązań. Kończył temi słowami: „Może za kilka tygodni podpiszesz pan na mnie wyrok śmierci, ale i wtenczas nie będziesz mógł odmówić mi szacunku”.

Naznaczony przez Wydział Litewski wojewódzkim kowieńskim, Sierakowski – Dołęga wyszedł z Kowna zaledwie w towarzystwie kilku ludzi, ale województwo w znacznej części było już zorganizowane. Jabłonowski, któremu ogólne nad nim dowództwo zrazu powierzone było, już był sformował kilka oddziałów, sam w poniewierskim powiecie był już dwie szczęśliwe stoczył potyczki. W okolicach Kiejdan Szyling z rozkazu Jabłonowskiego utworzony oddział zdał był dymisjonowanemu majorowi Kusztejce, w powiecie rosieńskim organizował się Cytowicz, w rogowskiej puszczy Dąbrowski i Kołyszko niedaleko Kowna próbował szczęścia, a ksiądz Mackiewicz, jako kapelan obozowy, wyprowadziwszy do lasu swoich parafian, zagrzewał pobożnego ducha żmudzkich włościan. Żywioły były gotowe i dlatego samo przybycie Dołęgi, którego imię wielką miało wziętość, i już było na Litwie szeroko znajome, przyczyniło się do rozszerzenia powstania. Wielu w nim jednym widziało rękojmię powstania, Młodzież ze wszystkich stron garnąć się do niego zaczęła i oddział wzrastał.

Przybyło razem z nim dwóch zdolnych oficerów - kapitan artylerji Laskowski i Antoniewicz, który długie lata w obozach na Kaukazie spędził. Po objęciu oddziału i pierwszym do niego przemówieniu Dołęga otrzymał wiadomość o zbliżającym się nieprzyjacielu. Gotował się też zaraz do odporu, a choć wiadomość okazała się mylną, przytomność umysłu, jaką wykazał, i bystrość rozporządzeń wlały w powstańców wiarę w jego zdolności i podniosły ich ducha.

Wzmocniony oddziałami ks. Mackiewicza i Maleckiego dowiedziawszy się, iż trzy kompanje moskiewskiej piechoty wyszły z Poniewieża dla szukania go w lesie pod Gienetyniami, niedaleko Rogowa, 6 kwietnia urządził zasadzkę, i na niewielkiej polance, zręcznie otoczywszy nieprzyjaciela zadał mu klęskę. 80 żołnierzy trupem położył, kawalerję moskiewską w bagna wpędził i obóz ich cały zabrał. Uciekający Moskale roznieśli przesadzone wieści o jego zwycięstwie, co ducha w okolicy podniosło, rzucając popłoch na nieprzyjaciela. To mu pozwoliło przez cały tydzień spokojnie organizować się w folwarku Klebie, niedaleko Korsakiszek, a potem, podzieliwszy się na trzy kolumny, bo już przeszło 2.000 ludzi liczył, w dalszą puścił się drogę. Dążył ku Birżom, majętności Tyszkiewiczów, już na granicy Kurlandji położonej.

Droga Dołęgi szła przez miasteczka i wsie parafialne Subocz, Kumaje, Soły, Skopiszki, Penedel, Poniemuń i Popiel. Był to prawdziwie triumfalny pochód. Zabezpieczony po obu skrzydłach oddziałami ks. Mackiewicza i Kołyszki, poprzedzony rozgłosem bitwy pod Gienetynami i popłochem, jaki to zwycięstwo rzuciło na Moskali, Dołęga szedł nie przez lasy, ale bitymi drogami, przez wsie i miasteczka.

Wysłani naprzód powstańcy uwiadamiali mieszkańców o nadejściu oddziału, tłumy zbierały się przy kościołach, księża z procesją wychodzili na spotkania. Dołęga zsiadał z konia, przyjmował błogosławieństwo kapłana, za procesją wchodził do skromnej wiejskiej świątyni i ucałowawszy stopnie ołtarza, klęczący, z chorągwią swoją w ręku, słuchał nabożeństwa. Kapelan obozowy ks. Peza występował na ambonę, przemawiał do ludu, w prostych wyrazach tłumacząc mu cel powstania, którym było szczęście i swoboda wszystkich. Śpiewani później Te Deum, a powtórne błogosławieństwo kapłana, już całemu udzielone zastępowi, kończyło obchód.

Lud cisnął się tłumnie, znosząc żywność i dostarczając wszystkiego, co było potrzebne. Kobiety przyprowadzały dziatwę, żeby się obrońcom wiary i ojczyzny przypatrzyła. Poczciwi Żmudzini widząc powstańców poczynających z Bogiem, a nie dopuszczających się żadnych gwałtów, wierzyli, że sprawa ta musi być święta. W jednym z tych miejsc Dołęga, spostrzegłszy starca, zalewającego się łzami, ukląkł przed nim prosząc go o błogosławieństwo. W Sołach inna czekała go demonstracja. Tam dziatwa wiejska otoczyła go, sypiąc pod nogi kwiaty, jakie w tej wczesnej porze roku znaleźć mogła, i ajer, zwyczajnie przez lud wiejski w kościelnych uroczystościach rozsypywany.

Oddział wzrastał ciągle, zapał był tak wielki, że gdyby broni miano pod dostatkiem całe pułki z łatwością formowaćby się dały. Dołęga większą część ochotników odsyłać musiał do lepszych czasów, kiedy środki uzbrojenia ich posiadać będzie. Tymczasem dzielił swój oddział na osiem kompanij, tworząc z nich rodzaj kadrów przyszłych ośmiu pułków, a kosy, o ile możności na broń wojenną przerabiać kazał. Był dobrej otuchy, spodziewał się broni z zagranicy, a usposobienie ludu podnosiło własnego jego ducha. Były to niezawodnie najszczytniejsze chwile jego życia. Wkrótce po ich miało nastąpić męczeństwo.

Idąc ku wskazanemu innym oddziałom miejscu, Dołęga, im bardziej zbliżał się do Kurlandji, tem mniej przyjazne znajdywać zaczął usposobienie wśród ludu. Łotysze nie tylko nie wychodzili na spotkanie powstańców, ale przeciwnie, kryli się w lasach, żywność unosząc ze sobą. Przewodnicy nieraz mylnie wskazywali drogi, oddział nużył się często długimi marszami. Generał rosyjski, Ganeckij, gromadził tymczasem siły. Zaledwie awangarda Kołyszki o milę za Birżami połączyła się w małym lasku z Dołęgą, już forpoczty moskiewskie rozpoczęły ogień. Nadszedł wkrótce major Merlin z dwiema kompanjami i walka rozciągnęła się na kilka godzin. Przed nocą Moskwa cofnęła się ku Madejkom, a Dołęga z Kołyszką rozłożył się w gęstej puszczy, gotując się do stanowczej nazajutrz bitwy.

Księdza Mackiewicza jeszcze nie było. Mając najdłuższą do przebycia drogę, jeszcze na miejsce zdążyć nie mógł. Nie atakowany do godziny 10-tej, Dołęga, zwinął obóz i poszedł w głąb puszczy, szukając dogodniejszej dla siebie pozycji. Znalazłszy ją, zaledwo szyki swoje uszykował i przemówił do kosynierów, gdy Moskale przypuścili atak. Były tam zgromadzone wszystkie ich siły, 3.000 ludzi wynoszące, a wzmocnione dostarczonymi przez okolicznych kurlanckich właścicieli strzelców, których do 200 liczą, a którzy znając doskonale miejscowość i strzelając celnie, wielkie powstańcom zadawali klęski.

Walka uporna trwała kilkanaście godzin, rozmaitem przeplatana szczęściem, gdy waleczny Antoniewicz, przez lat 9 żołnierz, a później oficer na Kaukazie z 40–tu innymi poległ, dowódca kosynierów, Paweł Wiwulski, ciężko ranny, nareszcie sam Dołęga, kulą w kość pacierzową ugodzony, dalej dowodzić nie mógł, amunicji powstańcom zaczęło brakować.

Klęska stała się widoczną, Dołęga w skutek rany nie mogąc się ruszyć i leżąc na murawie, przywołał kosynierów, którzy się w dniu tym najbardziej odznaczyli, dziękując im za męstwo, zdał dowództwo Laskowskiemu, a sam pożegnał ich, zapewniając, że prędko powróci. W nocy nadszedł ks. Mackiewicz, ale już było za późno. Poniesiona klęska i na jego oddział źle podziałała. Musiano myśleć o odwrocie. Laskowski cofnął się do poniewierskiego powiatu. Rannego Dołęgę odwieziono do pobliskiego dworku obywatela Kościałowskiego. Było to dnia 21 i 22 kwietnia.

Po zwycięstwie Moskwa rozbiegła się po okolicy, tropiąc rozbitych powstańców, szukając rannych i zdobyczy. Sierakowskiego, który, jak wszędzie, tak i tutaj, przywiązywać ludzi do siebie umiał, kilku najbliższych opuścić w tem niebezpieczeństwie nie chciało, znajdował się pomiędzy niemi Kołyszko i Kopakowski. Wszyscy razem nazajutrz przez oddziałek Moskali, przebiegający okolicę, w dworku Kościałowskiego odkryci, razem z rannym wodzem aresztowani i do Wilna pod strażą odwiezieni zostali.

Wieść o aresztowaniu Sierakowskiego, jak piorun, uderzyła wszystkich, którzy w nim wielkie pokładali nadzieje i przyjęto ją na Litwie jako klęskę narodową. Przywiezionego do Wilna z powodu ciężkiej rany umieszczono pod strażą w szpitalu i rozpoczęło się śledztwo. Murawjew postanowił go zamordować, ale wprzód chciał z więźnia wydobyć zeznania. Między wojskowymi, napełniającymi Wilno, między adjutantami nawet litewskiego wielkorządcy byli dawni znajomi. Posyłano ich z namowami, prócz tego grożono, łudzono, rozmaite robiąc obietnice.

Sierakowski zachowywał najwyższą godność charakteru, żonie zalecił, aby żadnych kroków dla ocalenia jego nie przedsiębrała, bo te, nie mogąc nic pomóc, tylkoby jej i jemu ubliżały. Sędziom swym odpowiadał, że ich za sędziów swych nie uznaje i tłumaczyć się przed nimi nie będzie. Zapytywany o plany wojskowe mawiał: „We dwa tygodnie miałem 2000 ludzi, we dwa miesiące miałbym 10.000 litewskiej armji”. Żadnego imienia wróg z jego ust nie pochwycił, żadnej chwili słabości lub upadku nikt nie dopatrzył.

Spokojny i pewien, że cała krew, dzisiaj przelana, obfite kiedyś żniwo dla ojczyzny przyniesie, żył myślą o tej przyszłości, w chwilach ostatniej próby starając się zachować całą godność. Dowódca jednego z oddziałów Sierakowskiego, Bolesław Kołyszko, ujęty, jakeśmy powiedzieli, z nim razem, powieszony został w Wilnie dnia 9 maja. Niewyleczona rana odwlekała egzekucję Sierakowskiego. Niektórzy myśleli, że przez wzgląd na wielkie usługi, jakie oddał armji rosyjskiej, gdy był w jej szeregach, nie pozbawią go życia. Wysoko położone w Petersburgu osoby starały się o to, przychodziły do Murawjewa telegramy, zalecające, aby więźnia rozstrzelać nie kazał. Murawjew odpowiedział, że Sierakowskiego nie rozstrzela, lecz powiesi.

Dnia 2 czerwca o godz. 11–ej z rana wyrok ten spełniony został ze zwykłym okrucieństwem. Rannego przywieziono pod szubienicę, ciż sami żołnierze, których od kary cielesnej uwolnić się starał, podciągnęli go do góry na pętli. Do długiego martyrologu narodowego przybyło jeszcze jedno imię, jedno z najpiękniejszych i najbardziej czystych. Pamięć jego na Żmudzi i na całej Litwie nie zaginie.


Ludwik Narbutt.

(Wspomnienie spisane według opowiadania p. Teodory Monczuńskiej, rodzonej siostry Ludwika, „W czterdziestą rocznice powstanie styczniowego. Książka zbiorowa. Lwów 1903 str. 433 – 437).

Syn dziejopisa Litwy, Teodora Narbutta i Krystyny z Sadowskich, córki kościuszkowskiego żołnierza, urodził się w pamiętnym dla nas roku 1831, a urodzeniu jego niezwykłe towarzyszyły okoliczności.

Na dziedziniec przybiegła znaczna liczba żołnierzy z oddziału Giełguda, a młoda matka, zobaczywszy ich przez okno, uderzyła radośnie w dłonie i zawołała: Jacy oni piękni, jacy wszyscy młodzi! Może nakarmione w tej chwili dziecię, ukształtowało bohatersko swego ducha na wszystkie dnie późniejsze.

Podrastające chłopię miało skąd czerpać tchnienie miłości Ojczyzny. Ojciec stary, rozkochany w szmerach przeszłości tej ziemi – ten ojciec o piersi spiżowej i nieugiętym czole, rozdmuchiwał święte płomienie w czystej młodziana piersi.

Sam żołnierz kościuszkowski, ze czcią wymawiał przy dzieciach imię swojego wodza, całował ze łzami w oczach mundur swój świetny, a wówczas robiła się cisza tak uroczysta, jak w kościele.

Umysł więc i uczucie miał więc Ludwik młody dostatecznie przygotowane domowem wychowaniem, gdy go po ukończeniu szkół w Lidzie oddano na dalsze wykształcenie do Wilna w roku 1849. Tam, dostał się od razu w wir gorącej młodzieży, rwącej się do wolności, zawiązującej tajne kółka, uczącej się pieśni naszych wieszczów i rysującej Orły i Pogonie. On był najpierwszym.

I nadeszła noc ciemna, w której porwano młodzieńca, wtrącono do zgniłego więzienia, stawiono przed sądy i osądzono na śmierć. Ze względu na młody wiek, bo miał zaledwie lat 18, zmieniono wyrok na 50 rózeg i wieczne sołdaty w rotach aresztanckich.

Na świadków okrutnej tej kary chłosty, sprowadzono rodziców do Wilna, a koledzy musieli na to patrzeć w paradnych mundurach. Po odebraniu plag, upadł młodzieniec do nóg swym rodzicom i prosił o błogosławieństwo ostatnie. Niżej pochyliły się ramiona starego ojca, a matka, dotąd hoża brunetka, wróciła do domu siwowłosą staruszką.

Ludwik, wysłany na Kaukaz (na granice Azji) lat dziesięć staczał boje z tamtejszemi plemionami, broniącymi swej ziemi od carskich najeźdżców. Brał udział w 90–ciu potyczkach, był rannym cztery razy, wskutek czego do końca życia chodził pochylony naprzód, a odznaczał się tak niezwykłem męstwem, osobistą odwagą i przytomnością umysłu, że budził do siebie najwyższy szacunek Moskali. Po dziesięciu latach, w drodze łaski, przy wstąpieniu na tron Aleksandra II, powrócił niespodziewanie do Ojczyzny i to ze stopniem oficera. Ale niedługo danem mu było spoczywać. Przyszedł rok 1863, rok wielkich nadziei, bezprzykładnych ofiar, niezachwianej wiary.

Najpierw też na Litwie całej, pośpieszył do boju Ludwik Narbutt, jako naczelnik wojenny lidzkiego powiatu. Pierwsza jego gromadka, to towarzysze, przyjaciele lat młodzieńczych i lud rodzinnego sioła. Niezadługo kapłan - patrjota, ks. Horbaczewski, stanął przy nim na czele swej gromadki, a z Wilna przyprowadził mu setkę Andriolli, znany zaszczytnie malarz – artysta. Adjutantem Ludwika, był brat jego młodszy, Bolesław, który mimo młodzieńczego wieku odznaczał się wielką odwagą w boju. Liczba całego oddziału nie przekraczała nigdy 1.000 ludzi. Wódz ubrał ich w świtki szare, przez ramię zawiesił im torby płócienne i tak odziana wstąpiła młódź gorąca w ciemnię litewskich borów, zaraz na samum początku wybuchu powstania, bo w lutym 1863 roku.

Zaroiły się litewskie puszcze odgłosem wrzawy wojennej. Zdawało się, że lasy zaludniły się duchami. Tam naderwano idąc kolumny wojsk, ówdzie odbito jeńców, a dalej jeszcze zdobywano amunicję i broń na Moskalach. Powstańcy ulatniali się jak dymy chałup, poczęły się o nich tworzyć legendy. Moskale z zabobonną trwogą opowiadali, że kule nie umają się Narbutta, ale że każda kula jego zabija. Szli niechętnie i ze strachem przeciw oddziałowi Narbutta, bo wiedzieli, że nie idą do walki zwycięskiej, więc naznaczyli wysoką cenę za jego głowę.

I czego nie dokazało męstwo kilkudziesięcznych moskiewskich oddziałów, którzy wytoczyli nawet przeciwko niemu armaty, tego dokonała zdrada. Imię zdrajcy zatajono, bo zdrajca podobno nie powinien mieć imienia. Jest w lidzkim powiecie jezioro Kodra, przy jeziorze stary kościółek, Dubicze, za jeziorem lasy nieprzebyte, a w nich ruiny starego zameczku. Tam w puszczy rozłożył się obozem Ludwik, oczekując dowozu żywności od strony Dubicz. Stanowisko było bezpieczne, za nimi puszcza nieprzebyta, przed nimi jezioro, wokoło niedostępne trzęsawiska, a dostęp przez kładkę na rzeczce jedynie pozostawiono i drogą tą miano naszym dostarczyć chleba. Pikiety, stojące w zaroślach, dały znak, że już niosą chleby. Wódz stał w otoczeniu brata Bolesława, Andriollego i kilku najbliższych przyjaciół. Andriolli wyrzekł: „za dużo idzie chłopów”. „Stanąć w pozycji” – zakomenderował wódz przez rozstropność, ale nie przeczuł zdrady, bo na przodzie szedł wysłany poseł i komenderował przeprawą.

Przechodzili kładkę szybko, inni w bród rzeczkę, jakby z obawy napaści tylnej napaści ze strony Moskali. Idący przodem, jak Judasz, zbliżył się, wskazał palcem i wyrzekł :”Oto Narbutt !”. Odwinęły się świtki, i zamiast chlebów pokazały się karabiny, a Ludwik padł na ziemię, ranny w pierś i czoło. Pochwycili go na ręce, zasłonili towarzysze, lecz każdy z nich odbierał śmiertelną ranę i tak utworzył się przy ukochanym wodzu wał z ludzkich ciał. Ludwik komenderował jeszcze odwrotem: „Z godnością panowie !”, ale raniony powtórnie, złożony na mchach leśnych skonał ze słowami : „Jak słodko umierać za Ojczyznę !”. Brat młodszy, ciężko ranny, dostał się do niewoli i długie lata spędził na Sybirze.

Pół godziny przed bitwą opuściła obóz siostra Narbutta, Teodora, która przewoziła listy dla Rządu Narodowego. Oddalając się od obozowiska, posłyszała za sobą wielki szum w puszczy i wrzawę wojenną, ale miała od brata rozkaz „iść naprzód !”, i biegła, jak jej kazano. W drodze, w domu leśnika spotkała ciężko rannego brata Bolesława, który powitał ja słowy: „Ludwik zabity!”. Młoda kobieta nie zemdlała pod okropnym ciosem, nie straciła przytomności ani na chwilę, bo wiedziała, że wieść tę ona sama zanieść musi swoim rodzicom sędziwym.

Lecz wieść żałobna inną już sobie obrała drogę. Matka wiedziała, że nie ma pierworodnego syna, a myślała, że w wirze bitwy utraciła i córkę, tam wysłaną. I gdy młoda kobieta stanęła w progu jej pokoju, to matka obłąkana bólem, wyciągnęła ze zgrozą przed siebie ręce i poczęła ją z krzykiem trwogi odpychać, bo myślała, że córka upiorem wraca z tamtego świata.

Moskale pozwolili na pochowanie poległych tuż przy kościele w Dubiczach. Nagie, obdarte ze wszystkiego, ciała, obmyły i ubrały w koszule chłopskie kobiety, proste trumny ustawiono jedną przy drugiej i usypano im wysoką mogiłę.

Wysoka mogiła zakryła męczenników ciała, duchy ich uleciały w zaświaty, lecz miały jeszcze taką potęgę, że nowe poczęły tworzyć się legendy. Szła wieść, że Narbutt nie zginął, a lud opuszczał swe domy i z bronią w ręku poszukiwał wodza. I z rozkazu Murawjewa przyszli Tatarzy podkowińscy, rozrzucili hakami kościołek i całą mogiłę rozwlekli het, po polu.

Na miejscu tem, wyrosły brzozy w dawny kształt kościołka, a lud uważa to za cud, spełniony nad grobem męczenników. Ojca Ludwika rozkazał Murawjew wywieść na Sybir. „Chyba i trumnę włożymy do kibitki” – odpowiedzieli mu ci co oglądali starca. Murawjew kazał starego patrjarchę stawić przed siebie i wyrzekł do niego: Wiesz, stary, syn twój już nie żyje. Mam więcej jeszcze synów – wymówił ten starzec niezłomny. Won, stary psie! – zakrzyknął wściekły Murawjew.

Zemstę wywarto na matce Ludwika. Porwana z łóżka bez potrzebnej odzieży, uwięziona, prowadzona nocami na „sąd krzywoprzysiężny”, zagrożona nahajkami, nie zdradziła się ani na chwilę, wreszcie omdlałą oddano do więziennego szpitala, a następnie wywieziono na Sybir, skąd wróciła i zmarła oprawie stuletnia staruszką.

Na kamieniu grobowym kazały dzieci wyryć napis krótki, a tak wiele mówiący: „MATKA SYNÓW”. Bohaterski ojciec umarł w rok po śmierci syna, a żona wróciwszy z Sybiru położyła na jego grobie kamień skromny z napisem: „TU LEŻY TEODOR NARBUTT DZIEJOPIS LITWY”.

Siostra zbiegła nocą z otoczonego dookoła dworu i długie, długie lata tułała się za granicą.


”Złota Hramota” (1863). Hramota dla ludu wiejskiego.

(tłumaczenie z oryginalnego druku ruskiego)

Powstawszy wraz z Polską i Litwą przeciw panowaniu moskiewskiemu, aby zyskać wieczną wolność i szczęsną dolę dla całej naszej Ojczyzny, oświadczamy przed Bogiem, światem i całym narodem, że innego szczęścia nie pragniemy dla drogiej naszej ojczyzny i nie szukamy go w niczem więcej, jak tylko w wolności, swobodzie, równości i szczęściu wszystkich mieszkańców, jakiejkolwiek są wiary i stanu. A pragnąc najwięcej szczęścia dla ludu wiejskiego postanawiamy na wieczne czasy:

  1. Lud wiejski w siołach i futorach pańskich, jedynodworcy (jedynodworcami nazywano z rozkazu cara Mikołaja I tych spośród szlachty uboższej, którzy nie mogli udowodnić swego pochodzenia szlacheckiego i zrównani zostali z włościanami), czynszownicy od tego dnia są wolni, swobodni i równi co do praw innym obywatelom ojczyzny.
  2. Mogą i mają prawo przechodzić z miejsca na miejsce i nikt im w tym przeszkadzać nie będzie.
  3. Mogą i mają prawo uczyć się we wszystkich szkołach i być w krajowej służbie zarówno z innymi obywatelami ojczyzny.
  4. Wraz z innymi mają prawo wybierać z pośród siebie deputowanych do sądów, rad i urzędów wiejskich, powiatowych, ziemskich i najwyższych publicznych.
  5. Sądzić się i rządzić się będą na równi z innymi, tylko przez swoje sądy i urzędy, złożone z deputowanych, mających strzec świętej sprawiedliwości, praw i bezpieczeństwa osób i mienia każdego.
  6. Podatki narodowe, ziemiańskie powinności i ludzi do wojska narodowego będą dawać tylko za postanowieniem sejmu państwa, złożonego z deputowanych całej ojczyzny.
  7. Ziemie orne, sianożęcia i sadyby pańskie, które za czynsz albo za odrobek, albo za wykup trzymali włościanie, będą od tego dnia po wieczne czasy własnością każdego gospodarza, bez żadnej za nie zapłaty. Dziedzicom za te ziemie zapłaci Skarg Narodowy.
  8. Co do udzielania ziemi włościanom, którzy jej dotąd nie mieli, jako to budnicy, komornicy, chałupnicy, ludzie dworscy itd. postanowi w swojem czasie sejm państwa.
  9. Jednodworcy i szlachta czynszowa będzie na równi z włościanami na wieczne czasy mieć ziemie sadybną i gruntową z ziem pańskich, gdzie jej nie będzie pod dostatkiem, za zapłatą ze Skarbu Narodowego, albo z ziem koronnych.
  10. Wiejskim duchownym prawosławnym, oprócz ziemi cerkiewnej, naznaczamy płace w pieniądzach, aby nie potrzebowali żądać od ludu zapłaty za duchowne posługi, a ile przypadnie płacy każdemu duchownemu, orzecze najwyższy sejm państwa.
  11. Oprócz tego, co się wyżej powiedziało, każdemu kto chwyci z nami za oręż przeciw panowaniu moskiewskiemu i albo zdrów wyjdzie albo rannym zostanie, udzieli się najmniej sześć morgów ziemi i sadybę w ziemiach koronnych, albo dożywotnią płacę ze Skarbu Narodowego.
  12. Ndając ludowi wiejskiemu wyżej wskazane prawa wolności i obywatelskiej równości wszystkich wobec każdego, poręczamy i na wieki obiecujemy swobodę praw i wiary, jakiej się kto trzyma i używanie swego języka w szkołach, sądach i innych ziemskich urzędach.

Co wszystko wyż napisane oddając wielkiemu ludowi Podola, Wołynia i Ukrainy, zachowanie i ochronę praw, tą hramotą nadanych, zaprzysięgamy wobec narodu, całego świata i Boga Wszechmocnego, Bożej opiece poruczając dolę ludu, któremu wiecznego życzymy dobra, dajemy tę oto hramotę do gminnego urzędu na każdą gminę.

Tymczasowy Rząd Narodowy.


Represje moskiewskie po roku 1863.

Plan rusyfikacji Litwy.

Postanowienie Komitetu Zachodniego w Petersburgu, zapadłe na posiedzeniach dnia 17 i 19 maja 1864 roku.

(Archiwum państwowe w Wilnie)

Wysłuchawszy na rozkaz W. C. Mości przedstawiony Najj. Panu przez gen. Murawjewa memorjał, Komitet, zgadzając się w zasadzie całkowicie z poglądami gen. Murawjewa, uważał za rzecz nie podlegającą żadnemu wahaniu uznanie kraju Północno – Zachodniego za rosyjski i stanowiący odwieczną własność Rosji. Dlatego, kierując się wymaganiami ścisłej sprawiedliwości, należy sobie postawić niewzruszona zasadę, aby w kraju Północno – Zachodnim nie dopuszczano pod żadnym pozorem najmniejszych objawów propagandy polskiej, ani nie dawano ustępstw lub pobłażania. Natomiast, aby stosowano surowe i niezachwiane środki celem przeciwdziałania i zupełnego stłumienia nie tylko przewagi, ale i objawów żywiołu polskiego, obcego w kraju i wrogiego względem prawowitego rządu i narodowości rosyjskiej.

Zgadzając się z poglądami gen. Murawjewa, Komitet uznał, że środki te powinny dotyczyć:

  1. Utrwalenia i podniesienia rosyjskości i prawosławia przez organizację sprawy włościańskiej i szerzenie oświaty ludowej w duchu prawosławia i rosyjskości, żeby nie było w przyszłości obaw, że kraj ten kiedykolwiek ma stać się polskim.
  2. Polepszenie bytu duchowieństwa prawosławnego, przez postawienie go w pozycji niezależnej od obywateli ziemskich, w tym celu, aby mogło ono łącznie z ludem mocno się opierać propagandzie polskiej, która niewątpliwie czas jakiś jeszcze zechce zapuszczać korzenie.
  3. Odebranie duchowieństwu katolickiemu możliwości przeciwdziałania zamiarom rządu, w tym celu należy zorganizować nad nim wszędzie jak najściślejszą obserwację i ściągać nieodwołalnie kary za wszelkie uchylenia od porządku legalnego, a szczególnie za manifestacje w sensie polskiej propagandy.
  4. Zastępstwa przez urzędników pochodzenia rosyjskiego wszelkich wyższych stanowisk urzędowych, stanowisk osobnych naczelników i wszystkich tych, które każą się stykać bezpośrednio z ludem.
  5. Wprowadzenie do kraju żywiołu rosyjskiego, przez kolonizację włościan rosyjskich i sprzedaż majątków Rosjanom wszelkich klas społecznych.


Zakaz szyldów i napisów polskich.

Okólnik Murawjewa z dnia 24 marca 1864 r.

(Cyłow Zbornik razparażenij grafa M. N. Murawjewa, Wilno 1866, str 51)

Dowiaduję się, że po miastach guberjalnych i w innych miejscowościach dotąd nie usunięto szyldów polskich na pracowniach rzemieślniczych, sklepach, jadłodajniach, szynkach, hotelach, aptekach itd. oraz, że rachunki tych zakładów i ogłoszenia piszą się i drukują po polsku.

Uważam, że podobne dopuszczanie w tych czasach polskich szyldów i ogłoszeń w guberni, która od wieków stanowi prowincję czysto rosyjską, nie powinno mieć miejsca. Uważam przeto za konieczne zwrócić na tę okoliczność uwagę i proszę wydać rozkaz zupełnego zniszczenia we wszystkich miastach i miasteczkach guberni napisów polskich, szyldów, ogłoszeń, nie mniej rachunków restauracyjnych, sklepowych, recept aptecznych etc. z obowiązkiem zastąpienia ich napisami w języku rosyjskim. Proszę przy tym naznaczyć termin na zmianę szyldów - dwutygodniowy od chwili ogłoszenia niniejszego i na zniszczenie rachunków, etykiet i ogłoszeń polskich – siedmiodniowy. Po upływie tego terminu proszę ściągać karę za każdy dzień trzymania szyldu polskiego po 5 rubli, dzień używania rachunków, etykiet, ogłoszeń po 2 ruble. Pieniądze uzyskane ty sposobem, proszę przesłać do mojej kancelarji, dla powiększenia kapitału na zapomogi dla osób, które ucierpiały od powstańców.


Niszczenie polskiego stanu posiadania na Litwie i Rusi.

Ukaz carski z dnia 10 grudnia 1865 r.

(„Zbornik prawitielstwiennych rasparażenij po wodworenju russkich ziemlewładielcew w Siewierno – Zapadnom kraje”. Wilno 1870, str. 48 – 50)

Z rozkazu J. C. Mości wysadzono specjalną komisją dla rozpatrzenia projektów, przedłożonych ministrowi dóbr państwa przez generał–gubernatorów krajów Północno i Południowo - Zachodniego, w kwestji osiedlania w kraju Zachodnim żywiołu rosyjskiego.

Przy roztrząsaniu tych projektów, między innymi wzięła Komisja pod uwagę okoliczność, że w dziewięciu gubernjach kraju Zachodniego, obok 10 miljonów ludności, przeważnie białoruskiej, małoruskiej, litewsko – żmudzkiej, istnieje drobna stosunkowo liczebnie ludność pochodzenia polskiego. Że ludność ta składająca się przeważnie z obywateli ziemskich i z mieszczan, nadaje całemu krajowi charakter polski i przeszkadza pozostałej, bynajmniej nie polskiej ludności, rozwijać się prawidłowo i korzystać, narówni z resztą poddanych, z licznych przedsięwziętych przez J.C. Mość reform, tudzież, że siła tego stanu społecznego polega na korporacyjnym zamknięciu w swym kole posiadania własności nieruchomej, niedopuszczającem przedostanie się doń żadnej innej narodowości, a szczególniej rosyjskiej. Wobec podobnych okoliczności, zdaniem Komisji, powinien rząd chwycić się takich środków, które przez usunięcie osób pochodzenia polskiego od praw nabywania na nowo majątków w kraju Zachodnim, nie krępując legalnego prawa własności teraźniejszych obywateli polskich, ostatecznie zatamowałyby możność wzmocnienia się tej klasy.

Po rozpatrzeniu poglądów Komisji, Najjaśniejszy Pan dnia 10 grudnia roku bieżącego najwyżej rozkazać raczył, aż do ostatecznego urządzenia kraju Zachodniego z pomocą wystarczającego zwiększenia w nim liczby rosyjskich właścicieli ziemskich, zabronił osobom pochodzenia polskiego nabywania majątków ziemskich w dziewięciu gubernijach zachodnich i od chwili ogłoszenia niniejszego uznać za nieważne wszystkie sporządzone potem akta i umowy, tyczące się przejścia powyższych majątków, leżących w granicach owych gubernij, do osób pochodzenia polskiego, każdym innym sposobem, wyjąwszy spadek prawny.

Ponadto, zgodnie a wnioskiem tejże specjalnej Komisji, rozkazano najwyżej: deportowanym z kraju właścicielom majątków w kraju sekwestrowanych dać prawo sprzedania swych majątków w kraju Zachodnim, w terminie dwuletnim od dnia zatwierdzenia niniejszego (t. j. od dnia 10 grudnia roku bieżącego), osobom pochodzenia rosyjskiego wyznania prawosławnego lub protestanckiego, lub tez zamiast sprzedaży wymienić z temi osobami majątki położone w kraju Zachodnim na dobra prywatne w innych miejscowościach cesarstwa. Przytem dla ułatwienia podobnych umów i sprzedaży, zwolnić strony od opłaty stemplowej i innych, rozciągając ten przepis również na sprzedaż i wymianę majątków niesekwestrowanych, należących w kraju Zachodnim do osób zesłanych administracyjnie za pomoc okazywaną ostatniemu powstaniu.


Zakaz używania języka polskiego.

Okólnik gen.–gubernatora wileńskiego Potapowa z dnia 9 lipca 1865 r.

(Archiwum państwowe w Wilnie)

Okólnikiem z dnia 22 marca r.b. Nr. 24 poleciłem, aby osoby winne użycia mowy polskiej poddawać karom pieniężnym. Określiłem również, że używać mowy tej nie wolno w urzędach, u przedstawicieli władzy, wogóle w sprawach służbowych, w świątyniach, teatrach, klubach i innych miejscach zebrań, także na ulicach przy napływie publiczności, jeżeli w tym ostatnim wypadku mowa polska będzie użyta nie w rozmowie prywatnej, lecz w charakterze demonstracyjnym.

Z doniesień otrzymanych po wydaniu przytoczonego okólnika, oraz z wiadomości prywatnych, jakie odebrałem, widzę, że niektórzy z mieszkańców pochodzenia polskiego zrozumieli błędnie jakoby zakaz mówienia po polsku stosował się tylko do miejsc wyszczególnionych w okólniku i nie rozciągał się na inne publiczne i towarzyskie miejsca i zakłady. W skutek tego w dopełnieniu do okólnika Nr.42, uważam za konieczne wyjaśnić, że oprócz miejsc i okoliczności wymienionych w nim, zabrania się mówić po polsku także w we wszystkich innych miejscach publicznych, jako to w hotelach, zajazdach, w salach ogólnych tych zakładów, bufetach i kancelarjach, w jadłodajniach, cukierniach, kawiarniach, restauracjach, szynkach i handlach win. W sklepach, sklepikach i magazynach, w ogrodach publicznych, na zabawach. W drukarniach, litografiach, zakładach fotograficznych i w ogóle we wszystkich miejscach, dokąd publiczność ma prawo wstępu, jako do instytucji publicznych. Również w poszczególnych wypadkach życia prywatnego, wyjąwszy rozmowy w kole domowem i rodzinnem.

Komunikując powyższe, jako instrukcję i dla odpowiednich rozporządzeń, proszę podczas nakładania kar za użycie mowy polskiej mieć na względzie okólnik mój z dnia 5 kwietnia r.b. nr. 1128, tj. uważać, czy winowajcy będą w stanie zapłacić kary pieniężne. Na osoby majętne nakładać grzywny w takich rozmiarach, ażeby stały się dla nich istotnie karą.


Zakaz używania uprzęży i strojów polskich.

Okólnik gen.–gubernatora wileńskiego Kochanowa z dnia 21 września 1885.

(Archiwum państwowe w Wilnie)

Otrzymałem informację, że panowie obywatele ziemscy, zaczęli znowu używać zaprzęgów polskich. Wobec tego poczuwam się do obowiązku przypomnieć do dziś istniejący w pełnej sile byłego głównego naczelnika kraju Północno - Zachodniego, gen. – adj. von Kaufmana z dnia 8 lutego 1866 r. NNr. 31 – 36 z surowym zakazem używania uprzęży i strojów polskich, tu niestosownych. Proszę więc nakazać policji, aby czujnie i bezwzględnie zwracała uwagę na powyższe, tudzież podawać mi do wiadomości nazwiska osób, u których będzie zauważona uprząż polska, celem ukarania winnych w drodze administracyjnej.