49 - Królestwo Kongresowe i powstanie listopadowe

Z Wiki Kielakowie.pl
Skocz do: nawigacja, szukaj


Teksty źródłowe do nauki historji w szkole średniej
z zachowaniem pisowni i słownictwa oryginału.
Zeszyt 49
Kraków 1923 rok

Nakładem Krakowskiej Spółki Wydawniczej
Druk W. Ł. Anczyca i Spółki w Krakowie.

W świetle źródeł przedstawił
dr Bronisław Pawłowski
dyrektor Centralnego Archiwum Wojskowego w Warszawie

Warunki rozwoju Królestwa Kongresowego

Utworzenie Królestwa Polskiego.

(Karol Hofman: Rzut oka na stan polityczny Królestwa Polskiego pod panowaniem rosyjskiem od 1815 - 1830 r. wydany w r. 1830. wkrótce po wybuchu rewolucji 29 listopada. str. 29 itd.).

Europa przybyła na Kongres Wiedeński z odmiennemi intencjami względem Polski, niż Aleksander. Wszyscy wspólnie czuli niegodziwość haniebnego jej podziału i niepodobieństwo utrzymania nadal Polaków w stanie niewoli. Lecz Europa chciała Polski całej, samoistnej i niepodległej. Aleksander chciał Polski całej, ale z Rosją pod jedną dynastją połączonej. Tak sprzeczny sposób widzenia rzeczy był może najgłówniejszym powodem, dla którego narady kongresu długo się przewlekały, trudno było przewidzieć ich końca.

Aleksander wyjednał sobie wprawdzie przyzwolenie Prus na przyłączenie całego Księstwa Warszawskiego do Rosji pod tytułem Królestwa Polskiego, a to wzamian za ustąpioną im Saksonję, lecz projekt ten najwyższego doznał oporu ze strony gabinetów wiedeńskiego, paryskiego i londyńskiego. Okoliczność ta wzmocniła węzły przyjazne między temi trzema gabinetami i była powodem do sekretnego odpornego traktatu, jaki później w dniu 15 lutego 1815 r. miedzy nimi zawartym został.

Mnóstwo chwilowych i podrzędnych okoliczności wspierało jeszcze zamiary Aleksandra. Wojska jego zajmowały ciągle całe Księstwo Warszawskie, obok czego uważając już niejako Polaków za swoich, z całą energją popierał organizacje wojska polskiego. Pisma publiczne w Warszawie i Wilnie brzmiały pochwałami dla wspaniałomyślnych jego zamiarów, głosiły go jedynym wybawcą, opiekunem Polski. Umiał z tych uniesień zręcznie korzystać, chronił się takowe przytłumiać, kując z nich ostry oręż przeciw zawistnym sobie sprzymierzeńcom. Nie przepomniał wystawiać mocarstwom, że w razie potrzeby, 8 miljonów Polaków poprze sprawę jego.

Groźby jego nie były bezskuteczne, wylądowanie Napoleona większą im wagę nadało. Wśród trwogi, nieładu i pospiechu, załatwiono kwestję polską dla tego tylko, żeby nie okazać światu, że jest ukończona. Każda ze stron ustąpiła część jakąś swych żądań, Aleksander przyjął 3/4 części Księstwa Warszawskiego, zrzekł się przyłączenia do niego innych posiadanych przez siebie prowincyj polskich, a nawzajem Austrja zatrzymała Galicję, Prusy przybrały Poznań i Bydgoszcz. Kwestja więc polska zamiast być kwestją równowagi europejskiej, stała się kwestją nowych granic, kwestją podziału. Zastrzegły wszakże mocarstwa, ważne co do administracji wewnętrznej tego narodu, gwarancje, stawiające los jego w innej zupełnie postaci, niżeli była po pierwszych trzech podziałach. Naród polski, który po trzecim podziale wymazanym został z rzędu państw europejskich, w r. 1815 stał się znowu narodem. A lubo upór Aleksandra wbrew życzeniom innych mocarstw nie dozwolił mu istnieć oddzielnie i niepodlegle, wszelako potrafiono wyjednać:

  1. Że tak zwane Królestwo Polskie połączone będzie z tąż Rosją przez konstytucję i pod tym tylko warunkiem cesarz wszech Rosji używać może tytułu króla polskiego.
  2. Że inni Polacy każdego respective mocarstwa nie przestaną być Polakami liberalnie rządzonymi, to jest otrzymają reprezentację i ustawy narodowe.
  3. Że w całej rozciągłości dawnego Królestwa Polskiego, jak egzystowało przed r. 1772, dla wszystkich Polaków żegluga i handel będą zupełnie wolne i wedle ich potrzeb urządzone, i bez względu na odmienność rządu w tej lub owej części Królestwa.

Stanął tedy między mocarstwami traktat z d. 3 maja 1815, tworzący Królestwo Polskie z 3/4 części Księstwa Warszawskiego pod berłem Aleksandra, łączący je z Rosją jedynie pod warunkiem oddzielnej administracji wewnętrznej i używania konstytucji, dozwalający nawet Aleksandrowi rozszerzenia wewnętrznego tego Królestwa, zapewniający wreszcie wszystkim poddanym polskim, każdej respective strony reprezentacje i ustawy narodowe.

Na kilka dni przed podpisaniem traktatów pośpieszył Aleksander z zawiadomieniem naszego prezesa senatu Ostrowskiego, iż los Polski rozstrzygniętym już został. Donosi mu o przybranym przez siebie tytule króla polskiego, a czując potrzebę wytłumaczenia się Polakom z niezupełnie osiągniętego skutku tyle razy udzielanych im zapewnień, twierdzi, iż tylko „wielki interes powszechnego pokoju” nie dozwolił, aby wszyscy Polacy byli połączeni pod jednem berłem.

Jeszcze w dniu 13 maja 1815 podpisał Aleksander zasady do konstytucji przyszłemu Królestwu Polskiemu służyć mającej. Do zaprojektowania samej konstytucji mianował już był poprzednio komitet złożony z prezesa senatu Ostrowskiego, ministra skarbu Matuszewicza, senatora ordynata hr. Zamoyskiego, radców stanu: Linowskiego i Grabskiego. Zasady do konstytucji zawierały artykułów 37 i obejmowały główne rękojmie w późniejszej rozwinięte. Artykuł l-wszy zapowiada nadto, iż konstytucja będzie jak najwięcej zbliżona do ustawy 3 maja 1791 roku, w artykule zaś 37 jest ta ważna i w późniejszej konstytucji nie zamieszczona klauzula: „Że Wielka Księga Konstytucji, która nadajemy mieszkańcom naszego Królestwa Polskiego, ma być uważaną na zawsze, jak główny i najświętszy węzeł, którym to Królestwo nieodzownie i na wieczność złączonem będzie z państwem rosyjskiem tak w osobie naszej, jak wszystkich dziedziców i następców”.

Dnia 20 czerwca 1815 instalowany został uroczyście Rząd Tymczasowy Królestwa Polskiego w miejsce dawniejszej Rady Najwyższej tymczasowej Księstwa Warszawskiego. Rząd ten ogłosił akt abdykacji króla saskiego, proklamację Aleksandra i wyżej wspomniane zasady do konstytucji, w skutku czego władze i wojsko wykonały Aleksandrowi przysięgę homagialną.


Konstytucja Królestwa Polskiego.

(Holman, Rzut oka).

Dnia 24 grudnia 1815 ogłoszoną została formalna konstyucja Królestwa. Do jej redakcji najwięcej podobno należał Nowsilcow, który miał później reprezentować pomiędzy nami swojego monarchę, konstytucja przemilczała o niektórych ważnych przedmiotach, które w zasadach do niej poprzednio ogłoszonych, zamieszczone zostały. Jakkolwiekbądź ustawa konstytucyjna Królestwa Polskiego, byleby ją tłumaczyć w dobrej wierze, nie wiele pozostawiała do życzenia narodowi chcącemu spokojnie używać rozsądnej wolności. Pisaną była w epoce, kiedy w Europie nie wiele istniało wzorów, któreby naśladować można, a żaden nie istniał taki, któryby dłuższym lat przeciągiem wytrzymał próbę czasu i doświadczenia.

Konstytucja Królestwa Polskiego liberalniejsza była od konstytucji Księstwa Warszawskiego pod względem ściślejszego zabezpieczenia nietykalności osób i własności, wolności sumienia i druku, niepodległości, sądownictwa i odpowiedzialności ministrów. Konstytucja Księstwa Warszawskiego, widoczne dzieło pośpiechu i obozowych wyobrażeń, naznaczała tylko dni 15 dla sejmu, nie dozwalała dłuższej nad każdym projektem dyskusji nad dzień jeden, odsuwała od dyskusji wszystkich członków izby, nie należących do komisji, nadając natomiast urzędnikom przez króla mianowanym, członkom Rady Stanu ipso jure charakter i atrybucje członków ciała prawodawczego. Nie dozwalała sejmowi żadnej prawie kontroli nad działaniami rządu, ni też otwierała drogi, przez którąby życzenia reprezentantów narodu lub ukrzywdzonych osób prywatnych w sposób jawny i uroczysty do wiadomości panującego dojść mogły. Nakoniec wygluzowała z instytucyj naszych nawet cień dawnej narodowości. Przeciwnie konstytucja Królestwa rozciągneła zakres czasu na obrady sejmowe do jednego miesiąca, nadała wszystkim członkom Izb równe w dyskusji przywileje i prawa, odsunęła od wotowania członków rządu, poddała czynność rządu pod bliższy rozbiór reprezentacji narodowej, przez obowiązanie go do zdawania sprawy na każdym sejmie z działań, jakie zaszły w przerwie między jednym sejmem a drugim, nakoniec zostawiła panującemu łatwiejszą sposobność przekonywania się o życzeniach narodu drogą podawanych do niego przy końcu sejmu petycyj. Pod względem narodowości pochlebiała także uczuciom naszego ludu przez zachowanie instytucji sądu sejmowego, obieralności urzędników, przez utrzymanie dawnych nazwisk w hierarchji magistratur sądowniczych i administracyjnych. Naostatek dowiodła bezinteresowności monarchy nie przeznaczając żadnego subsidii do jego szkatuły prywatnej, prócz nominalnych tylko dochodów z własności korony, które, jak się później pokazało, żadnej prawie nie przynosiły materjalnej korzyści. Lecz są przedmioty, w których konstytucja Królestwa ustąpić musi pierwszeństwa konstytucji Księstwa. Zbyt ogólne określenia władzy panującego w odraczaniu sejmów, w urządzaniu, pierwszego budżetu, w oznaczeniu siły zbrojnej stanowiło zawsze w konstytucji Królestwa zbyt powabną dla złego króla ponętę do niedopuszczenia uczestnictwa izb do przedmiotów najbliżej naród dotykających, uczestnictwa, które w innem miejscu narodowi najświęciej było zawarowane.

Zaraz po jej ogłoszeniu wynikła potrzeba zaprowadzenia rządu konstytucyjnego w miejsce tymczasowego.


Wielki Książę Konstanty.

Juljan Ursyn Niemcewicz w Pamiętnikach swych (t. II, str. 277) tak kreśli postępowanie Naczelnego Wodza w pierwszych fazach swoich rządów, mianowicie w r. 1816.

Powrócił wielki książę z Petersburga, gdzie nas równie wychwalał i kochał, jak tu prześladował i nienawidził. Człowiek ten wszystko raptusami robi, nic podobnego nie było pod słońcem, rozumny i szalony, okrutny i ludzki, lecz czy dobrze, czy źle czyni, z popędliwością zawsze. I dziś raz się pokazuje w mundurze polskim, capluje pułkowników i oficerów, to znowu wszystkich posyła do więzienia i oficerom w szeregach wraz z żołnierzami strzelbę nosić każe.

W paroksyzmach żywości swojej zapomina, że wojsko nasze, że naród mają czucia i łechtliwe są o honor. Raz obracając się do swoich i pokazując naszych: „Te łajdaki - rzekł - nie służą jak dla pieniędzy”. Starszyzna, kontenta z obfitych pensyj, które odbiera, przemilczała tę obelgę, lecz utkwiły ta i inne obelgi w czulszych na nie sercach młodzieży. Nie mogąc od brata panującego szukać zadośćuczynienia, zbyt uczciwi, by po znieważeniu żyć nawet mogli, w samobójstwach końca męki szukali.

Najprzód więc pierwszych dni kwietnia Wodziński kapitan z pistoletu życie sobie odebrał. Komendant placu Toliński, gotów na wszystko, by zyskowne miejsce utrzymać, zniszczył zostawione przez umarłego listy i rozniósł, że młodzieniec dla rozpaczy w kochaniu śmierć sobie zadał. Alić we dwa dni potem kapitan Biesiekierski również życie sobie odebrał, wraz po nim kapitan Nowicki, którego wielki książę rozkazem dziennym więcej dla przewidzenia jak dla winy od wojska oddalił. Kapitan mówię Nowicki, zabija się także i tych listy i testamenta, w których i powody śmierci i ostatnia zmarłych wola wyrażonymi były, wszystko to zabiera i chowa Toliński. Nic jednak nie mogło przytłumić głośnego żalu publiczności. Wiadome były grubijaństwa i obelgi wielkiego księcia, tym więc przypisywano rozpacz nieszczęsnych. Lecz nie tu koniec. Nastąpił w tymże dniu zgon młodzieńca, obchodzący żywiej nad innych. Wilczek, syn zacnego obywatela w województwie krakowskiem, w 14 roku życia poszedł był w służbę wojskową, zaciągnięty do gwardji polskiej, zawsze przy boku Napoleona będącej, wszystkie wojny hiszpańskie odprawił, okazując w bitwach męstwo najznakomitsze. Po obaleniu Napoleona i powrocie szczątek wojsk naszych do Polski, Wilczek zostali adjutantem przy jenerale Krasińskim, dowódcy tejże gwardji. Nieraz już on oparł się śmiało gwałtownościom wielkiego księcia, uważano jednak, że ostatnie wielkiego księcia szaleństwa i pogardy, żywe na młodzieńcu uczyniły wrażenie. Widziano go odtąd posępnego, powtarzającego, że podobnych krzywd szlachetne dusze znieść nie mogą, że zniknął duch rycerstwa polskiego, że zahuczane, zmęczone paradami, obrotami w szesnasto-gradusówe mrozy, zniechęcone drobnostkami, straciło dawną swą żywość i ochotę, że część oficera i żołnierza znieważona zarówno, że i obecność i przyszłość pod takim wodzem życie nieznośnem czyniły.

Rozumiano, że mowy te skutkiem były zranionego serca, które czas i uwaga uleczyć mogły, alić pewnego dnia kwietnia przychodzi Wilczek do stancji przyjaciół swoich Mikułowskiego i już późno w wieczór rozmawiając z nimi jak zwyczajnie, prosi, by się do spoczynku udali, a jemu zostawili światło, papier i pióro, gdyż kilka pilnych listów ma do napisania. Uczyniono jak żądał. Gdy o piątej Mikułowski w twardym śnie pogrążony czuje, że go ktoś całuje i ściska, przebudzony porywa się i widzi stojącego przed sobą Wilczka z dwoma pistoletami w ręku. Przerażony porywa go za prawą rękę i pistolet wydrzeć usiłuje, gdy ten lewą ręka broń przyłożywszy do skroni wystrzela i pada na miejscu.

Wkrótce przypada Toliński, zabiera listy do ojca, siostry i wielkiego księcia i do tegoż raportu przychodzi. Czwarte to już było samobójstwo ukrywane dotąd z bojaźni i niespokojności, już się dłużej taić nie mogły. List Wilczka wielkiego księcia przeraził. Wyrażał on w nim te słowa:

„Nigdy panujący w Polsce, ni nawet bliscy ich nie ginęli z ręki Polaka, obelgi zadawane nam przez wielkiego księcia są takie, że je krew tylko zmazać może, przyjść może chwila gdzie uniesienia mego nie będę mógł być panem, wolę się wiec zgładzić, niż na nieszczęśliwy, lecz nieskażony dotąd naród mój rzucić plamę zabójstwa. Niech śmierć moja upamięta tyrana”.

Bojaźń, którą te gwałtowne zgony następujące jeden po drugim sprawiły, uczyniły wielkiego księcia łagodniejszym i że tak rzekę nieśmiałym. Zamyślony spoglądał ponuro na wszystkie twarze, wszędy się sprzysiężonych lękając, powiększyła trwogę zabobonność moskiewska. Był to ich Wielki Tydzień, trzeba było iść do popa, przypomnieć sobie, że było na wysokości Jestestwo wyższe nad carewicza moskiewskiego, sądzące wszystkich równo. Zaczął się więc korzyć, pościć surowo, tak mniemając się już oczyszczonym, spokojniejszy jak kiedy (sam wyznał) w Wielki Czwartek udał się do loża, tuż o północy wpada adjutant z doniesieniem, że jeden z oficerów, którym kazał nosić karabin, powiesił się, że przecież okropne chrapanie konającego ocuciło sąsiada jego, który wpadł dość wcześnie jeszcze, by powróz przeciąć i nieszczęsnego da życia powrócić. Przelękniony na nowo tą okropnością, bojąc się o życie, bojąc się o własną duszę, porywa się z loża, ubiera i do koszar, gdzie był ów oficer, spieszy.

Wystawić sobie łatwo można, jakie było biednego podporucznika zadziwienie, gdy postrzega przed sobą wielkiego kniazia, z przerażeniem mówiącego do siebie: „Nie jak wielki książę przychodzę do was, ale jako człowiek, abyście mi darowali urazę. Com uczynił, nie uczyniłem, żeby was poniżyć. Czy darujesz mi?” - rzekł dalej, widząc, że oficer cały w zadumaniu nad tem nocnem objawieniem, nie odpowiadał. - „Jeżeli nie darujesz, to kiedy chcesz, bić się nawet będę”. - „Nie chcę się ja bić z bratem króla mego, - odpowiedział oficer - o to go tylko proszę, by honor wojska polskiego więcej ochraniał”. - „No to pocałuj, że mnie”, - przydał wielki książę, tu go serdecznie uściskał, toż samo i drugim oficerom powtórzył. Rozumianoby, że po tem wszystkiem ustaną szaleństwa, bynajmniej, nie przychodziło już wprawdzie do obelg, lecz nie ustawały męczenia w drobiazgach i popędliwości. Tak ciężko jest wykorzenić złego wychowania nałogi, przyzwyczajenie z dzieciństwa do despotyzmu, brak w sobie czułości i wszelkiego względu na czułość drugich.

Mimo tych złych stron charakteru, położył Konstanty pewne zasługi około organizacji wojska polskiego - o czem mówi jeden z jego podkomendnych, oficer artylerji, Stanisław ks. Jabłonowski, w swych Wspomnieniach o baterji pozycyjnej Artylerji konnej gwardji.(str. 10).

Gadali, skarżyli się na ostrość, wielkiego księcia, lecz takiego organizatora z silną wolą, i niezmordowanego w pracy nie prędko znajdzie! Polaka nikt jeszcze do zupełnego porządku nie doprowadził, a wielki książę tego dokazał. Chciał porządku i doprowadził do porządku.


Stan kraju.

Najgorzej przedstawiał się stan naszych finansów, lecz minister Lubecki, objąwszy dział skarbowy, kraj uratował od ruiny i doprowadził go do znacznego rozwoju, o czem pisze urzędnik tego ministerstwa ks. Leon Sapieha - w swoich Wspomnieniach (str. 57) w sposób następujący:

Królestwo było wycieńczone po wojnach. Przy niesprężystej administracji podatki nie wpływały - tak, że dochody nie wystarczały nawet na opłacenie wojska. Rada administracyjna zdała cesarzowi raport, przedstawiający smutny stan finansów i jako jedyny środek zaradczy wniosła na zmniejszenie wojska, przez to i wydatków na nie. Na ten raport odpowiedział cesarz bardzo ostro. Utrzymanie wojska na tej samej stopie było warunkiem istnienia Królestwa Polskiego. Gdyby ono tego wykonać nie mogło, byłoby to dowodem niemożności istnienia. Nie pozostawało wtenczas, jak zamienić je w prowincję rosyjską. Odpowiedz ta przeraziła członków rady.

Wtenczas książę Lubecki napisał długi i wyczerpujący memorjał. Dowodził, że Królestwo może swoim wydatkom zadość uczynić, lecz potrzebna jest gruntowna zmiana w administracji finansów. Wskutek tego został mianowany ministrem skarbu. Aby poznać działalność i zasługi księcia Lubeckiego porównajmy stan finansów Królestwa, w chwili gdy ich administrację odebrał, ze stanem, w którym je zostawił przed powstaniem 1830 roku. Gdy książę objął ministerstwo, całkowity dochód Królestwa wynosił 55 miljonów złotych polskich, właśnie tyle, ile wynosiły wydatki na wojsko. Rząd był zabrał wszystkie depozyta sądowe. Zalegały płace wojskowe miesięczne, urzędników cywilnych kwartalne. Dla braku funduszów nie budowano żadnych gościńców, ani nie wykonywano żadnych robót publicznych. Podatki z największą trudnością wpływały. Wielka część majątków prywatnych była pod sekwestrem dla zaległych podatków. Majątki tak były zadłużone, że suma długów zahipotekowanych przewyższała ówczesną wartość ziemi. Musiano więc utrzymać moratorjum czyli prawo, że właściciel ziemi nie mógł być sądownie przymuszonym do zapłacenia długu przez sprzedaż majątku nieruchomego. O kredycie więc mowy być nie mogło.

Przy końcu administracji księcia Lubeckiego dochód państwa podniósł się z 55 na 88 miljonów złotych polskich. Wszystkie depozyta sądowe, przez rząd zabrane, były zwrócone. Płace wojskowe i cywilne, zaległe i bieżące, regularnie wypłacane. W skarbie publicznym była rezerwa około 80 miljonów. Budowano gościńce, kopano kanały i inne wykonywano roboty publiczne. Podatki wpływały bez trudności. Przez zaprowadzenie Towarzystwa Kredytowego majątki były z długów oczyszczone. Moratorjum zniesiono.

Zaprowadzony bank ułatwił obywatelom nabycie potrzebnych dla rolnictwa machin, narzędzi gospodarskich i inwentarzy. Otwierane przez niego kredyta fabrykantom dźwignęły przemysł. Jednem słowem kraj zupełnie inną przybrał postać.

W obronie konstytucji.

Sejmy.

(Hofman, Rzut oka).

W całym ciągu istnienia królestwa trzy widzimy epoki: Pierwsza epoka próby i nadziei, od zaprowadzenia porządku konstytucyjnego Królestwa do sejmu z r. 1820. Druga epoka oporu i rozdwojeń od sejmu z r. 1820, do sejmu z r. 1825. Trzecia epoka nominalnego tylko istnienia konstytucji czyli epoka terroryzmu od r. 1825 do ostatnich czasów, to jest do roku 1830.

Pierwsze dwa lata od ogłoszenia konstytucji zeszły na organizowaniu władz, układaniu ich hierachji, zaprowadzeniu urządzeń odpowiednich nowemu porządkowi rzeczy. Naród odurzony jeszcze grzmotem zadziwiających wypadków wojennych i widokiem równie zadziwiających zmian, jakim uległa skołatana po tylu wysileniach Europa, ślepo wierzył przyrzeczeniom anioła pokoju, bezinteresownego zwycięzcy. Nie wychyliła jeszcze głowy obłuda, nie słyszeliśmy o gwałtach, nadużyciach. Wszystko zapowiadało błogą przyszłość, a jeżeli kiedy niekiedy wydarzały się w wojsku obrażające ludzkość i honor narodowy wypadki, przypisywano to raczej indywidualnemu i od dawna znanemu dziwactwu naczelnego wodza, aniżeli wyrachowanej systematu tendencji.

Dzień 27 marca 1818 r. był dniem pamiętnym otwarcia pierwszego sejmu Królestwa. Niemniej on był interesującym dla Polski, jak dla całej Europy. Słowa najpotężniejszego władcy, nacechowane niepojętym i nieznanym dotąd zapałem do instytucyj liberalnych, rozeszły się lotem błyskawicy po wszystkich zakątkach ucywilizowanego świata. „Prawidła ustaw liberalnych - mówił on - nie przestawały nigdy zajmować całej mej troskliwości. Spodziewam się przy pomocy Boskiej rozciągnąć wpływ ich zbawienny na wszystkie krainy, jakie od Opatrzności mej pieczy są poruczone. Podaliście mi przeto sposobność okazania mej ojczyźnie tego, co dla niej od dawna gotuje i co otrzyma, skoro zarody tak ważnego dzieła będą mogły dosięgnąć potrzebnego rozwinięcia”.

A więc nietylko Polska, ale i Rosja otrzymała przyrzeczenie używania wkrótce swobód konstytucyjnych. "Wskrzeszenie wasze - mówił dalej - jest opisane uroczystemi traktaty. Uświęca je ustawa konstytucyjna. Nienaruszalność tych umów zewnętrznych i tego kardynalnego prawa, zapewnia odtąd Polsce zaszczytny między narodami europejskiemi stopień. Pokażcie współczesnym, że ustawy liberalne nie są niebezpiecznem omamianiem, że dobrą wiarą wykonane, czystemi zamiarami ku celowi zachowanemu i pożytecznemu dla ludzkości kierowane, godzą się zupełnie z porządkiem i wspólnie zrządzają prawdziwą pomyślność narodów”.

Owóż zgoła mowa Aleksandra była panegirykiem porządku konstytucyjnego, tem więcej wzbudzającym ufności, iż była dobrowolną i miała początek w własnem jego natchnieniu.

Naród zgromadzał się, najszczerszą przejęty wdzięcznością dla wspaniałomyślnego dawcy swych swobód. Pierwszej tej sposobności postanowił raczej użyć na podziękowanie królowi za przyrzeczone dobrodziejstwa, niżeli na surowe wytykanie licznych już uchybień dotychczasowej jego administracji. Dlatego też z ślepą dla rządu ufnością przyjął wszystkie prawie podane mu projekta pomimo uderzających i później odkrytych wad, jakiemi niektóre z nich napełnione były.

Nadzwyczajne w Europie zdarzenia, rewolucja hiszpańska i neapolitańska, zabicie księcia Berry[1], i zwracając całkiem uwagę gabinetu rosyjskiego na stosunki jego zewnętrzne, spóźniły nieco zwołanie drugiego sejmu Królestwa. Rozpoczął on się dopiero z dniem 13 września 1820, a zatem blisko w półtrzecia roku po pierwszym. Przybył wprawdzie Aleksander powtórnie powitać naród polski, lecz nie przy-niósł już z sobą tych samych uczuć, jakiemi był na pierwszym sejmie przejęty. Tam przychodził z szczerem może, acz niezgłębionem zamiłowaniem liberalnych instytucyj, z upragnioną żądzą sławy opiekuna nowych wyobrażeń, z ciekawością wreszcie, czy mu będzie do twarzy barwa konstytucyjnego monarchy. Tu przyszedł z całą odrazą do zaszłych na zachodzie politycznych poruszeń, z całą obawą samowładcy, nie chcącego przybierać na siebie postaci króla zmuszonego do jakichkolwiek dla narodu koncesyj, i z całą troskliwością, aby przykład obcy nie ośmielił Polaków do głośniejszego jeszcze obstawania przy swoich swobodach. Jakoż w długiej swojej mowie zaczyna od przypomnienia, że jeśli powołuje naród do używania najważniejszej dla niego prerogatywy, idzie jedynie za natchnieniem swojego serca, że instytucje narodowe mogą się tylko ustalić przez zupełne w nim zaufanie, że trwałość imienia polskiego zawisła jedynie od wyznawania przez naród, zasad moralności, że naród może mówić prawdę, ale spokojnie i z życzliwem sercem, że zgubnym jest przykład obcych teoryj i naśladowanie złego, które tyle klęsk po Europie rozszerza, że w środkach, jakie przedsiębrać należy, nie da się powodować cudzemi wyobrażeniami, że gotów jest dla zapobieżenia utworzeniu się złego i użycia gwałtownych lekarstw wykorzeniać zarody rozprzężenia skoroby się tylko postrzegać dały, że nakoniec nie da się skłonić do żadnych koncesyj przeciwnych jego zasadom. Po takiej groźbie jakby chcąc załagodzić ostre jej na narodzie wrażenie, daje znowu niewyraźną nadzieję przyłączenia do Królestwa prowincyj litewskich w słowach: „Jeszcze kilka kroków kierowanych mądrością i umiarkowaniem, oznaczonych zaufaniem i prawością a staniecie, a u celu waszych i moich nadziei”.

Mowa ministra spraw wewnętrznych Mostowskiego tchnęła tymże samym duchem, z tą tylko różnicą, iż widać w niej bylo walkę właściwego temu ministrowi talentu z nadużyciami, które czuł, lecz które usprawiedliwiać starał się całą sztuką wymowy.

Po takowem zaczęciu przejrzały izby, czego się spodziewać mają po rządzie, w którego wyobrażeniu sprawiedliwość jest łaską, a skarga zbrodnią. Wyłuskiwał się zwolna z ubarwionej pięknemi słowy powoli systemat obłudy i niewiary. Żadne prawie izb żądanie, na przeszłym objawione sejmie, nie otrzymało pożądanego skutku. Utworzyła się przeto w ciele prawodawczem opozycja mocna. Na czele tej opozycji stanęło pełne odwagi i rzadką spojone jednością województwo kaliskie. Kilka w niej zajaśniało wyższych zdolności, a całe prawie ciało prawodawcze, przejęte zgrozą na słabość rządu i wymagania dumnego monarchy, postanowiło nie odstępować na krok od zawarowanych sobie swobód, pokazując przez to, że naród, który umie cenić swe przywileje, umie ich zapewne używać. Jakoż najważniejszy projekt do prawa, to jest projekt do procedury kryminalnej, upadł prawie jednomyślnością, bo większością głosów 117 przeciwko 3, a to rzadkie w państwach konstytucyjnych zdarzenie dowodzi i niezręczności ministrów w zgłębieniu opinji publicznej i niesłychanej nieufności izb w osobach rząd składających. Drugi równie ważny, projekt do statutu organicznego o senacie również upadł, acz mniej uderzającą większością. Tym sposobem drugi sejm Królestwa stał się rzeczywistą dla ministrów porażką.

Tak smutna postać początku i biegu narad drugiego sejmu zapowiadała równie smutne jego zakończenie. Jakoż monarcha w krótszej niż zwykle mowie odkrywa widoczną swoją urazę za odrzucenie głównych projektów, wyrzuca mianowicie reprezentantom, „że ulęgając ułudzeniom nadto po dziś dzień pospolitym i poświęcając nadzieję które przezorna ufność byłaby ziściła, opóźnili w jego posterach dzieło przywrócenia ojczyzny”...

Lecz był to początek systematu obłudy. Następują czyny jawniej go rozwijające. Ubóstwo kraju, utrzymywanie wojska w ilości nieodpowiadającej zamożności Królestwa, zbytek w wydatkach w tej gałęzi administracji zależącej zupełnie od widzimisie cesarskiego brata, do której nietylko naród, ale nawet rząd i ministrowie wtrącać się nie mieli prawa. Nakoniec ciągłe odsuwanie izb sejmowych od układania budżetu i niezdolność urzędników sprawiły, że przychody krajowe nigdy nie mogły wyrównać wydatkom, że każdorocznie wykazywał się kilkumiljonowy deficyt. Aleksander, który w początkach swego panowania zapewnił, że byleby stan wojska polskiego był utrzymany, nawet deficyt w finansach Królestwa własnemi funduszami pokryje, pochwycił w roku 1821 okoliczność niepomyślnego stanu polskiego skarbu, do wydania pamiętnego aktu, w którym zapowiedział zatarcie bytu Polaków[2].

Nie spełniła się przecież groźba samodzierżawcy. Z objęciem ministerjum skarbu przez Lubeckiego, upadł główny powód zamierzonej narodu naszego zagłady. Pomyślny stan publicznego skarbu był jedyną narodu pociechą, bo moralne jego cierpienia coraz się powiększały. Podnosił już głowę ów systemat zepsucia, który przez następne lat ośm plamił naszą ojczyznę, hańbił zarażone nim serca. Do systematu zepsucia dołączył się systemat szpiegostwa i prześladowania, który zachwiał zasady moralności, osłabił węzły honoru między współobywatelami i przywiódł ich do tego stanu obawy i poniżenia, iż nie widzieli innego dla swej cnoty ratunku, jak w zwaleniu gwałtownem istniejącego rzeczy porządku.

Wypadki polityczne w Europie, jako to kongresy, rewolucja hiszpańska i wytoczona przeciw jej swobodom wojna, sprawy polityczne popierane w naszem Królestwie, a może i chęć ukarania narodu za postępowanie na przeszłym sejmie, spowodowały Aleksandra, iż przetrzymał najdłuższy termin do zwołania sejmu konstytucją sobie naznaczony i dopiero w pięć lat po drugim sejmie do wypełnienia tego obowiązku przystąpił. Musiało być głośnem w Europie wtłoczone przezeń na Polskę jarzmo i zniechęcenie narodu, kiedy Aleksander wiele przywiązywał wagi do skutku obrad nowego sejmu. „N. Pan - pisze Grabowski, minister sekretarz stanu, pod dniem 9 marca 1825 do Lubeckiego - życzy gorąco, aby ten sejm nie był tak niepłodnym jak ostatni, gdyby nie dla czego innego, to dla samej Europy. Chce on, aby ten sejm coś ważnego i więcej jeszcze, jeżeli można zdziałał. Chce on może tego z widoków politycznych, mam powody wierzenia temu i dlatego wszyscy powinniśmy wspierać go o ile możności”.

Wspieranie to zasadzało się na wyszukiwaniu środków pozbycia się z izby poselskiej członków najwięcej mających wpływu i stojących na czele opozycji. A gdy to wszystko przygotowane już było, monarcha wystąpił z aktem, który dobił ostatki żywota swobód w ustawie zasadniczej zamkniętych. Acz jawność obrad sejmowych jak najświęciej zaręczona była przez konstytucję w obliczu Europy nadaną i przyjętą, nie wahał się przecież Aleksander zadać jej w tym punkcie cios śmiertelny.

Po raz pierwszy naród polski ujrzał wieczny przedział między sobą a swymi mandatarjuszami. Po raz pierwszy zatajono przed nim przedmioty dyskusji tego stanowczego zgromadzenia. Zewnętrzna postać bytu, obrad, dzieżki usłużności cesarzewicza, podobna była do warownego obozu. Otoczyły zamek wojska rozmaitej broni, jak gdyby gotowe do odparcia napaści narodu, jeśliby się chciał upomnieć o gwałt przez artykuł dodatkowy konstytucji zadany. Tak nieprzyjazne okoliczności musiały mieć właściwy wpływ na sposób, dzielność i skutki obrad sejmowych. Wszystkie podane przez rząd projekta zostały przyjęte. Podobny rezultat obrad napełnił radością serce Aleksandra, wszystko mu się powiodło, jak życzył, nic się nie sprzeciwiało jego woli. Nic zatem nie skompromitowało jego nieograniczonej władzy. Jakoż mowa jego przy zamknięciu sejmu, jest wynurzeniem wdzięczności izbom.

Sejm z roku 1825 jest początkiem trzeciej i ostatniej Królestwa epoki, epoki teroryzmu i nominalnego tylko istnienia konstytucji. Jeśli w pierwszej epoce odbywano próby w jej rozwijaniu, jeśli w drugiej postanowiono toż rozwijanie zatrzymać, to w trzeciej zaczęto je cofać. W pierwszej wierzono w ustawę zasadniczą, w drugiej narzekano na zwłokę w jej zastosowaniu, i na rosnące stąd nadużycia, w trzeciej rozpacz ogarnęła naród na widok kolejno odpadających od gmachu konstytucyjnego swobód.


Przypisy

  1. Ks. Berry, syn hr. Artois, późniejszego Karola X, został zamordowany 13 lutego 1820 przez Louvela w celu usunięcia Burbonów od tronu.
  2. Porównaj wyżej: rozdział 1.4 Stan kraju.


Tajne związki.

Jako reakcja przeciw systemowi, który coraz dotkliwiej dawał się odczuwać Królestwu, poczęły tworzyć się tajne stowarzyszenia pod rozmaitemi nazwami i postaciami, których krótką historję przedstawia jeden z uczestników tego ruchu, Maurycy Mochnacki w dziele swem p. t. Powstanie narodu Polskiego. 1830-1 r. (t. l, str. 29 a itd.).

Wolne mularstwo narodowe miało cztery stopnie, w pierwszym była tylko mowa o potrzebie wspierania biednych wojskowych ofiar ostatnich wojen, w dwóch filantropja związkowych dalej się rozciągała, do oświecania nieświadomych ziomków, do rozszerzania narodowości i t. d., w czwartym dopiero stopniu, w stopniu założycieli otwarcie już mówiono o niepodległości kraju.

Aleksander kazał zamknąć wszystkie loże. Zakaz ten odjął masonerji narodowej pozór, ubezpieczający dotąd patrjotów przeciwko rządowej podejrzliwości. Bojaźliwsi przekładali potrzebę rozwiązania towarzystwa. Tęższe duchy przeciwnie mocniej je tylko obwarować chciały. Opinja ostatnich przemogła. Łukasiński wyłącza z naczelnej kapituły mniej wytrwałych w przedsięwzięciu, pod pozorem jakoby wszystko ustawało po owym rządowym zakazie, udaje, że czyni zadość woli Aleksandra, i zamyka loże w całem Królestwie, rzeczywiście zaś sam z wypróbowanymi tylko i doświadczonymi prowadzi dalej zaczęte dzieło w kształcie węglarstwa. Nie ustał przeto związek, tylko się skoncentrował. Potrzeba tajemnicy zamieniła go także jak w Poznańskiem w wyraźny spisek.

Od r. 1822 związki tajemne w różnych punktach Polski, w różnych swych gałęziach dotknięte przez rządy, zaczynają napełniać wiezienia, zajmować komisje śledcze, sądy dorywcze wojenne i przez to samo coraz silniej utwierdzać dzieło powszechnego spisku.

Najpierwsze ofiary liczyło wolne mularstwo narodowe w Warszawie. Dawniej nieco wpadła była policja na ślad tego stowarzyszenia, przy zamknięciu lóż zwyczajnych masońskich. Wcisnął się był do związku niejaki Karski, jak później się okazało szpieg, którego patrjoci wysłali do Paryża w interesach towarzystwa. Ten Karski, za powrotem swoim do Polski przytrzymany na granicy, wydał papiery, które skompromitowały mnóstwo osób, a mianowicie Dobrogojskiego, Dzwonkowskiego, Dobrzyckiego, Machnickiego, Koszuckiego, Cichowskiego, Zyca i Łukasińskiego. Wielki książę kazał ich aresztować w maju r. 1822. Miejscem wiezienia był klasztor Karmelitów na Lesznie. Zyc i Dzwonkowski, odebrali sobie życie w wiezieniu. Łukasiński, przez dwa lata badany przez komisję śledczą przyznał się do wolnego mularstwa, którego wszystkie winy wziął wspaniale na siebie, lecz zapierał się jego następstw. Po dwuletniem daremnem śledztwie Łukasiński, Dobrogojski, Dobrzycki, Koszucki, Machnicki i Szreder oddani zostali byli bez względu na ustawę konstytucyjną, bez istoty czynu, jedynie w skutku moralnego przekonania wielkiego księcia o związku sekretnym, pod sąd wojenny nadzwyczajny. Sąd wojenny skazał Łukasińskiego na dziewięć lat do robót publicznych, Dobrogojskiego i Dobrzyckiego na lat sześć, a wszystkich trzech na utratę stopni oficerskich. Koszucki, Machnicki i Szreder, choć uwolnieni, oddani byli z rozkazu wielkiego księcia pod dozór policji. Cichowskiego zatrzymano w wiezieniu.

Car raczył „w swem niewyczerpanem miłosierdziu” (tak brzmi postanowienie Aleksandra zwalniające wyrok) zmniejszyć karę Łukasińskiego z dziewięciu na siedem lat, a Dobrogojskiego i Dobrzyckiego z sześciu na cztery. Dnia 1 października r. 1824 był ten wyrok wykonany na placu Krasińskich w Warszawie w obecności wojska polskiego i moskiewskiego. Po obdarciu szlif, które osądzeni z rozkazu wielkiego księcia tego dnia przywdziać musieli, włożono na nich kajdany i pod eskortą odesłano do Zamościa.


Aresztowania związkowych i sąd sejmowy.

(Stanisław Małachowski, Pamiętniki, str. 169 id.).

Młodzież żywsza i niecierpliwsza pociski tak w pismach jak i mowach rzucała, tak co do ścieśnionych przywilejów, jakoteż nadużyć arbitralnych rządu, które powoli już się zaczęły praktykować. Zawiązały się towarzystwa tajne, tak w wojsku, jak i między cywilnymi, cel jedyny mający utrzymania ducha narodowego. Chociaż policja tajna za wielkiego księcia Konstantego była bardzo liczna i szpiegi pod różnym pretekstem wsuwali się w salony towarzystwa i mieli ślad sekretnych schadzek, czy chcąc się dowiedzieć o rodzaju związku, czy że doniesienia były przesadzone i niepodobne do prawdy, nikt nie był pytany, ani aresztowany. Dopiero ze śmiercią cesarza Aleksandra ściślejsze dochodzenia i prześladowania nastąpiły. Wstąpienie na tron Mikołaja, wybuch i przytłumienie rewolucji w Petersburgu, wysłanie na Sybir obwinionych, heroiczne poświęcanie się żon, które dobrowolnie ofiarowywały się mężom towarzyszyć, do historij należy. Odkryto dopiero z indagacji ujętych Rosjan, że i Polacy związek z nimi mieli. Mnóstwo osób wojskowych i cywilnych w Warszawie aresztowano, klasztor Karmelitów na sposób wiezienia Sewilli urządzono, a klasztor Dominikanów mieścił także uwiezionych. Śledztwo sądowe przez inkwirenta kryminalnego rozpoczęte, które gdy ukończone zostało, cesarz jako na zbrodnie stanu sąd sejmowy, w komplecie kazał żebrać i obwinionych sądzić.

Zebrał się senat, którego prezesem był ordynat Zamoyski, a na pierwszej zaraz sesji przejrzawszy akta sądowe inkwizycji śledczej, uznał je za niewłaściwe, niewiarogodne, wystawiając, że mogły mieć wpływ na obwinionych postrach lub łudzące obietnice, że tylko wolne i niewymuszone zeznanie może posłużyć do wyjaśnienia prawdy. Po takowem tedy przedstawieniu cesarz wyznaczył do zrobienia nowego śledztwa dwóch członków senatu, prezesa Zamoyskiego i wojewodę Grabowskiego, którym dodany został do pomocy ten sam inkwirent sadowy. Nowe prowadzenie śledztwa rok trwało, a przez cały przeciąg czasu w. książę żadnemu senatorowi ze stolicy nie pozwolił się oddalić. Bezczynni byliśmy[1] w politycznym areszcie, a że tak Zamoyski jak i Grabowski byli przeznaczeni do nowego śledztwa, prawo więc ich uwalniało od zasiadania w sądzie. Cesarz wiec na miejsce Zamoyskiego mianował prezesem sądu sejmowego, wojewodę Bielińskiego.

Nadeszła nakoniec, pora zebrania sądu 13 czerwca 1827 r. i rozpoczęcia posiedzeń. Sala w pałacu Krasińskich z okazałością urządzona została, kratki oddzielające dla obrońców, sala obszerna złączona z miejscem gdzie sąd zebrany, stół wielki, w środku krzesło wyższe dla prezesa, naprzeciw niego prokurator królewski Wyczechowski, przed każdym członkiem senatu stolik mały, papier i pióro. Warty z żandarmów po schodach i na sali, kompanja ułanów na placu przed pałacem. Ławka dla obwinionych stała w obrębie sądu, a gdy przywołani zostali, każdy miał obok siebie siedzącego żandarma, tak że jeden z drugim żadnej styczności ani komunikacji mieć nie mógł. Publiczność na pierwszem otwarciu sądu była tak liczna, że nietylko wszystkie sale tego obszernego gmachu były napełnione, ale cały dziedziniec i ogród Krasińskich obejmował mnóstwo widzów. Prezes Bieliński zagaił sesję przedstawieniem przedmiotu zebrania, potem prokurator odczytał akt oskarżenia. Obwinieni byli na ławkach przedzieleni żandarmami, obrońcy potem głos zabrali. W krótkości przebiegając te wszystkie epoki, co tylko może w części posłużyć do zbioru historji, nadmieniam pryncypalne fakta. Po wysłuchaniu obron, „na ustęp” woźny za uderzeniem dzwonka prezesa zawołał. Wszyscy wyszli, straż z żandarmów pilnowała wszelkiego wnijścia, a prezes zabrawszy głos, przedstawił w krótkości zarzuty prokuratorów i zbijanie tychże przez obrońców. Prezes podał kwestję, na którą każdy członek piśmiennie odpowiedzieć winien, czy oskarżeni o zbrodnie stanu są winni, winni affirmative, niewinni negative. Cały sąd jednomyślnie uznał, że żaden z nich nie dopuścił się zbrodni stanu, prócz jednego głosu generała Wincentego Krasińskiego, który może przez skrupulatną obawę uchybienia niesubordynacji wojskowej, wziął za zbrodnię stanu i podpisał zdanie swoje affirmative. Po takiem zdecydowaniu oskarżeni powinni byli być natychmiast wypuszczeni i sąd już tem samem rozwiązany, lecz nie tak się stało. Prokurator wszedł i oświadczył, że ma oddzielną instrukcję od monarchy, że musi raport dzisiejszej sesji cesarzowi przedstawić, że oskarżeni muszą wrócić do więzienia, a że sąd sejmowy szczegółowo i stosunkowo karę na każdego ma aplikować. Zebrał się niepotrzebnie na nowo sąd i dalsze sesje kontynuował.

Tu dopiero zaczęły się straszenia obrazą cesarza, intrygi, namowy, co nie dziw, że na słabych umysłach zrobiło wielkie wrażenie i odmianę opinji. Gdy przyszło do stanowczej kary, jedni oświadczyli, że raz uznawszy wszystkich za niewinnych, nie mogą modyfikować swojej opinji ani frymarczyć sumieniem. Drudzy biorąc zakaz towarzystw tajnych, wykraczających policyjnie, na karę trzechmiesięczną skazali, inni na rok z potrąceniem siedzenia w wiezieniu.

Następstwa tego wyroku tak przedstawia w swym Pamiętniku (str. 138) Fryderyk hr. Skarbek:

Wyrok sądu sejmowego, pod naciskiem rozdrażnionej opinji publicznej wydany, podbudził niechęć rządu i wywołał różnego rodzaju prześladowania. Rocznica ogłoszenia konstytucji, dotąd uroczyście po kościołach obchodzona i w obozie, zeszła prawie niepostrzeżenie w roku 1828. W. książę nie kazał odbyć zwykłej parady wojskowej, a wielu z dygnitarzy polskich, nie śmiało nawet pójść do katedry na Te Deum. Za wyrok sądu sejmowego przez siebie ferowany, musieli senatorowie pokutować w Warszawie, nakazano im bowiem pozostać w niej do czasu ogłoszenia w tej mierze ostatecznej decyzji cesarskiej, która dopiero w marcu 1829 roku wydana została.


Przypisy

  1. Autor niniejszego opisu był senatorem i członkiem sądu sejmowego.


Sejm 1830 r.

(K. Rotman, Rzut oka, str. 279 itd.).

Mikołaj nie przystąpił do zwołania reprezentacji narodowej, jak w rok później, a w pięć lat po ostatnim sejmie. Dnia 28 maja 1830 zaczął się sejm czwarty i ostatni Królestwa, pod laską deputowanego miasta Warszawy, Lubowidzkiego. Monarcha w mowie swojej mniej wprawdzie okazał żółci niż jego poprzednik, ale wystąpił z całą dumą zwycięzcy, jaką go napoiła szczęśliwie ukończona wojna turecka.

Pięcioletni wszakże przeciąg czasu, znaczne uczynił zmiany w umysłach. Niesłychane uciski podniosły ducha narodowego, światło cywilizacji, idącej zawsze swym torem pomimo stawianych mu przeszkód, pomnożyło zdolności, rozkrzewiło potrzebę publicznego życia, nauczyło drożej cenić swobody konstytucyjnego porządku. Grono izby pozyskało żywioły nowej energji, nowych talentów i sejm z r. 1830 nie był już owym niemym Sejmem z r. 1825. Piętno swego charakteru okazał rządowi, przez energiczne protestacje przeciw gwałtom konstytucji zadanym, mianowicie przeciw artykułowi dodatkowemu, znoszącemu jawność obrad i podkopującemu najważniejszą jej zasadę, następnie zaś przez odrzucanie projektów nieodpowiadających potrzebie narodu i uklejonych dorywczo, aby zapełnić czas na obrady przeznaczony. Jeden tylko z ciekawszych projektów zyskał jednomyślną sankcję obu izb, to jest projekt uchwalenia składki na wystawienie pomnika wdzięczności cesarzowi Aleksandrowi.

Upokorzenie, jakiego doznali członkowie rządu, wyrzuty sejmu, wnioski jego o pociągnięcie do odpowiedzialności ministrów, energiczne petycje, w których nie pominięto żadnych nadużyć i gwałtów, a szczególniej odrzucenie projektu o małżeństwach, które z powodu pokaleczonych dawniej prawodawstwa przepisów, pozostawiały władzę cywilną w drażliwem względem władzy duchownej położeniu[1], nie podobały się Mikołajowi. Głośno na nieprzychylność narodu wyrzekał i tylko rozsądniejsze rady niektórych ministrów skłoniły go, iż w mowie sejm zamykającej płomień swego gniewu przytłumił. Dlatego też nigdy cesarz rosyjski w zimniejszy sposób do Polaków nie przemówił.

Z sejmem roku 1830 kończy się prawie epoka politycznego istnienia Królestwa Polskiego pod panowaniem rosyjskiem, bo przez następne kilka miesięcy widocznie tlało tylko zarzewie mające wnet pochłonąć nieforemną budowę.


Przypisy

  1. Rząd wniósł na tym sejmie projekt zmiany kodeksu napoleońskiego - by odtąd sprawy małżeństw i rozwodów załatwiały władze kościelne - a nie jak dotąd cywilne.


Wybuch powstania.

Wybuch rewolucji 29 listopada 1830 r.

Szczegóły o zalodzeniu związku tajnego w szkole podchorążych i jego działalności oraz przebieg wypadków jakie rozegrały się tej pamiętnej nocy, podał do wiadomości główny tych działań kierownik, por. Piotr Wysocki, w artykule ogłoszonym w dodatku do Kurjera Warszawskiego z r. 1830, nr 335.

Uwięzienie Sołtyka, Krzyżanowskiego, Wojciecha Grzymały, A. Plichty i innych, którzy pod sądem sejmowym zostawali, oraz długie prześladowanie Adolfa Cichowskiego i pamięć na zasługi i obywatelstwo Niemojewskich, roznieciły zapał patrjotyczny w sercach młodzieży szkoły podchorążych. Nieprzyjaciele naigrawali się z niedoli braci naszych, wzburzając przez to umysły i do zemsty je zapalając. Ówczesne stosunki społeczne na zachodzie Europy, szczególniej zaś skład ministerstwa we Francji, a w Polsce wzajemne nieporozumienia między dobrze myślącymi i nieufność powiększana mnogimi przykładami zdrady, zamiarom naszym na przeszkodzie stawały. Trwaliśmy jednak w dobrej chęci. Nareszcie Rosja wypowiedziała wojnę Turcji. Okoliczność ta zabłysnęła dla gorliwych Polaków pocieszającą nadzieją, nic jednak stanowczego nie przedsięwzięliśmy natenczas w szkole podchorążych. Dopiero na dniu 15 grudnia 1828 r. kiedy przypadkiem zgromadziło się w moim mieszkaniu kilku podchorążych tej szkoły, K. Paszkiewicz, Józef Dobrowolski, Karol Karśnicki, Aleksander Łaski, Józef Górowski, zaczęliśmy otwarcie mówić z sobą o położeniu politycznem Europy, tudzież o potrzebie i środkach wyjarzmienia ziomków naszych z pod ucisku wbrew przeciwnego ustawie konstytucyjnej i swobodom przez króla i naród zaprzysieżanym. Nazajutrz, to jest 16 grudnia uwiadomiłem o tej rozmowie kilku innych podchorążych, znanych w szkole z swego sposobu myślenia, mianowicie: Kamila Mochnackiego, Stanisława Ponińskiego i Seweryna Cichowskiego. To były pierwiastki naszego związku. Rota przysięgi, jaką natenczas wykonaliśmy, była, jeśli mnie pamięć nie zawodzi, następująca: "Przed Bogiem i ojczyzna nasza ujarzmioną, odartą z praw i przywilejów konstytucyjnych przysięgamy: najprzód nie wydawać na przypadek uwięzienia żadnego członka zawiązującego się towarzystwa, choćby z tego powodu przyszło ponieść najsroższe męczarnie. Powtóre połączyć wszystkie usiłowania, poświęcić życie, gdy tego będzie potrzeba, w obronie zgwałconej ustawy konstytucji. Pa trzecie: ostrożnie rozszerzać związek za wiedzą podpisanych członków towarzystwa, nie przyjmując ani pijaków, ani szulerów, ani ludzi skazitelnego charakteru pod jakimkolwiekbądż względem”. Przyrzekliśmy sobie odtąd bezprzestannie działać w tej sprawie. A że trudno było wprowadzać oficerów i cywilne osoby do grona z tylu członków złożonego, każdy bowiem z nowoprzyjętych obawiałby się narazić na niebezpieczeństwo, przeto związek upoważnił mnie do przyjmowania nadal nowych członków bez zasięgania rady kolegów. Mogłem także wezwać każdego z członków pierwiastkowego składu towarzystwa, żeby przyjmował osoby przezemnie wskazane.

Wieść o koronacji i zwołaniu posłów na obrady sejmowe nową otuchę wlała w serca nasze. Koło 10 maja roku 1829 gorliwiej pracować zaczęliśmy. Obywatele zjechali się na obrzęd koronacyjny. Posłowie Trzciński i Zwierkowski, udawszy się natychmiast do mojego mieszkania, oświadczyli mi, że zbliżyła się chwila tak długo oczekiwana, podniesienia oręża w sprawie swobód krajowych wobec reprezentantów narodu. Tę deklarację przedłożyłem związkowym. Słuchali mnie z największym zapałem, nie wątpiąc bynajmniej, że naród uzna prawość działań wojska. Rzeczona petycja[1] nie wzięła żadnego skutku, posłowie jednak z pobudek politycznych do poparcia jej bronią jeszcze nas nie upoważnili.

Wszyscy, z którymi tylko mówić mi się zdarzyło, utwierdzali nas w zamiarze, zasilali ducha naszego, tylko co do czasu nie było zgody. Przyznać jednak należy, że ówczasowe względy polityczne to wahanie się usprawiedliwiały. Sejm odprawiony roku bieżącego nie rokował wielkich nadziei. Niektórzy posłowie żałowali opuszczonej sposobności, kiedy Rosję wojna turecka zaprzątała. Spokojność Europy, szczególnej zaś ministerstwo francuskie, choć się przeciw niemu naród burzył, zapał nasz w części uśmierzyły.

Nareszcie rewolucja francuska w dniach 27, 28 i 29 lipca grzmiącym głosem wezwała wszystkie narody europejskie do wyjarzmienia się z pod przemocy władzy wykraczającej z prawych granic. I my unieśliśmy się piękną nadzieją. Szerzący się zapał w wojsku natenczas obozującym pod Warszawą, przekonał mnie o zgodzie, i jednomyślnej chęci wszystkich niemal oficerów. Wszyscy rozmawiali o rewolucji francuskiej, wszyscy roztrząsali wypadki lipcowe. Co do sprawy naszej, porozumiewaliśmy się jawniej i otwarciej i z większem usposobieniem do podniesienia oręża, byle ktoś stanął na czele wojska. Dopiero za powrotem wojska z obozu do Warszawy, stosowne i wprost do celu zmierzające kroki przedsięwzięte zostały. J. B. Ostrowski poznał mnie w tych dniach z Maurycym Mochnackim, a Maurycy Mochnacki z Ksawerym Bronikowskim, Ludwikiem Nabielakiem, z J. L. Żukowskim, M. Dembińskim i S. Goszczyńskim. Uwiadomił także o związku Anastazego Dunina, obywatela wołyńskiego, W. Kormańskiego, byłego szasera i Fr. Grzymałę. W tym czasie ja, Urbański (płatnik gwardji) i J. B. Ostrowski złożyliśmy naradę, z której wypadło, że powstanie w Polsce żadną inną miarą rozpoczęte być nie może, tylko przez zniesienie się i wzajemne porozumienie wojskowych z cywilami.

J. B. Ostrowski, Lud. Nabielak, Maurycy Mochnacki i Ksawery Bronikowski z polecenia mojego bardzo wiele innych osób uwiadomili o istnieniu związku. Z mojej strony udałem się do Urbańskiego, czyniąc mu przełożenie, że potrzeba spiesznie uorganizować towarzystwa we wszystkich pułkach, takim kształtem, aby na dzień i godzinę oznaczoną oficerowie wyprowadzili wojsko do wskazanych stanowisk. Zdanie to podzielał Zaliwski, znajdujący się podówczas u Urbańskiego, a mnie znany ze szlachetnych uczuć, patrjotycznego ducha i znamienitych zdolności. Wtenczas rozdzieliliśmy między siebie rozmaite oddziały wojska polskiego w stolicy. Ja przyrzekłem połączyć oficerów w kompanjach, strzeleckich, jako i grenadjerskich linjowych, Urbański w pułku gwardji. Pierwsze zebranie się oficerów miało nastąpić w koszarach pułków strzeleckich, lecz dla różnych okoliczności nie przyszło do skutku. Udałem się do koszar gwardji do kompanij wyborczych, a postrzegłszy Borkiewicza porucznika z pułku siódmego, dobrze mi znanego ze swego sposobu myślenia, wezwałem go w imię Ojczyzny, aby związkowych oficerów zebrał. Co gdy nastąpiło, oświadczyliśmy im, aby niezwłocznie obowiązali się, że w razie potrzeby wyprowadzą żołnierza i obiorą reprezentanta, któremu całe kierowanie sprawy w tym korpusie miało być poruczone. Reprezentantem na tym zborze jednomyślnie wybrany został Zaliwski, który odtąd spólnie ze mną i Urbańskim działać nie przestawał. W kompanjach strzeleckich z powodu niebytności kilku oficerów, dopiero później nieco przyszła do skutku organizacja towarzystwa i wybór reprezentanta. W pułku grenadjerów gwardji wybrano Urbańskiego.

Ku końcowi września i w początkach października r. b. zaczęto przylepiać w Warszawie kartelusze na rogach ulic i odezwy rewolucyjne do Polaków, pogróżki dla w. księcia, a nawet obwieszczenie, że Belweder od nowego roku będzie do najęcia. Wszystko to działo się bez naszej wiedzy. Wszędzie biegały wieści o rewolucji wkrótce wybuchnąć mającej. Nawet dnie pooznaczano, mianowicie 10, 15 i 20 października. To zniewoliło dawny rząd do baczniejszego mienia się na ostrożności. Chcieliśmy zacząć tę wielką sprawę dla dogodzenia głosowi publicznemu. Nie mając sposobności obaczenia się z J. B. Ostrowskim, wezwałem Ludomira Nabielaka do Łazienek, żeby go uwiadomił, iż w lada dzień, począwszy od 18 października weźmiemy się do broni. Nabielakowi zaleciłem podchorążego Trzaskowskiego, ażeby się z nim umówił, jakie razem z cywilnymi przedsięwziąć środki ku wstępnemu działaniu, bądź na Saskim dziedzińcu, bądź w Belwederze. Zamiar ten jednak nie mógł przyjść do skutku. Oficerowie jeszcze się byli nieporozumieli z sobą w tej mierze. Ustawne przecież naleganie Trzaskowskiego, przydanego w pomoc Nabielakowi, i wielu innych oficerów sprawiło, iż termin zaczęcia naznaczyłem na 18 października, z tem atoli zastrzeżeniem, że pierwej złożę radę ostateczną z Zaliwskim i Urbańskim. Na tej radzie postanowiliśmy odroczyć termin, z czego natychmiast wyniknęły niesnaski i waśnie między mną a osobami, które do tej sprawy wezwałem, tem bardziej, że Nabielak już był ustanowił porozumienie się między Trzaskowskim i wielu cywilnymi, jak Sewerynem Goszczyńskim (poetą), Napoleonem Babskim, Józefem Mejsnerem (magistrem prawa) i z kilkoma akademikami, na których czele był Michał Szwejcer. Cierpienie, jakiego wówczas doznawałem i potwarze, jakie na mnie ludzie nieuczciwi miotali, nie ukróciły jednak mojego zapału. Związek rozdzielił się na stronnictwa. J. B. Ostrowski dla odsunienia od siebie zabiegów szpiegowskich, szczególniej po aresztowaniu kilku uczniów akademji, działać przestał. Korpusy zaczęły się różnić i oddzielać. Nastąpiła pauza trwogi i rozpaczy. Bolesny ten stan rozdwojenia i nieporozumień trwał aż do czasu zejścia się mojego z Ksawerym Bronikowskim. Podwoiłem usilność moją w celu połączenia wszystkich razem oficerów. Ci żądali odemnie, abym ich przekonał, jaki sąd o sprawie naszej zapadnie w Izbie poselskiej. Upoważnili oni mnie i Zaliwskiego, abyśmy wyrozumiawszy dostatecznie chęci w tej mierze obywatelskie, naznaczyli termin i rozpoczęli sprawę narodu. Uwięzienie kilku osób z rozkazu cesarzewicza i popłoch w stolicy opóźniły na chwilę działania związkowych. Aresztowano Urbańskiego, mnie badał pułkownik Olędzki z rozkazu cesarzewicza. Baczniejsza uwaga z Belwederu zwrócona została na szkołę podchorążych. Osadzono w wiezieniu i ściśle badano Gaucza. Wszelkie związki podchorążych z miastem zostały przerwane z rozkazu cesarzewicza. Makrot śledził każdego, ktokolwiek oddalił się ze szkoły. Trębicki objął dowództwo nad szkołą. W tej chwili trwogi i zamieszania występuje Ksawery Bronikowski z chęcią przywiedzenia do skutku zamiarów naszych. Dnia 21 listopada, ja, Zaliwski i Bronikowki zeszliśmy się w Bibljotece Towarzystwa Przyjaciół Nauk pod pozorem obejrzenia gabinetów, w rzeczy zaś samej dla oczekiwania przyjścia Joachima Lelewela, który poprzednio przez Ksawerego Bronikowskiego i Maurycego Mochnackiego o związku wojskowym uwiadomiony został.

Na tej konferencji uchwaliliśmy zgodnie z opinją Lelewela powstać w przyszłą niedzielę dnia 28 listopada wieczorem. Atoli przed tym terminem zniósłszy się raz jeszcze z Lelewelem oświadczyliśmy mu imieniem oficerów, że powstanie nie jest odwołanem. Ma zaś być nie w niedzielę, lecz w poniedziałek odprawione.

(Czwartek dn. 26 listopada). Po rozejściu się z Lelewelem złożyliśmy walną radę we trzech: ja, Urbański i Zaliwski. Na tej radzie zapadło: naprzód aby zwołać reprezentantów związku oficerów wszystkich pułków piechoty w Warszawie stojących. Powtóre, oświadczyć im w imieniu znanego nam obywatelstwa, że sprawę naszą pochwala i wspierać będzie. Po trzecie, że plan operacji wojennej będzie im odczytany na dniu niedzielnym ku wieczorowi. Skutkiem tego w niedzielę dn. 28 listopada zebrali się reprezentanci o godzinie siódmej wieczorem w koszarach gwardji w mieszkaniu Borkiewicza, podporucznika pułku siódmego piechoty. W nocy z niedzieli na poniedziałek ułożyliśmy plan działań wojennych. Główne punkta tego planu były następujące:

  1. Zapewnić bezpieczeństwo osoby cesarzewicza.
  2. Zmusić jazdę rosyjską do złożenia broni.
  3. Opanować arsenał i oręż rozdać ludowi.
  4. Rozbroić pułk Essakowa gwardji wołyńskiej i pułk litewski Engelmana.

O godzinie szóstej dano znak do rozpoczęcia jednoczesnego wszystkich działań wojennych przez zapalenie browaru na Szolcu, w bliskości koszar jazdy rosyjskiej. Przygodnym losem nie spłonął ten cały budynek. Wojska polskie ruszyły z koszar do wskazanych stanowisk. W tym momencie oddział złożony z cywilnych osób pod dowództwem dwóch podchorążych szedł do Belwederu celem zabezpieczenia osoby cesarzewicza, żeby w zamieszaniu i zgiełku orężnym na jakowy szwank narażanym nie został. Sprawę tę polecono następującym osobom: dwóm podchorążym Trzaskowskiemu i Kobylańskiemu, Ludwikowi Nabielakowi, Sewerynowi Goszczyńskiemu, Karolowi Paszkiewiczowi, Stanisławowi Ponińskiemu, Zenonowi Niemojewskiemu, Ludwikowi Orpiszewskiemu, Rochowi i Nikodemowi Rupniewskim, Walentemu Nasiorewskiemu, Edwardowi Trzcińskiemu, Ludwikowi Jankowskiemu, Leonardowi Rettlowi, Antoniemu Kosińskiemu, Aleksandrowi Świetosławskiemu, Walentemu Krośniewskiemu i Rottermundowi, a zatem w części podchorążym, w części literatom, w części uczniom akademji, ludziom znanym z nieskazitelnego postępowania i łagodności charakteru.

Czterem kompanjom strzelców pieszych i dwóm kompanjom pułku 6 śpieszącym na pomoc szkole podchorążych, mającym przeszkodzić jeździe rosyjskiej, żeby nie wtargnęła do miasta, nie udało się zadosyć uczynić temu rozkazowi, albowiem w drodze zatrzymane przez jenerała Stanisława Potockiego dostały się w niewolę rosyjską, zaś cztery działa artylerji, które miały opanować stanowisko między Wiejską Kawą a koszarami Radziwiłłowskiemi, tudzież Aleją prowadzącą do Belwederu i strzelać jedynie dla nadania moralnej siły wojsku działającemu w tym punkcie, zajęte zostały przez pułk polski, któremu wymienieniem nie chce czynić niesławy. W chwili kiedy oddział przeznaczony do Belwederu, wyruszył z lasku Łazienkowskiego, pospieszyłem do koszar podchorążych w towarzystwie walecznego porucznika Szlegla (który z obozu przywiózł nam ostre naboje karabinowe), i Józefa Dobrowolskiego. W salonie szkoły podchorążych odbywała się wtenczas lekcja taktyki. Dwaj wspomnieni oficerowie rozbroili rosyjskich szyldwachów. Wbiegłszy do sali, zawołałem na dzielną młodzież: „Polacy! wybiła godzina zemsty. Dziś umrzeć lub zwyciężyć potrzeba! Idźmy, a piersi wasze niech będą Termopilami dla wrogów”. Na tę mowę i zdala grzmiący odgłos: „Do broni!, do broni!” młodzież porwała karabiny, nabiła je i pędem błyskawicy poskoczyła za dowódcą. Było nas stu sześćdziesięciu kilku! Zmierzamy uliczką prowadzącą do koszar trzech pułków jazdy rosyjskiej. Pewny będąc, że kompanje wyborcze spieszą nam w pomoc, kazałem dać kilka razy ognia dla zatrwożenia Rosjan, jako i na znak dla owych kompanij, że się bój już rozpoczął. Po tem haśle wtargnęliśmy do środka koszar ułańskich. Wezwany ogniem karabinów naszych hufiec nieprzyjacielski z około trzechset ludzi złożony, uszykowawszy się w kolumnie na plac występuje. Dajemy ognia, nieprzyjaciel wychodzi z szyku, miesza się i cofa, i w pewnej dali powtórnie uformowany stawia nam czoło. Powtórnie dawszy ognia, silnym w skoku napadem, z okrzykiem wojennym hurra ! odbijamy kolumnę Rosjan, którzy zasławszy plac trupem, na wszystkie rozsypali się strony. W tej chwili dano mi znać, że pułki kirasjerski i huzarski wychodzą z koszar dla otoczenia nas i przecięcia drogi do miasta. Kolumny polskiego wojska nie nadciągnęły nam w pomoc. Z tego więc powodu, gdy i ładunków brakować zaczęło, z żalem wszystkich odwrót przedsięwziąłem. Pułk ułanów, na który najprzód uderzyliśmy, zupełnie rozproszony dozwolił nam cofać się przez most Sobieskiego, gdzie połączył się z nami powracający z Belwederu oddział cywilnych osób. Mniemając, że kompanje wyborcze czekają rozkazu ażeby się z nami połączyły, wysłałem Kamila Mochnackiego z poleceniem wezwania ich do jak najrychlejszego przybycia, lecz Kamil Mochnacki wrócił, donosząc, iż pomocy na żadnym punkcie nie znalazł, że kirasjery formują się w szyk bojowy na rozdrożu, zamykając nam ze wszech stron pochód do miasta. Postąpiłem kilka kroków naprzód, a spostrzegłszy rzeczywiście linję kirasjerów, bez namysłu natrzeć na nich kazałem. Śmiało puściła się z bojowym okrzykiem raźna młódź i w tym punkcie zmusiła nieprzyjaciela do odwrotu ku Belwederowi. Zebraliśmy się, postępując dolną drogą z Łazienek ku Wiejskiej Kawie. Usłyszawszy w przesmyku między Wiejską Kawą a koszarami Radziwiłłowskiemi głośne tętnienie koni jazdy kirasjerów, którzy się w pogoń za nami puścili i postrzegłszy w tym samym czasie oddział huzarów ku nam od Aleji zamierzający, nie widziałem innego ratunku, jak szybkim pędem zwrócić się na lewo ku koszarom Radziwiłłowskim. Jakoteż w rzeczy samej wpadliśmy w bramę tych koszar, skąd pojedynczymi strzałami raziliśmy czającego się z boków nieprzyjaciela. Po chwili i podchorążowie nabierają męstwa, wypadają z bramy koszar Radziwiłłowskich i z niewypowiedzianą odwagą nacierają na Rosjan, którzy się natychmiast rozsypali. Niemała ich liczba w tem miejscu poległa. Odtąd mieliśmy wolną do miasta drogę. Przy kościółku Aleksandra spotkaliśmy jenerała Stanisława Potockiego. Przytrzymali go podchorążowie, schylając się do stóp jego i błagając, żeby się przyczynił do ojczystej sprawy. Lecz gdy te wszystkie przełożenia nie odniosły zamierzonego skutku, kazałem go wypuścić. Zginął on następnie z innej ręki przez nieufność, upór i małą wiarę w statek i cnotę żołnierza polskiego.


Przypisy

  1. Obaj ci posłowie zamierzali wnieść petycję z żądaniem przywrócenia ukróconych swobód.


Uznanie powstania przez Sejm za narodowe.

Jedną z pierwszych czynności zebranego w grudniu sejmu, było uznanie powstania, wybuchłego 29 listopada 1830 za narodowe. W tym celu wydal on manifest, uchwalony na sesji odbytej 20 grudnia 1830, a ogłoszony w Djarjuszu sejmu 1830-1, T. l, str. 55, .

Kiedy Naród, niegdyś wolny i potężny, nadmiarem niedoli zmuszonym się widzi uciec do ostatniego z praw swoich, do prawa odparcia siłą ucisku, winien to sobie, winien światu, aby oznajmił przyczyny, które go przywiodły do popierania orężem świętej sprawy swojej. Uczuły Izby sejmowe tę potrzebę, a przystępując do rewolucji, w stolicy dnia 29 listopada zdziałanej, i uznając ją za narodową, postanowiły krok ten usprawiedliwić w oczach Europy.

Po tym wstępie idzie obszerne uzasadnienie przyczyn, które spowodowały wybuch powstania. Opuszczamy je jako znane z poprzednich ustępów, podając zakończenie manifestu:

"Wreszcie ostatnia pociecha, którą Polacy za Aleksandra nieszczęścia swoje słodzili, nadzieja połączenia się z bracią przez cesarza Mikołaja odjęta została. Wszelkie już węzły były zerwane, oddawna święty ogień, którego na ołtarzach Ojczyzny zapałać nie było wolno, w piersiach tylko prawych tlał potajemnie, jedna myśl była wszystkim wspólna, że poniżenia takiego dłużej znosić się nie godzi, lecz władza przyspieszyła sama chwile wybuchnięcia. Przy coraz mocniej potwierdzających się wieściach o wojnie, przeciw swobodom ludów rozpocząć się mającej, nadeszły rozkazy postawienia na stopie wojennej wojsk polskich, przeznaczonych do wymarszu, a natomiast wojska rosyjskie kraj nasz zalać miały. Nakazano znaczne sumy, z obciążenia lub przedaży dóbr narodowych pochodzące i w Banku złożone, użyć na koszta tej zabójczej dla wolności wojny.

Uwięzienia na nowo się zaczęły. Nie było chwili do stracenia. Szło o wojsko, skarb, zapasy, honor narodu nie zdolnego nieść innym więzów, któremi sam się brzydzi, a walczyć przeciw wolności i dawnym towarzyszom broni. Czuł to każdy, lecz uczuciem tem serce Narodu, ognisko zapału, dzielna młodzież wojskowa i akademiczna, oraz znaczna część garnizonu stolicy i obywateli najsilniej przejęta, postanowiła dać hasło powstania. Elektryczna iskra w jednej chwili wojsko, stolicę, kraj cały przebiegła. Zajaśniała noc 29 listopada ogniami wolności. W dniu jednym oswobodzona stolica, w dniach kilku połączone jedną myślą wszystkie oddziały wojska, fortece zajęte, naród uzbrojony, brat cesarski z wojskiem rosyjskiem na wspaniałość się zdają i tym jedynie środkiem ocalony, oto są czyny tej rewolucji bohaterskiej, szlachetnej i czystej, jak młodzieńczy zapał, który ją rozniecił.

Powstał Naród polski z poniżenia i podległości, z męskiem przedsięwzięciem niepowrócenia więcej do więzów, które skruszył, niezłożenia oręża przodków, póki nie wywalczy niepodległości i potęgi jedynej swobód rękojmi, póki nie zabezpieczy sobie tych swobód, których domagać się, jako zaszczytnej puścimy przodków i naglącej potrzeby wieku, podwójne ma prawo, póki nie połączy się z braćmi ujarzmionymi przez dwór petersburski, z tego jarzma nie wyzwoli i swobód swoich, wolności i niepodległości uczestnikami me uczyni.

Nie powodowała nami żadna nienawiść narodowa przeciw Rosjanom, wielkiemu, jak my, szczepowi słowiańskiego rodu. Przeświadczeni, że wolność i niepodległość nasza, jak niegdyś dla ościennych narodów nie bywała zaczepną, owszem stanowiła równowagę i przedmurze ludów europejskich, tak teraz więcej, niż kiedy, może im być pomocą, stajemy w obliczu mocarstw i narodów z pewnością, że za nami głos polityki i ludzkości zarówno przemówi.

A gdyby nawet w tej walce, której nie tajemy sobie niebezpieczeństw, przyszło nam samym bój za wszystkich staczać, ufni w świętość sprawy naszej, w własnej odwadze i pomocy Przedwiecznego, dobijać się będziemy wolności do ostatniego tchnienia. A jeśli Opatrzność przeznaczyła te ziemie na wieczne ujarzmienie, jeśli w boju tym ostatnim wolność polska na gruzach miast i trupach swoich obrońców polegnie, wróg nasz nad jedną tylko pustynią więcej panowanie swoje rozciągnie, a prawy Polak zginie z tą w sercu pociechą, że jeśli własnej wolności i Ojczyzny uratować nie dozwoliły mu nieba, śmiertelną walką zasłonił przynajmniej na chwilę zagrożone europejskich ludów swobody.


Detronizacja Mikołaja.

Ponieważ nawiązane początkowo układy z Mikołajem nie przyniosły zadawalających rezultatów, Mikołaj bowiem nie myślał o naprawieniu krzywd wyrządzanych Królestwu, lecz żądał zdania się na laskę i niełaskę, pozostawała tylko rozprawa orężna i zupełne zerwanie z Mikołajem, czego wyrazem była detronizacja jego, uchwalona przez Sejm na posiedzeniu 25 stycznia 1831 r. (Djarjusz sejmu. t. I, str. 243 itd.).

Działo się na posiedzeniu połączonych Izb Sejmowych dnia 25 stycznia 1831 r. w Warszawie.

»Najświętsze i najuroczystsze umowy tyle tylko są nienaruszonemi, ile wiernie dotrzymanemi z stron obydwóch. Długie cierpienia nasze znane światu całemu, przysięgą zaręczone przez dwóch panujących, a pogwałcone tylekroć swobody - nawzajem i Naród polski od wierności dziś panującemu uwalniają. Wyrzeczone nakoniec przez samego cesarza Mikołaja słowa, że pierwszy ze strony naszej wystrzał stanie się na zawsze zatracenia Polski hasłem, odejmując nam wszelką sprostowania krzywd naszych nadzieję, nie zostawiają jak rozpacz szlachetną.

Naród zatem polski, na Sejm zebrany, oświadcza, iż jest niepodległym ludem i że ma prawo temu koronę polską oddać, którego godnym jej uzna, po którym z pewnością będzie się mógł spodziewać, iż mu zaprzysiężonej wiary i zaprzysiężonych swobód święcie i bez uszczerbku dochowa".


Przebieg i upadek powstania.

Bitwa pod Grochowem.

Rokowania, podjęte przez rząd polski, celem uzyskania od Mikołaja usunięcia nadużyć i pokojowego załatwienia sporu, nie udały się. Mikołaj zażądał kategorycznego poddania się, a na poparcie swoich żądań wysłał znaczną armję, która pod wodza Dybicza z początkiem lutego, przekroczywszy granice Królestwa, szła prosto na Warszawę. Po kilku starciach przyszło do walnej rozprawy na polach grochowskich 25 lutego, która tak opisuje jeden z najwybitniejszych naszych oficerów, gen. Chrzanowski Wojciech, w artykule p. t. Opisanie bitwy grochowskiej.

Na rozkaz feldmarszałka Dybicza wszystkie baterje, rozstawione gęsto na stokach wzgórzy od Kawenczyna i Dąbrowej Góry aż do pagórków wawerskich, rozpoczynają gwałtowny ogień, jednocześnie dywizje Rozena i Pahlena przysuwają się do siebie, postępują nieco naprzód i szykują się do ataku na Olszynę. Na ogień dwustu blisko dział rosyjskich odpowiada natychmiast siedem bateryj polskich, stojących na lewo i prawo Olszyny. Pół godziny grzmią działa bez przerwy z największą żywością, grad kul i granatów sypie się z obydwu stron, przebiegając się i krzyżując się nad szczupłą płaszczyzną między obydwoma frontami. Dwie szczególniej lewoskrzydłowe baterje polskie rażą celnymi strzałami i demontują działa rosyjskie, lecz zarazem najmocniej cierpią od ognia pięćdziesięciu dział rosyjskich. Po półgodzinnym ogniu połowa armat w baterji Rylskiego cichnie. Daleko więcej dział rosyjskich już zdemontowanych, lecz natychmiast zastąpione są innymi. Ogień dział rosyjskich coraz bardziej koncentruje się nad Olszynką, coraz gęściej grad pocisków rwąc gałęzie i obalając drzewa i ludzi, pada na ten lasek, w którym pod tym ogniem, spokojnie oczekując na atak piechoty nieprzyjacielskiej, stoi dywizja Żymierskiego, mając brygadę Rolanda (pułki linjowe 3-ci i 7-my) w pierwszej, brygadę strzelecką Czyżewskiego w drugiej linji.

Jak tylko wódz rosyjski ujrzał, że baterje jego stłumiły nieco ogień dział polskich i przygotowały atak, daje rozkaz generałowi Rozenowi uderzyć z dywizjami pieszymi na Olszynę, a dla wsparcia tego ataku posuwa III-cią i II-gą dywizję z korpusu Pahlena.

Wódz polski, generał Chłopicki, widząc rozpoczynający się atak piechoty daje rozkaz Żymierskiemu bronić się do upadłego ze swoją dywizją w Olszynie i postanawia nie posyłać świeżego wojska dla wsparcia lub zluzowania tej dywizji, dopóki tylko opierać się będzie mogła.

Wśród ciągłego gromu dział posuwa się i uderza na Olszynkę cała prawie piechota rosyjska. Gdy dywizja Żymierskiego, wyczerpawszy wszystkie środki odporu, cofając się z Olszynki, zaczyna z niej wychodzić, ujrzał generał Chłopicki, że nadeszła chwila wprowadzenia do ataku drugiej linji dywizji Skrzyneckiego i Szembeka i że nadeszła chwila zaczepnego zwrotu i odwetu. Rozkazuje generałowi Skrzyneckiemu sformować swoją dywizję do ataku i uderzyć na lewy kraniec Olszynki, sam zaś prowadzi do ataku na prawy kraniec tego lasku pułk grenadjerów z dywizji Szembeka, z którym już w marszu łączy się reszta dywizji, to jest brygada strzelecka prowadzona przez generała Prądzyńskiego. Bębny polskie grzmią marsz do ataku. Chłopicki z promieniejącą natchnieniem twarzą, z pałającym okiem, które w jednej chwili ogarnia całe pole bitwy, kombinuje wśród ich biegu zdarzenia i ruchy, kłębami dymu i ognia jeszcze osłonione, spieszy po odwet i zwycięstwo. Była to najpiękniejsza może chwila w życiu generała.

Obie polskie kolumny, lewa i prawa, ruszają równocześnie - w tej samej chwili masa piechoty rosyjskiej, uszykowawszy się w Olszynie, wylewa się dwoma potokami z lasku ku polom grochowskim, wspierana ogniem 12 bateryj które posunęły się naprzód. Przy huku dział i bębnów obie strony spotykają się na równinie paręset kroków z tej strony olszyny. Lewa kolumna polska, to jest Skrzynecki na czele pułków 4-go, 8-go, części 2-go, wpada na 14-tą dywizję rosyjską i przewraca ją, przepędza za Olszynkę, wybiegając z lasku uderza na dywizję 15-tą, uszykowaną tutaj, rozbija ją i bezładne tłumy obu dywizyj Rozena pędzi na stoki Dąbrowej Góry. Chłopicki z prawą kolumną, przebywszy krzyżowy ogień dział rosyjskich, rzuca się na czoło III-ej dywizji, wysuwającej się z Olszynki ku Grochowu, rozgramia ją, przechodzi prawą krawędź lasku, uderza na sformowaną powtórnie dywizje, rozbija ją, pędzi ku Wygodzie wraz z drugą dywizją, która, przerażona klęską poprzedniej, miesza się, rozsypuje i cofa bezładnie za Wygodę ku lasom. Jest to chwila stanowcza. Oto dwie dywizje polskie wybiegają z Olszynki, pędząc przed sobą całą prawie piechotę rosyjską w bezładny tłum się rozbiegającą, jest to chwila stanowcza, powtarzamy. Armja rosyjska w jednej połowie rozbita, w drugiej przerażoną i zmieszana. Trzeba ją tylko rozproszyć, zwycięstwo zaczęte, trzeba go tylko dokonać. Lecz to rozproszenie, to zwycięstwo dokonać tylko może jedynie atak świeżej siły - rezerwy. Na tę ważną i rozstrzygającą, a przewidywaną chwilę, chciał generał Chłopicki przygotować sobie silną rezerwę. Dla rozstrzygnięcia całej sprawy i rozproszenia osłabionego, a następnie przełamanego nieprzyjaciela chciał Chłopicki ściągnąć z pod Białołęki Krukowieckiego, postawić za druga linją, a po przełamaniu przez też linję szyków nieprzyjacielskich, rzucić na zmieszanych Rosjan rezerwową dywizję Krukowieckiego, wzmocnioną przez całą jazdę, lub przynajmniej uderzyć korpusem jazdy Łubieńskiego. Znał bowiem dobrze zasadę taktyki, że ta sama siła nie może nieprzyjaciela przełamać i przełamawszy go, pobić, zwycięstwo rozpocząć i dokonać, w pierwszym bowiem boju, przełamując nieprzyjaciela, sama się dezorganizuje, a dla dokonania zwycięstwa jest potrzebna rezerwa.

Lecz z powodu nieposłuszeństwa i nieobecności generała Krukowieckiego nie było, gdy nadeszła stanowcza chwila, żadnej w rezerwie piechoty. Stał jednak na polach grochowskich w odwodzie cały korpus jazdy Łubieńskiego, a właśnie jest to zadanie jazdy, stojącej w rezerwie dokonać rozpoczęte zwycięstwo. Wprawdzie korpus ten liczył tylko sześć pułków, przy męstwie jednak i znanym pędzie szarż jazdy polskiej byłaby to może dostateczna siła do rozgromienia pomieszanej piechoty rosyjskiej, gdyby w tej chwili na plac boju nadbiegła i śmiałą szarżą na te tłumy uderzyła.

Generał Chłopicki, biegnąc na czele swej kolumny z lasku ku Wygodzie i widząc z jednej strony cztery dywizje rosyjskie, pierzchające w nieładzie, lecz zarazem odsłaniające szereg swych bateryj, z drugiej strony znużenie swojej i Skrzyneckiego dywizyj, pojmuje w jednej chwili całe położenie i daje rozkaz, aby nadchodziły spiesznie rezerwy, śle adjutantów z poleceniem, aby Łubieński ze swym korpusem jazdy przybył i uderzył. Lecz Lubieński nie przybywa. Drogie momenty mijają, generałowie rosyjscy wstrzymują siłą, głosem i pałaszem swoje pierzchające dywizje, szykują je na nowo, popychają na front dwa nietknięte wojsk oddziały, dywizje grenadjerską i I-szą, a odsłonięty szereg bateryj, rozstawionych wzdłuż stoku pagórków, silnym ogniem zakrywa przez chwilę armję szykującą się na nowo. A Łubieński jeszcze nie przybywa, a nawet przybyć nie myśli. Przybiegającym z rozkazem adjutantom odpowiada to, że Chłopicki nie jest wodzem. Nie może przeto na jego rozkaz i odpowiedzialność puszczać swą jazdę na niebezpieczną szarżę.

Nieposłuszeństwo to i Krukowieckiego zapewne nie miałoby miejsca, a bitwa byłaby może stanowczo wygraną, gdyby Chłopicki był wodzem de jure. Łubieński nie przybywa, a tymczasem chwila stanowcza mija i minęła bezpowrotnie. Wstrzymane w odwrocie i uszykowane na nowo cztery dywizje rosyjskie przetrzebione wprawdzie okropnie, lecz i sformowane jako tako pod zasłoną ognia dział i rezerw, wzmacniane dwoma świeżemi, pchane z tyłu przez cały korpus jazdy Witta i gwardję wielkiego księcia, a z boków przez dywizje konne Łopuchina i Geismara, nakoniec ożywione zbliżaniem się Szachowskiego, wykonywują zwrot zaczepny. Cala linja rosyjska wychodzi z popłochu, i czyniąc ostatnie wysilenie, uderza po raz trzeci na Olszynkę. Obie kolumny polskie Chłopickiego i Skrzyneckiego, mając na czele swoim pułk grenadjerski i 4-ty, wstrzymują na płaszczyźnie przed Olszynką przez pół godziny natarcie całej armji rosyjskiej, nie tracąc w tak nierównym boju ani stopy ziemi.

Na zasypujący je grad kul i kartaczy i na najstraszniejszy ze wszystkich ogień karabinowy kilkudziesięciu bataljonów, odpowiadają celnymi strzałami, wspierane dzielnie ogniem dwóch bateryj Nieszokoda i Rylskiego. Legli już wszyscy prawie naczelnicy bataljonów w obu pułkach polskich, pułki te jednak nie ustępują z pola.

Generał Chłopicki przebiega ich front, zachęcając do oporu przed laskiem, by jeszcze zostawić pole do szarży Łubieńskiemu, którego wygląda z niecierpliwością. Zacięty bój trwa pod Olszynką.

Ogromna baterja rozwija się na krańcu prawego skrzydła rosyjskiego przed Kawęczynem, zgłusza lewoskrzydłowe baterje polskie, razi z boku rzęsistym ogniem piechotę polską i lasek olszowy.

Zawzięty bój trwa przed Olszynką. Obie dywizje Skrzyneckiego i Szembeka walczą z nadzwyczajnem męstwem. Przed frontem ich pada dwa razy z zabitym koniem generał Chłopicki, płaszcz jego przeszyty kulami, sam raniony lekko kartaczem. Nakoniec nie mogąc się doczekać pomocy, sam spieszy pod Grochów przyśpieszyć nadejście rezerw, oddawszy dowództwo nad swą kolumną generałowi Milbergowi. Była to godzina druga popołudniu. Pędząc szosą za Grochów pod Słup Żelazny, gdzie stał sztab główny, dowiaduje się, że Łubieński nie chce go słuchać, nie chce uderzyć, a równie nieposłuszny Krukowiecki jeszcze jest w Białołęce. Przybywszy pod Słup, oświadcza wszystko szlachetnemu Radziwiłłowi, który mimo swej woli i jedynie na rozkaz rządu i przez poświęcenie dźwiga ciężkie dla siebie naczelne dowództwo.

Radziwiłł ze swej strony posyła natychmiast rozkaz Łubieńskiemu i Krukowieckiemu. Lecz już było zapóźno, zapóźno by ciągnąc dalej zaczepny zwrot, wykonany tak śmiało i szczęśliwie przez Chłopickiego, by rozbić atakiem rezerw przełamaną armję rosyjską, zapóźno, by przypuścić szarżę, gdyż bój cofnął się już z pola, przed laskiem do Olszyny, a nawet przygniecione całym ciężarem armji rosyjskiej dwie dywizje polskie, zmęczone przeciągłym z nią bojem, cofały się już z lasku ku Grochowu. Chłopicki, widząc wydarte sobie prawie z ręki zwycięstwo przez nieposłuszeństwo dwóch generałów, widząc jak zmarniał przez to waleczny opór dywizji Żymierskiego, następnie pełen zapału atak oddziałów Skrzyneckiego i Szembeka i bohaterska ich wytrwałość w boju pod Olszyną, zapragnął śmierci. Lecz przedewszystkiem pomny na obowiązek wodza, wraca na plac boju wstrzymać ile możności i jak najdłużej odwrót tych dywizyj, by dać czas do ściągnięcia Krukowieckiego i Łubieńskiego, do ustawienia reszty armji na drugiej linji obronnej. Już dobiega do swojej kolumny, walczącej jeszcze na krańcu Olszyny, gdy granat pęka pod jego koniem, rani mu ciężko obie nogi i obala go wraz z koniem na ziemię. Ranionego generała odnoszą na Pragę.


Kwestja włościańska.

(Barzykowski, Hist. powst. listop. t III, str. 182 itd.).

Konstytucja przez Napoleona nadana, nie tylko poddaństwo znosiła, ale ustanawiała zupełną równość w obliczu prawa nietylko co do praw cywilnych, ale nawet politycznych i społecznych. Chłop był równy szlachcicowi, włościanin swojemu panu, i nie było to tylko w teorji, ale zaraz w wykonaniu, w życie weszło. Lecz chociaż włościanin był równy i wolny, jednakże pod względem gospodarstwa narodowego żadna zmiana nie zaszła, pańszczyzna pozostała, bo czasu do zmian gospodarskich nie było.

Za Królestwa Kongresowego stało się z włościanami jak z wieloma innemi instytucjami. Cesarz Aleksander, wracając z wojny, wiele łask i dobrodziejstw dla włościan zapowiedział, lecz mało dotrzymał i nawet podaniom do tronu samych właścicieli posłuchu nie dawał. Ponieważ w Królestwie konstytucja nie wiele się od napoleońskiej różniła, przeto różnic między klasami mieszkańców nie zaprowadzono, ale żadna zmiana co do stosunku gospodarskiego, co do pańszczyzny przedsięwzięta nie była. Wsteczność zaś która później w samym życiu Aleksandra nastąpiła, musiała się i w rządzie jego okazać. Książę Lubecki jako minister skarbu, kwestję tę w tył cofnął. Na jego przedstawienie zapadły dwa prawa. Pierwsze prawo sejmowe z roku 1825, mocą którego zniesiony został artykuł 536 kodeksu Napoleona, który stanowił, że posiadaczom wiecznoczynszowym i emfiteutycznym jest dozwolona spłata czynszu i nabycie gruntów na przyszłość. Drugie prawo jest dekret królewski, na przedstawienie tegoż ministra w roku 1829 wydany, dozwalający sprzedaż dóbr narodowych. W dobrach tych włościanie w największej części przez nadania książąt mazowieckich i królów polskich byli wiekuistymi posiadaczami gruntów przez nich uprawianych. Prawem sejmowym i owym dekretem włościanie swego wiekuistego posiadania pozbawieni zostali.

W takich warunkach nastąpiło powstanie listopadowe. W uczuciach żywych całego narodu leżało ulepszenie stanu włościańskiego, ramię włościanina bowiem było nam potrzebne do wywalczenia naszej niepodległości. Interes przeto i powinność zajęcia się tą sprawą nakazywały i rzeczywiście od początku powstania wszystkie rządy o tem myślały.

Już za dyktatury, dwa podatki, które szczególniej ciążyły na włościanach, kontyngens i szarwark, uchylono. Prócz tego postanowionem było, że prócz służby do żadnych innych ciężarów, jakich wojna wymagać będzie, włościanie powoływani nie będą. Były to kroki pierwsze najpotrzebniejsze. Prócz tego Sejm hojne i szczodre wyznaczył uposażenie dla tych włościan, co w wojnie o niepodległość kalectwem lub bliznami okryci zostaną, jakoteż dla wdów i sierót w boju poległych. Na tym kończyły się pierwsze czynności, bo, jak wiadomo, gwałtowność wypadków wojennych nie dozwalała się zająć dalszą reformą. Kiedy teraz chwila odetchnienia przyszła, Rząd z niej korzystać zamierzał i postanowił uczynić pierwszy krok do wielkiego dzieła, którego duch czasu, stosunek społeczny i dobrze zrozumiany interes kraju wymagały i postanowił to zacząć od dzieła uposażenia włościan.

Rząd za zasadę przyjął, iż wszelka własność, czy rzeczy, czy pracy, czy myśli, jest święta i szanowaną być powinna. Przyjmując w zasadzie świętość prawa własności, Rząd musiał ją zastosować do urządzenia gruntowego. Lecz znów z drugiej strony wiedział rząd, iż są przypadki i położenia, w których nawet z najświętszych praw pewne poświęcenia i ofiary uczynić trzeba. Takie przypadki i położenie stanowi interes kraju, dobro ogólne, ratunek powszechny, salus populi za taką okoliczność kwestję włościańską uważano. Stosownie jednak do przyjętej reguły własności uznano, że nie wolno zabierać, ale postanowiono, że może własność być odstąpiona, sprzedana i kupiona bez obrazy praw jej służących.

Pod formą tą chciał rząd uposażenia włościan. Grunta dla włościan przeznaczone, właścicielom zabrane, powinny być były odkupione i wynagrodzone. Wydzielanie gruntu i odkup, wzięcie i wynagrodzenie nie miały być z sobą nierozdzielne. Rząd uznał, że spłata miejsce mieć powinna. Warunki spłaty musiały być po najdogodniejszej, najłagodniejsze, ale zawsze musiały nosić formę nabycia, dla uniknięcia cechy zaboru i gwałtu. Właściciel miał odstąpić, sprzedać, włościan nabyć, spłacić.

Co do myśli samej dwie formy przyjęto. Pierwsza wieczysta dzierżawa, czyli czynsz spłacany, z możliwością jednak spłaty kapitału, czyli wartości przez wieczystego dzierżawcę, druga nadanie zaraz uposażonemu własności za opłatą procentu od kapitału wartościowego, połą czonego z amortyzacją. Myśl druga więcej do przekonania trafiała, lecz nastręczała się obawa, iż wojna może tak zniszczyć kraj, że włościanie nie będą w stanie opłacać procentu, a więc zachwiać całe uposażenie to rząd spowodowało, że pierwszą myśl przyjęto.

Po przyjęciu go przez rząd, do sejmu go przesłano. Komisje sejmu wzięły go pod rozbiór, a dnia 28 marca na sejm go wniesiono. Ze strony rządu upoważniony był do wniesienia obrony projektu radca stanu Brodzki, od komisji zaś sejmowej poseł Świdziński wziął na siebie ten obowiązek. Po tych dwóch wprowadzonych głosach projekt do prawa przez sekretarza Izby odczytany został. Rozpoczęła się dyskusja i dwadzieścia kilka dni trwać ona będzie. Dopóki roztrząsano uposażenie w dobrach narodowych, dopóty cała dyskusja spokojnie się toczyła i można powiedzieć, nie było szczerych przeciwników projektu.

Projekt przez deputowanego Szanieckiego podany, rzeczy zmieniał, bo do kieszeni prywatnej sięgał, uposażenia włościan w dobrach prywatnych się domagał. Dyskusja więc odrazu stała się żwawsza, namiętniejsza, uporczywa. Opinja sejmujących zaczęła chwiać się i o los projektu lękać się trzeba było. Rząd narodowy, jakoteż i wśród sejmowych stronnicy projektu uposażenia, uczuli potrzebę odparcia zarzutów i użycia wszelkich środków, aby mu upaść nie dozwolić. Rząd przeto upoważnił swoich mówców do oświadczenia w sejmie, iż na ten raz nie myśli dalej uposażenia włościan posuwać, iż nawet do dóbr, własnością instytutów i municypalności będących, rozciągać go nie zamierza, i jedynie na dobrach narodowych poprzestanie.

Mówcy sejmowi dalej poszli, twierdzili bowiem, iż uposażenie w dobrach prywatnych z mocy żadnej uchwały miejsca mieć nie może i jedynie wskutek dobrej woli samych właścicieli jest możliwe, więc wszelkie obawy w tym względzie są niepotrzebne i zbyteczne. Usiłowania, popierające projekt były uczciwe i szczere, wiele talentu i gorliwości okazano. Szczególnie odznaczali się radca stanu Brodzki, minister spraw wewnętrznych, a z sejmujących marszałek, kasztelan Kochanowski i poseł Świdziński. Usiłowania ich nie były bezowocne[1].


Przypisy

  1. Po dyskusji o szczegółach projekt ten został ostatecznie ułożony, poczem miano go jeszcze raz rozważyć na pełnej sesji sejmowej. Do tego jednak nie doszło a z przyczyn ogólnej natury.


Rozruchy 15 sierpnia.

Od bitwy ostrołęckiej Skrzynecki unikał poważniejszej rozprawy z nieprzyjacielem i dozwolił Paszkiewiczowi, który po śmierci Dybicza objął naczelne dowództwo wojsk rosyjskich, na przejście Wisły i posuwanie się wzdłuż lewego jej brzegu coraz bliżej Warszawy. Ta nieczynność Skrzyneckiego doprowadziła do usunięcia go. Ten stan zdenerwowania wywołał też rozruchy, opisane przez Wężyka (Powstanie narodu polskiego, str. 169 itd.).

Dzień cały zeszedł na ciekawem oczekiwaniu, komu rząd narodowy ster wojska poruczy. Nie ogłoszono ani jednego słowa w tej mierze. Głuche pogłoski biegały, że czynni członkowie klubu listy proskrypcyjne spisali i że ci nawet, którzy z rozsądkiem umiarkowanie łączyli, nie uszli ich podejrzliwej uwagi. Od trzech dni Lelewel o ruchu zbawiennym nadmieniał, Towarzystwo Patrjotyczne liczniej niż dotąd zebrane, radziło jawnie o niebezpieczeństwie ojczyzny. Podano wniosek by się domagać od rządu oddalenia od wojska jenerała Skrzyneckiego, i ten się wniosek utrzymał. Lecz gdy już radzić poczęto, jak go wykonać, czyli na piśmie, czyli też innym sposobem, wniesiono, by towarzystwo w całym się gronie do rządu z swoim żądaniem udało.

Na tem stanęła narada. Ciągnie tłum różnorodnego składu, mając na czele X. Puławskiego Kazimierza, Czyńskiego Jana i Boskiego Nikodema przez Miodową ulicę. Ciekawość zwiększa uzbrojoną tłuszczę. Cała ta rzesza napełnia dziedziniec namiestnikowskiego pałacu, a mówcy Towarzystwa przeciskają się do sali posiedzeń rządowych.

Wychodzą członkowie Rządu Narodowego, słuchają mów tchnących istnem zuchwalstwem i przyrzekają nazajutrz na południe odpowiedź. Cała ta scena gorsząca trwa blisko godziny. Lecz gdy mniemano, że Towarzystwo zaspokoiło się odpowiedzią Rządu, i gdy to niejako utwierdziło oddalenie się tłumu od Namiestnikowskiego pałacu, dzielą się tłumy na pomniejsze oddziały i wzmocnione nowemi siłami, schodzą się znów pod zamkiem, gdzie uwięzionych jenerałów 29 czerwca dotąd trzymano w areszcie. Był pomiędzy nimi szambelan Fenshave, człowiek niewinny i dobrych obyczajów, który przyzwyczajony do życia w Warszawie, ani ją pragnął opuścić, ani na jedną chwilę nie przestał ufać szlachetności charakterów Polaków. Wplątany do śledztwa mniemanego spisku Hurtiga wraz z cukiernikiem Lesslem został za niewinnego uznany. Trzymano go jedynie w zamku dla zasłonienia przed wszelką obrazą, lecz miano wkrótce za przyzwoitym paszportem do przednich straży odesłać. Gnuśność tylko rządu tę chwilę odwlekła.

Była kobieta nazwiskiem Bazanow, śmiała i intrygantka, lecz tę o zdradę kraju jako cudzoziemkę posądzać nie można było. Był nakoniec kamerjunkier Bentkowski, który miał utrzymywać korespondencję z nieprzyjacielem. Ci wszyscy już byli osądzeni przez sad nadzwyczajny, lecz wyrok na nich odesłano do głównej kwatery, dla zmian zaszłych w naczelnem dowództwie, potwierdzonym i wykonanym nie został. Zbiera się tłum ludzi przed zamkiem, krzycząc: „Śmierć zdrajcom ojczyzny!”. Warta gwardji narodowej staje do broni. Uderzono na trwogę, lecz czyli z namysłu, czyli z niedbalstwa, jeden tylko bęben słyszeć się daje. I ten nakoniec zaniemiał, gdy doboszowi pałki odjęte zostały.

Przybiega gubernator miasta, jenerał Węgierski, ten, który chełpił się w stolicy, iż z 200 ludźmi byłby ten ruch uśmierzył, przekłada wzburzonym, że ci, których śmierci zadają, już osądzeni zostali, że wyrok na nich jest już w głównej kwaterze i w druku, że nazajutrz ogłoszony i wykonany zostanie, ale przekłada napróżno.

Nadciągnął tymczasem bataljon 18 pułku piechoty. Gdyby go był gubernator pod zamkiem ustawił, mógłby zapewnie zapobiec gwałtowi i mordom. Lecz on rozkazał bramy zamkowe otworzyć, których burzyciele przestąpić nie mogli, i wpuścić wojsko w dziedziniec. To dało powód, że się wraz z wojskiem towarzysze i patrjotyczni wcisnęli.

Ale przychodzą rzeczy do tego stopnia, że Węgierski obowiązał się posłać natychmiast sztafetę do głównej kwatery po wyrok na więźniów zamkowych. By to wykonał, dodają mu 30 świadków, na czele których ksiądz Szyndlarski z gubernatorem do jego mieszkania odchodzi. Gdy burzyciele pozbyli się przytomności gubernatora, złączywszy się z oddziałami 18 pułku, poszli natychmiast w zamek do miejsc tych, gdzie nieszczęśliwi więźnie siedzieli i poczęli ich koleją wywlekać.

Zjawił się pomiędzy tłumem Antoni Ostrowski, dowódca gwardji narodowej warszawskiej. Ten zamiast okazania jakiej takiej chęci w utrzymaniu publicznego porządku, zalecał tylko swym podkomendnym, by nie strzelali do obywateli.

Wpadnięto do mieszkania nieszczęśliwego Jankowskiego. Zelżony, zbity i skuty, już prawie nie żyw, został powieszony na latarni za nogę. Ten sam los spotkał jenerałów Hurtiga i Sałackiego, pastwiono się nawet nad ich trupami. Bukowski wyskoczył z okna na taras i złamał nogę, ale się zdołał między krzewami utaić. Wszakże na krótko, bo znaleziony przez swoich oprawców, znalazł natychmiast śmierć srogą. Szambelan Fenshave schronił się na piec swego mieszkania, ale po stołku blisko stojącym docieczono, gdzie się znajdował. Niewinność jego, uznana nawet od sądu, nie zdołała uchronić od śmierci. Pani Bazanow zamordowana została ze wściekłością i okrucieństwem sroższem nad wszelkie opisy. Młoda jej córka, która towarzyszyła matce w więzieniu, pchnięta bagnetem, zaledwie uszła zagłady, udana za służącą. Bentkowski pomnożył liczbę ofiar nieszczęsnych, pomordowanych wprzódy nim powieszeni zostali. Ta rzeź okrutna w Zamku królewskim trwała przeszło godzinę.

Mówią, że od Zamku chcieli się rozejść burzyciele po różnych stronach miasta dla wywlekania ofiar swojej niechęci, do których liczby należał generał Dziekański, dowódca warowni na Pradze. Ale przemogła chęć wymordowania szpiegów, nieosądzonych dotychczas dla braku prawa na zbrodnie szpiegostwa. Lecz gdy więzienie, w którem ci nędznicy siedzieli było nader odlegle od Zamku, bo leżało aż za Wolskimi rogatkami, przejście ich do tego miejsca uwolniło miasto na parę godzin od zgiełku, mordów i trwogi. Ciągnąc po drodze, szukali Łubieńskiego Henryka, obwinionego o usunięcie z pod srogości prawa wiceprezydenta Lubowidzkiego, i mało brakło, że zamiast niego nie powiesili brata, Jana Łubieńskiego, który dostał się w ich ręce.

Gdy ruch się przeniósł za Wolskie rogatki, do więzienia będącego w domu zarobku, krew zatrzymanych tamże lała się bez oporu i najmniejszej przeszkody. Zginęli zamordowani szpiegowie dawnej władzy, Szlej, Szymanowski i wielu innych. Niezasłużona kara śmierci spotkała także i kilkunastu żydów, uwiezionych za defraudacyjne przestępstwa. Zginęło tamże wogóle 35 osób, a krew ich została świadkiem wyuzdanej wściekłości. Już dzień zajmował miejsce nocy, gdy burzyciele przypomnieli sobie Hankiewicza, radcę stanu za dawnego rządu, osadzonego pod strażą w klasztorze dominikańskim na ulicy Freta. On stał się winnym prześladowania wielu rodaków i byli zbyt czynnym we wszystkich czynnościach sądowych przeciw obwinionym od władzy. Nikt pewnie bronić nie zechce charakteru tego człowieka. Ale komitet śledczy nie znalazł go do tego stopnia winnym, by go pod sąd oddano. Wywleczony ze swego przytrzymania, pokaleczony jak inni, powieszonym został nareszcie. Tej egzekucji był żywym świadkiem Lelewel, bo zaszła ona w bliskości jego mieszkania. Prochownia dostarczyła jeszcze trzech ludzi, na których się wściekłość sprawców tej nocy wywarła. Był między nimi Frindler i Birnbaum, dwa ramiona dawnej policji. Długo wisiały trupy pomordowanych przez ranek dnia 16, nim je przez kata ściągnięto i uwolniono miasto od zgrozy.

Wśród nocy szukano cukiernika Lessla, którego miano w podejrzeniu, lecz ten się rychlej ze swojego mieszkania uchronił. Tu Krukowiecki pokazał pozorny przykład sprawiedliwości. Bo gdy tłum ludzi rożnego rodzaju, szukając Lessla, przetrząsał dom jego, jeden z saperów z płochości czyli też z łakomstwa pochwycił za sprzęt domowy i chciał go sobie przywłaszczyć, ale ujęty natychmiast, został rozstrzelanym na rozkaz nowomianowanego gubernatora.


Upadek powstania i przejście armji polskiej do Prus.

(Napoleon Sierawski, Pamiętniki, str. 212 itd.).

8 września złożono radę wojenną na Pradze pod przewodnictwem generała Małachowskiego. Tu podpisano kapitulację Warszawy, wydano Pragę Rosjanom, pod warunkiem czasowego zawieszenia broni. Rosjanie zajęli Pragę w południe i zaraz złamali warunki przez się podpisane. Wzbronili wywozu reszty potrzeb wojennych i zasobów do Modlina, oraz połączenia się głównych naszych posterunków z główna armją.

W Modlinie nastąpiła druga rada wojenna 10 września, na niej Małachowski stanowczo odmówił dalszego nad wojskiem dowództwa, mówiąc: „Generale, który podpisał kapitulację Warszawy, nie może rozkazywać wojsku Polskiemu”. Generał Bem również dowództwa nie przyjął, wówczas prezes rządu Niemojewski mianował wodzem generała Rybińskiego.

Rząd i sejm zebrał się w Zakroczymiu o pól mili od Modlina. Izba sejmowa liczyła jeszcze kilkudziesięciu członków, posiedzenia odbywały się w miejscowym kościele. W uwiezionym skarbie było z góra siedm miljonów w monecie. Zliczone wojska okazywały 25.000 piechoty, 6.000 jazdy, armat 95, z amunicją dostateczną. Z korpusem Ramoriny, którego nadejścia co chwila się spodziewano, wojsko polskie dochodziło do 52.000 żołnierza, prócz garnizonu Zamościa i oddziału Różyckiego w Krakowskiem województwie. Co do Rosjan, drogo okupili wzięcie Warszawy - ubyłych z szeregu, zabitych i rannych było przeszło 17.000, oficerów do 500. Poległo generałów dwóch, dziewięciu pułkowników, ośmiu generałów i dwunastu pułkowników było mocno rannych.

Narady w tem rozpaczliwem położeniu do niczego nie doprowadziły. Jedni chcieli napowrót zdobywać Warszawę, inni radzili iść na Litwę, inni znów rozdzielić wojsko i rzucić się na wojnę partyzancką.

Wszystkim tym zamiarom stanął na przeszkodzie, zupełny upadek ducha w wojsku, któremu w tylu krwawych starciach wybito najodważniejszych i najdzielniejszych oficerów - młodzież już ich zastąpić nie mogła. Uprząż, też w pociągach artylerji była w najgorszym stanie, w jeździe konie schudzone i słabe, żołnierz w obozach i marszach zdarł mundury i obuwie.

Na domiar złego nie zdążono uprowadzić z Warszawy do 20.000 par trzewików, tyleż płaszczy i kilkadziesiąt tysięcy koszul żołnierskich, a to już była połowa września i noce zimne. Żywność wprawdzie była dostateczna, bośmy ją z korpusem Łubieńskiego z okolicy przysposobili, ale ta w miejscu, tylko jakiś czas służyć mogła, uwozić ją było niepodobieństwem.

Zebrany Rząd i Sejm w Zakroczymiu, piętnaście dni wyczekiwał dyplomatycznych interwencyj obcych gabinetów, a głównie francuskiego, którą minister Sebastiani przyrzekł, ale i to zawiodło. Mocarstwa milczały. W naszym korpusie rady wojenne następowały jedne po drugich, większość zgadzała się na udanie się pod Płock, według manifestu cesarskiego, i na wysałanie deputacji do Petersburga z zupełną submisją. Inni wołali za przedłużeniem wojny. Niezgoda zapanowała w obozie. Była chwila, że zapaleńcy chcieli w nim powtórzyć rzeź i noc 15 sierpnia.

Rosjanie tymczasem zewsząd nas otaczali i przecinali drogi - cofaliśmy się groźnie. Nieprzyjaciel zdawał się nas popychać jedynie. Tak minęliśmy Włocławek, a 29 września Lipno. W Świedziebnie za Rypinem dnia 3 października ostatnia rada wojenna naszej starszyzny postanowiła, że dalszy opór jest niemożebny.

Rozkaz dzienny generała Rybińskiego uwiadomił wojska, że przechodzimy granicę pruską. Dzień 4 października zeszedł na porozumieniu się z wojskowemi władzami pruskiemi, które tak pewne były tej ostateczności, że już nas na granicy oczekiwały. Przyparci do słupów granicznych, widzieliśmy na drugiej ich stronie obozy pruskie, mianowicie liczną piechotę i dwa pułki kirasjerów. Z przeciwległej, czerniały na odległość dwóch strzałów armatnich długie linje wojsk rosyjskich.

Przed północą z dnia 4 na 5 owego miesiąca utworzyła się zmowa między kilkunastu oficerami naszej jazdy, do której i ja należałem, a to na, wniosek księcia Sanguszki czy Sapiehy, bo nie pamiętam, adjutanta w głównym sztabie.

Żądał on, abyśmy zebrali po pułkach dwieście lub więcej ochotników na najlepszych koniach, natychmiast nocą obeszli posterunki pruskie, rzucili się w Prusy, forsownymi marszami zgodnie lub siłą usiłowali przedzierać się przez ten kraj i złożyć broń dopiero na ziemi francuskiej. Popierał tyle śmiały swój plan, wyznaczoną drogą na mapie, jaką rozwinął. Rzucił przed nami odpięty trzos, poręczając, że zawiera parę tysięcy dukatów w złocie. Zgadzano się jednomyślnie. Podaliśmy sobie ręce i rozbiegliśmy się namawiać ochotników. Ale projekt upadł.

Nazajutrz, dnia 5 października, równo ze świtem zagrzmiały w naszych obozach trąbki głoszące pobudkę. Mieliśmy ją usłyszeć raz ostatni. Zaczęło się wojsko ruszać. Ze zbliżającą się chwilą tego wielkiego aktu, umysły nasze uginały się pod jakiemś odrętwieniem przygniecione. Rzucić kraj rodzinny, broń ukochaną, te wierne konie, które nas do zwycięstw poprzednich niosły, iść daleko w niewiadomą przyszłość... Te to uczucia miotały nami po kolei. Około 10 godziny rannej uderzono w bębny, u nas rozkazano wsiąść na koń, Prusacy też na drugiej stronie stali już pod bronią, wyciągnięci w szyku bojowym. Jak zapowiedzieliśmy, w plutonowym pułkowym marszu, bez dobycia pałaszy, bez żadnego odgłosu muzyki, pierwsi przeszliśmy ten wąski pas graniczny. Przyjął nas zaraz generał pruski z eskortą huzarów i prosił pułkownika, by pułk rozwinął się frontem do granicy Królestwa. Manewr ten uskuteczniliśmy w całym pędzie koni i z wzorową precyzją. Generał przejechał pułk po całym jego froncie, salutował wszystkich oficerów - myśmy stali niemi, z zaciśniętemi zębami. Przejście granicy innych pułków trwało dwie godziny i po jego ukończeniu, zasłonili Prusacy ścianę od Królestwa. Nam się zdało, że jakaś czarna zasłona nam na oczy spadła. Rosjanie też w 20.000 wojska podstąpiwszy, szeroko linje graniczną z drugiej strony zajęli.

Zaledwie godzina upłynęła, generał pruski z swym sztabem i naszymi dowódcami wojsko objechał. Rozkazano nam zsiąść z koni. Zielonka (dowódca pułku) żebrał oficerów, mówił i prosił, abyśmy tę klęskę z wytrwałością przyjęli. Wezwał, aby w szeregach spokojność i powaga zachowana była! Prosił jeszcze, abyśmy w przyszłości w braterskiem a ścisłem pożyciu, honor pułku i pamięć jego zachowali. Zawiadomił, że według ułożonej konwencji, oficerowie broń swoją i konie zatrzymują. żołnierze mają tylko mantelzaki od siodeł odpiąć, życzył sobie, aby zachowali na wieczną pamiątkę orły polskie, kaszkiety ich zdobiące.

Spłakaliśmy się rzewnemi łzami, i dziś po pięćdziesięciu latach ubiegłych nie wstydzę się, że pod wspomnieniem tego dnia i godziny, gorzka łza zwilża me oczy. Poświęcam ją pamięci mych dawnych towarzyszy broni, których przeżyłem wszystkich!

Nastąpiła ostateczna chwila. Spieszona część jazdy pruskiej przystąpiła i po kilkudziesięciu stanęła przed szwadronami, by nam konie i broń odebrać. Stali nasi żołnierze bez tchu i mowy, bez myśli i nieruchomi. Nareszcie należało wypowiedzieć ostatnie to słowo: „Odpinać pałasze!... zdejmować karabinki”... Szmer głuchy dał się słyszeć po szeregach, minęło kilka minut pod tem wahaniem się wiarusów. Prusacy nadbiegli, nareszcie zaczęto się rozbrajać. Żołnierze powoli odpinali pałasze, całowali je, do piersi tulili, potem pod nogi rzucali je Prusakom. Kilka wystrzałów dało się słyszeć, zmieszali się Prusacy, dopadamy - to kilku naszych swe konie za-strzeliło!...

Wolno szło to rozbrajanie. Zdawało się, że ta straszna chwila się nie skończy, ale i to nastąpiło. Rozkazano żołnierzom w tył od koni odstąpić. Kiedy się zobaczyli bez koni, bez broni, z mantelzakami na plecach, jeden ich jęk wybuchnął. Z wzorowego tego pułku tyle mężnego, zrobiła się garstka do dziadów podobna. Co do mnie, z tego wzruszenia nerwowego porwała mnie na miejscu straszliwa febra, która mnie potem pięć kwartałów męczyła.

Godziny jeszcze upływały. Nakoniec otoczeni wojskiem pruskim poszliśmy, niedaleko też było miasteczko Brodnica, które sobie Niemcy Strasburgiem przezwali. Wpędzono nas jak trzodę w jakieś kolano rzeki Drwęcy, na grunt błotnisty, zamknięty z frontu wojskiem pruskiem.

Resztę dnia i noc następną spędziliśmy bez ognisk i pożywienia, bo nikt o niem nie pomyślał. Nade dniem wypłacono wojsku całomiesięczny żołd. Cicho było w tym tłumie, jakby wszyscy wymarli. Gdy się rozwidniło, mieszczanie niemieccy z Brodnicy przywieźli nam nieco żywności, za którą kazali sobie drogo zapłacić. Ludność polska miasteczka rozdawała ją darmo. Dowódcy nasi dopominali się u generała pruskiego i przybyłego landrata żywności i furażów, obiecując zapłatę. Dostarczono takowe, ale w małej ilości, tak dalece, że głód prawdziwy był u nas. Pod pozorem kwarantanny pięć dni i tyleż nocy trzymano nas w tem niezdrowem miejscu. Nareszcie ruszyły się partjami nasze kolumny pod eskortą wojska pruskiego. Poszliśmy ku Gdańskowi.