16 - Budowa państwa polskiego

Z Wiki Kielakowie.pl
Przejdź do nawigacjiPrzejdź do wyszukiwania
Teksty źródłowe do nauki historji w szkole średniej
z zachowaniem pisowni i słownictwa oryginału.
Zeszyt 16

Kraków 1923 rok

Nakładem Krakowskiej Spółki Wydawniczej
Druk W. Ł. Anczyca i Spółki w Krakowie.

W świetle źródeł przedstawił
dr Roman Grodecki
profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego

Przyjęcie cywilizacji zachodniej.

Pierwszy występ Polski na arenie dziejowej.

(„Dzieje saskie” Widukinda, Monit. polski hist. I, 140 - 142)
(Hrabia Wichman, zbuntowawszy się z powodów osobisto - majątkowych przeciw Ottonowi I oraz księciu saskiemu Hermanowi, łączył się przeciwko nam z coraz to innym ich wrogiem. Zbiegał też do pogańskich Słowian. Urządzono nań parę wypraw; wreszcie na skutek wstawiennictwa margrabiego Gerona i danej przez niego rękojmi, nastąpiła zgoda, a Wichman usiadł przy Geronie. Wtedy ponownie na jaw wyszły jego zdradzieckie knowania z Danją. Hrabia zatem Gero pomny przysięgi, gdy się dowodnie przekonał o winie zarzucanej Wichmanowi, wydał go poganom, od których go przedtem wydostał. Przyjęty przez nich ochotnie, poraził Wichman w wielu walkach pogan dalej rozsiedlonych. Dwukrotnie pobił króla Mieszka, któremu podlegali Słowianie, zwani Licikawiki[1], brata jego zabił i pobrał odeń łup ogromny....

Przyciśnięty rozlicznemi niepowodzeniami udał się Wichman ponownie na wschód do pogan i ułożył się ze Słowianami, którzy zwią się Wolinianami, w jaki sposób mają niepokoić Mieszka, przyjaciela cesarskiego, ów zaś będąc o tem dobrze powiadomiony, posłał do Bolesława, króla czeskiego - był bowiem jego zięciem - i otrzymał dwa szyki jeźdźców na pomoc. Gdy zaś przeciw niemu Wichman wyprowadził swe wojsko, wysłał na niego Mieszko najpierw pieszych, ci zaś z rozkazu księcia (Mieszka) powoli zaczęli przed Wichmanem ustępować i wywabili go w ten sposób opodal od obozu, a gdy go z tyłu okrążyła konnica, umownym znakiem nakazał Mieszko cofającej się piechocie ponowne uderzenie na wroga. Skoro w ten sposób z tyłu i z przodu naciśnieto na Wichmana, musiał tenże rzucić się do ucieczki. Sprzymierzeńcy zarzucali mu winę, ponieważ on ich do walki nakłonił, mając nadzieję zbiec w razie konieczności łatwo na koniu. Zmuszony tedy przez nich, zsiadł z konia i pieszo z towarzyszami brał udział w walce, dzielnie broniąc się tego dnia, chroniony zbroją. Głodny i po długiej drodze, którą odbywał całą noc w ciężkiej zbroi, rano wszedł już znużony z kilku zaledwie towarzyszami do jakiegoś domostwa. Skoro zaś go tam odnaleźli przedniejsi z pośród wrogów, po zbroi go poznali, ponieważ był mężem okazałej postawy, a zapytany przez nich kim jest, wyznał otwarcie, że jest Wichmanem. Wówczas wezwali go do zdjęcia zbroi, następnie słowem mu to zaręczyli, że go żywego stawią przed swego władcę i to u niego będą się starali uzyskać, by go nietkniętego oddał cesarzowi. Wichman jednakże, choć tak ostateczną przyciśnięty koniecznością, ale pomny prastarej szlachetności rodu i swego męstwa, wzdrygnął się przed podaniem ręki takim przeciwnikom. Zażądał tedy, żeby zawiadomili Mieszka, że jemu chce oddać broń i jemu podać ręce. Gdy zaś owi podążyli do Mieszka, otoczył go nieprzeliczony tłum, zaciekle nań napierając. On zaś, jakkolwiek zmęczony, wielu z nich położył trupem, wreszcie wzniósł miecz i oddał go znakomitszemu z pośród wrogów z temi słowy: „Weź ten miecz i odnieś go panu swemu, ażeby go przyjął jako znak zwycięstwa i ażeby go przesłali przyjacielowi swemu, cesarzowi, który będzie wiedział, czy ma się chełpić śmiercią moją jako wroga, czy raczej opłakiwać mnie, jako krewniaka”. A to powiedziawszy zwrócił się ku wschodowi, o ile mu na to siły pozwalały, pomodlił się w ojczystym języku do Boga i duszę złamaną tylu nieszczęściami i klęskami polecił miłosierdziu Stwórcy. Taki był koniec Wichmana i taki wszystkich niemal, którzy przeciw cesarzowi oręż podnieśli.

  1. ”Licikawiki” - nazwa ta dotychczas nie jest jasną. Dopatrywano się w niej Lechitów, Łęczycan, wreszcie Lutyków. Brückner widzi w niej zepsutą nazwę Leszkowiców, jako dynastji, wywodzącej się pod Leszka, której naczelnikiem był Mieszko I. Oprócz Polski miał widocznie Mieszko pod swą władzą jakiś lud z pośród zachodnich Słowian.

Przyjęcie chrztu przez Polskę (rok 955 - 966)

(Kronika Thietmara, biskupa merseburskiego, księga IV, Mon. pol. hist. I, 261)
... Chcę dokończyć opowiadania o sławnym księciu Polaków, Mieszku. Pojął on za żnę szlachetną niewiastę z kraju czeskiego, siostrę księcia Bolesława, która prawdziwie taka się okazała, jak brzmiało jej imię: nazywano ją bowiem po słowiańsku Dobrawa, co w niemieckim języku oznacza „dobrą”. Wierna ta bowiem Chrystusowi niewiasta, gdy zobaczyła, że mąż jej nurza się w rozlicznych błędach pogaństwa, rozważała to troskliwie w głębi duszy, jakby go z sobą zjednoczyć w wierze. Wszelkimi sposobami starała go sobie zjednywać, nietyle wiedziona pragnieniami związanymi z tym marnym doczesnym światem, jak raczej z myślą o przyszłej, chwalebnej i przez wszystkich wiernych nad wszystko upragnionej nagrodzie. Do czasu dobrowolnie czyniła źle, by móc później długo działać dobrze. Albowiem w pierwszym wielkim poście, jaki nastąpił po zawarciu podmienionego małżeństwa, choć pragnęła złożyć od siebie miłą Bogu dziesięcinę przez wstrzymanie się od jedzenia mięsa i przez udręczenie ciała, jednakże słodką obietnicą skłoniona została przez swego męża złamania przyrzeczenia. W tym zaś celu na to się ona zgodziła, by innym razem mogła być od niego chętniej wysłuchaną. Niektórzy mówili, że tylko w jednym wielkim poście pożywała mięso, inni zaś, że we trzech.

Oto usłyszałeś czytelniku o jej grzechu, a teraz zważ wspaniały owoc jej pobożnej intencji! Pracowała bowiem nad nawróceniem się męża swego i wysłuchał ją łaskawy Stwórca, przez którego nieskończoną dobroć opamiętał się gorliwy dotychczas Jego prześladowca i na częste wezwania ukochanej żony wyzionął z siebie jad pogaństwa i w świętym chrzcie obmył przyrodzoną zmazę grzechu pierworodnego. A następnie za głową swoją, tj. kochanym władcą, poszły członki dotąd ułomne, tj. lud, a wdziawszy szatę godową zaliczeni zostali między innych Chrystusa wyznawców. Pierwszy ich biskup, Jordan, wiele się nad nim i napocił, zanim ich zbożnem słowem i czynem doprowadził do winnicy Pańskiej. Wówczas wspólnej radości oddali się prawi małżonkowie, tj. wspomniany wyżej mąż i szlachetna niewiasta, a cała podległa im rzesza cieszyła się, że się poślubili w Chrystusie. Potem porodziła dobra matka syna (Chrobrego), całkiem od siebie wyrodnego i zgubę wielu rodzicielek, którego nazwała imieniem brata swego, Bolesława[1] ...

Lecz gdy matka jego umarła, ojciec pojął za żonę, bez przyzwolenie kanonicznego, pewną mniszkę z klasztoru, zwanego Calva, córkę margrabiego Teodoryka. Oda było jej imię i wielkie było jej zuchwalstwo! Wzgardziła bowiem niebiańskim oblubieńcem, przekładając nad niego męża zbrojnego, co wszystkim naczelnikom Kościoła, a najwięcej biskupowi jej, czcigodnemu Hilliwardowi, nie podobało się zupełnie. Jednak dla dobra ojczyzny i umocnienia niezbędnego pokoju nie doprowadziło to do rozłamu, lecz stało się zbawiennym środkiem trwałego pojednania. Albowiem przez nią wzmagała się wszędzie służba Boża, mnóstwo jeńców wróciło do ojczyzny, więźniom rozluźniono łańcuchy, zbrodniarzom otwarto więzienia, to też jak mam nadzieję, odpuścił jej Bóg wielkość dokonanego występku, skoro w niej ujrzał tyle zamiłowania pobożności. Urodziła ona mężowi swemu trzech synów: Mieszka, Świętopełka i Lamberta i żyła tamże w wielkiej czci, aż do śmierci męża, lubiana przez tych, do których przybyła, a pożyteczna dla tych, z pośród których wyszła.

  1. Od tej pierwszej wzmianki o Bolesławie Chrobrym znać wyraźną niechęć, spotęgowaną następnie nieraz do nienawiści, u jego kronikarza, który będąc czułym na punkcie interesów narodu partjotą niemieckim, przerażony był znakomitymi wynikami polityki Bolesława Chrobrego wobec Niemiec, a uznając wcale szczerze wielkość i potęgę naszego króla, wyładowywał całą swą złość na charakterystyce Bolesława Chrobrego.

Poddanie Polski papiestwu i najstarsze granice państwowe. (ok. 990)

(Kardynała Deusdedita: „Collectio canonum, r. 1080. - Ptaśnik: „Dagome iudex”, Kraków, 1911r.)
W innym dokumencie pod papieżem Janem XV-tym wyczytać można, że Dagome sędzia i Ote senatorka i synowie ich Mieszko i Lambert, - nie wiem jakiego rodu ludzie, sądzę zaś, że byli Sardyńczykami (!), ponieważ ci rządzeni są przez 4-ech sędziów, - nadali św. Piotrowi jedno miasto w całości, które się nazywa Schinesghe (!), ze wszystkimi swemi przynależnościami w tych granicach, jak się zaczyna z pierwszego boku wielkie morze, granicą Prus, aż do miejsca które się nazywa Ruś, i granicami Rusi rozciąga się aż do Krakowa, a od tegoż Krakowa aż do rzeki Odry wprost do miejsca, które się nazywa Alemure, a od tejże Alemury, aż do ziemi Mileze prosto do Odry aż do wspomnianego miasta Schinesghe.

Uwaga: Jest to regest, czyli streszczenie aktu, mocą którego Polska została w podanych tu granicach oddaną Stolicy Apostolskiej. Akt ten, z powodu swej niejasności, rozmaicie jest przez badaczy tłumaczony. Najpowszechniej przyjęty jest pogląd, że na podstawie tego aktu zadzierzgnięty został stosunek Polski do papiestwa, którego wyrazem było placencie(?) przez Polskę świętopietrza w zamian za opiekę. Zgoda powszechna jest na to, że Dagome jest to Mieszko I (prawdopodobnie to drugie jego imię, w szczególności normańskie Dagon), zaś Ote - imię jego drugiej żony Ody, Schinesghe zapewnie Gniezno (dawniej niektórzy uczeni dopatrywali się w tej nazwie Szczecin). Nazwy :Prusy, Ruś, Kraków, Odra i Milsko (Mileze) są niewątpliwe; natomiast Alemure nie jest jasnem, najprawdopodobniej oznacza Ołomuniec. Tytuły: sędzia i senatorka nie zostały należycie wyświetlone.

Zjazd z roku 1000 i koronacja gnieźnieńska.

Kronika Thietmara. Księga IV, paragraf 28, Mon. Pol. Hist. I, str. 259)
... Następnie cesarz (Otto III) na wieść o cudach, jakie Bóg działał przez miłego sobie męczennika Wojciecha, pośpieszył tamże celem pomodlenia się przy jego grobie. A gdy przybył do Ratysbony, przyjęty został z niezmierna okazałością przez tamtejszego biskupa Gebharda, przyczem towarzyszyli mu Ziazio, podówczas patrycjusz[1], oraz Robert oblacjonarjusz[2] z kardynałami. Żaden cesarz nigdy z większą pompą nie opuszczał Rzymu, ani nie wracał doń. Wyszedł naprzeciw niemu Gisyler (arcybiskup magdeburski) a pozyskawszy, choć nie na stałe, jego łaskę, towarzyszył mu w dalszej drodze.

Przybywszy do miasta Zeitz, przyjęty został przez Hugona II, tamtejszej katedry trzeciego biskupa, z okazałością należną imperatorowi. Stamtąd prostą drogą dążąc do miasta Miśni, uroczyście był ta m podejmowany przez czcigodnego biskupa tamtejszego Idziego i margrabiego Ekharda, którego wyróżniał wśród swego otoczenia. Minąwszy granice Milczan, doszedł do ziemi Dziadoszan, gdzie z niezmierną serdecznością wyszedł na powitanie Bolesław, (którego imię tłumaczy się większa sława, nie za zasługi lecz w myśl dawnego zwyczaju), przygotowawszy dla cesarza kwatery w miejscowości zwanej Iława[3]. W jaki zaś sposób był cesarz przez niego wówczas podejmowany i przez jego kraj aż do Gniezna wiedziony, rzecz to nie do uwierzenia i wprost nie da się opowiedzieć. Widząc z daleka miasto upragnione szedł doń pobożnie bosemi stopami, a przyjęty z czcią niezwykłą przez biskupa tamecznego Ungera[4], wprowadzony został do kościoła, błagając zlany łzami wstawiennictwa świętego męczennika dla pozyskania sobie łaski Chrystusowej. I niezwłocznie ustanowił tam arcybiskupstwo, jak sądzę prawnie, jednakże bez zgody podmienionego biskupa (Ungera), do którego diecezji należała cała ta okolica. Archidiecezję tę powierzył bratu wspomnianego męczennika, Radymowi, poddając mu Rajberna, biskupa katedry kołobrzeskiej, Poppona krakowskiego, Jana wrocławskiego, wyłączywszy Ungera poznańskiego; a sporządziwszy tamże ołtarz, złożył na nim z niezmierną czcią święte relikwje.

Dokonawszy tego wszystkiego, uczczony został cesarz przez pomienionego księcia ogromnemi darami i - co mu się najbardziej podobało - trzystu żołnierzami pancernemi. Odchodzącego odprowadził Bolesław ze znamienitym orszakiem aż do Magdeburga, gdzie uroczyście obchodzono Święto palmowe (25 marca 1000 r.)

  1. Dostojny tytuł wskrzeszony przez Ottona III; patrycjusz oznaczał zastępcę cesarza w Rzymie.
  2. Godność kościelna.
  3. Ilva, Eilau nad Bobrem.
  4. Unger, zrazu misyjny na całą Polskę biskup, dlatego w Gnieźnie występuje on jako „loci ordinarius”; następnie był tylko biskupem poznańskim.

(Tamże, ks. V, paragraf 6. str. 265 Kronikarz niemiecki, który powyżej we właściwem miejscu zataił istotne polityczne znaczenie zjazdu w Gnieźnie, scharakteryzował je na innem miejscu, pod rokiem 1002, kilku słowami, które mu się w rozżaleniu niebacznie wyrwały)
Tymczasem (rok 1002) Bolesław, syn Mieszka, o wiele nie dorównywający ojcu, cieszył się ze śmierci margrabiego (miśnieńskiego) Ekharda, niebawem też zebrawszy wojsko zajął całą marchję (wschodnią) grafa Gerona, leżącą z tej strony Łaby (Budziszyn, Strjelę, Miśnię, pod pozorem, że czyni to za zgodą Henryka II.) Niemcy uwierzyli fałszywym słowom i niegodnie udawszy się do niego (Bolesława), jakgdyby do swego zwierzchnika, wrodzoną sobie godność poniżyli błaganiem i nienależnym poddaństwem. O, jakże przykro przychodzi porównać naszych przodków i współcześników! Za życia znakomitego Odona (margrabiego) ojciec jego, Mieszko, nigdy nie odważył się wejść ubrany w skórzane szaty do domu, w którym jego obecność przypuszczał i nigdy nie śmiał siedzieć, gdy ów (Odo) powstał. Oby Bóg przebaczył cesarzowi (Ottonowi III), że czynszownika (Bolesława Chrobrego) czyniąc udzielnym panem do tego stopnia go wywyższył, iż zapomniawszy o stanowisku swego ojca, ośmiela się on zawsze dotąd sobie przełożonych powoli zepchnąć w poddaństwo i łowiąc ich na wędkę marnego pieniądza, przyprawiać o utratę wolności i niewolę!


(Kronika tzw. Galla, ks. I, 6)
Autor opowiada o przyjęciu św. Wojciecha w Polsce i męczeństwie jego w Prusiech, poczem na podstawie zaginionego Żywotu św. Wojciecha , być może autorstwa św. Bruna (a więc z przed roku 1009) opowiada co następuje:

Również i to uważamy za godne przekazania pamięci, że za czasów Bolesława Chrobrego, cesarz Otto Rudy (III) przybył do grobu św. Wojciecha dla modlitwy i pojednania z Bogiem, a zarazem dla poznania sławnego Bolesława, jak o tem można dokładniej wyczytać w książce o męczeństwie tego świętego. Bolesław przyjął go tak zaszczytnie i okazale, jak wypadało przyjąć króla, imperatora rzymskiego i tak wielkiego gościa. Albowiem przedziwne wprost cuda przygotował na przybycie cesarza. Najpierw szyki przeróżne rycerstwa, następnie książąt rozstawił, jak chóry, na obszernej równinie. Zważywszy jego chwałę i potęgę i bogactwa cesarz rzymski zawołał w podziwie: „Na koronę mego cesarstwa, to, co widzę, większe jest niż wieści niosły”. I za radą swych magnatów dodał wobec wszystkich: „Nie uchodzi to, by takiego i tak wielkiego męża księciem nazywać lub komesem, jakby jednego spośród dostojników, lecz wypada chlubnie wynieść go na tron królewski i wywyższyć koroną”. I zdjąwszy z głowy swój djadem cesarski, włożył go na głowę Bolesława na przymierze przyjaźni i za chorągiew triumfalną dał mu w darze gwóźdź z krzyża Pańskiego z włócznią św. Maurycego, za co wzamian ofiarował mu Bolesław ramię św. Wojciecha. I tak wielką owego dnia złączyli się miłością, że cesarz mianował go bratem i współpracownikiem cesarstwa i nazwał go przyjacielem i sprzymierzeńcem narodu rzymskiego. Ponadto też odstąpił jego władzy i jego dostojników wszystko to, co w zakresie zaszczytów kościelnych należało do cesarstwa w królestwie polskim, a także w innych podbitych już przez Bolesława krajach barbarzyńców oraz w tych, które podbije w przyszłości. Układ ten zatwierdził papież Sylwester przywilejem św. Rzymskiego Kościoła.

List św. Bruna do cesarza Henryka II, zwanego Świętym (1007/1008 rok)

(Mon. Pol. hist. I, 223 - 228)
Św. Bruno, osobisty przyjaciel Ottona III i Bolesława Chrobrego, dziękuje za troskę o swój los „pobożnemu synowi Kościoła, królowi Henrykowi” - jak go nazywa, - a wspominając o swym pobycie na Węgrzech, opisuje swą misję śród pogańskich sąsiadów Polski. List ten jest zarazem próbą interwencji politycznej na korzyść Bolesława Chrobrego i Polski.

... Z pewnością dni i miesiące, które bezpożytecznie przesiedzieliśmy na Węgrzech, złożyły się na pełny rok, poczem opuściwszy Węgrów, wyruszyliśmy w drogę do Pieczyngów, najokrutniejszych z wszystkich pogan.
Władca Rusów, Włodzimierz Wielki, potężny wielkością państwa i bogactwami, a zatrzymując wbrew mej woli, jako człowieka, który niby-to dobrowolnie idzie na zgubę, wiele się natrudził nakłanianiem mnie, abym nie szedł to tak barbarzyńskiego ludu, gdzie czeka mnie nie połów dusz, lecz jedynie śmierć i to jeszcze jak najszpetniejsza. Gdy mnie jednak odwieść od zamiaru nie mógł, a nadto gdy go widzenie senne o mnie niegodnym od perswazji odstraszyło, odprowadził mnie sam we własnej osobie wraz z wojskiem przez dwa dni aż po ostatni kraniec swego państwa, ubezpieczony na bardzo długiej przestrzeni nader silnym ogrodzeniem ze względu na zapędzającego się tu wroga. Zeskoczył z konia na ziemię, ja z towarzyszami szedłem przodem, on z co przedniejszymi za nami i tak wyszliśmy z bramy. On stanął na jednym, my na drugim pagórku. Niosłem krzyż Chrystusowy, objąwszy go oburącz, śpiewając wzniosłą pieśń: „Piotrze, czy miłujesz mnie? Pas owieczki moje!”. Po skończeniu responsorium przysłał monarcha jednego z możnych z temi słowy: „Doprowadziłem cię, gdzie kończy się moja ziemia, a zaczyna nieprzyjacielska. Na Boga cię zaklinam byś nie gubił młodego życia ku sromocie mojej! Jestem pewien, że jutro ze świtem bez pożytku i bez powodu zakosztujesz gorzkiej śmierci!”. Odpowiedziałem na to: „Oby ci Bóg otworzył tak samo raj, jak ty mi otworzyłeś drogę do pogan!”.

Cóż dalej? Bez przeszkód szliśmy przez dwa dni; trzeciego dnia - a był to piątek - po trzykroć: rano, w południe i wieczorem byliśmy wszyscy ze zgiętymi karkami wiedzieni na zabicie i tyleż razy uszliśmy cało za cudownym zrządzeniem Boga i przewodnika naszego św. Piotra z rąk zabiegających nam drogę wrogów. W niedzielę przybyliśmy do liczniejszego ludu, lecz zostawiono nam tylko tyle czasu do życia, aż się zbierze na wiec cały lud, zwołany przez rozesłanych gońców, aż wieczorem w następną niedzielę wezwano nas na wiec. Biczowano nas i konie, otaczał nas ze wszech stron tłum, patrząc na nas krwi żądnemi oczyma i wznosząc straszliwy krzyk. Tysiącem siekier i tysiącem mieczy wymachując nad naszemi karkami, odgrażali się, ze nas na drobne kawałki porąbią. Dręczono nas aż do nocy, ciągnąc na wsze strony, aż nas z ich rąk wyrwali ich przywódcy, a jako rozumni ludzie wysłuchawszy mego tłumaczenia zrozumieli, że w dobrych zamiarach wkroczyliśmy na ich ziemię. Za niezbadanym zrządzeniem Bożem i św. Piotra spędziliśmy 5 miesięcy pośród tego ludu, obeszliśmy trzy części tego kraju, a z czwartej, do której nie dotarliśmy, przybyli do nas wysłańcy od starszyzny. Pozyskawszy około 30 dusz dla chrześcijaństwa doprowadziliśmy do skutku, za wskazówka palca Bożego, pokój, czego - jak oni sami przyświadczali - nikt inny prócz nas nie mógł uczynić. „Ten pokój - powiadali - przez ciebie został zawarty. Jeśli będzie trwały, jak to zapewniasz, to z chęcią wszyscy staniemy się chrześcijanami. Jeżeli ów władca Rusów zachwieje się w przyrzeczonej wierności, oddamy się w zupełności tylko wojnie, nie zaś chrześcijaństwu!”. Z tego powodu udałem się do monarchy Rusów, który okazując dbałość o chwałę Bożą, dal syna jako zakładnika. Konsekrowaliśmy jednego z naszych towarzyszy na biskupa, a ów Włodzimierz Wielki wraz z synem swoim wysłał go do środka ich kraju. I tak ku większej sławie i chwale Boga-Zbawiciela zaszczepione zostało prawo chrześcijańskie wśród najgorszego i najokrutniejszego ludu ze wszystkich pogan, jacy tylko są na ziemi.
Ja zaś obecnie kieruję się ku Prusom...
Jeśliby też kto to mówił, że dla tutejszego władcy (Bolesława Chrobrego) nader wiele wierności żywię i przyjaźni, to jest to prawdą: zaiste miłuję go, jak duszę własną i więcej niż życie moje, lecz Boga Wszechmocnego, któremu nic nie jest tajne, mam za świadka, że miłuję go nie przeciw łasce waszej, królu! Bo ile tylko mogę, pragnę go ku wam skłonić. Niech mi to będzie wolno powiedzieć bez utraty łaski waszej królewskiej: czy godzi się prześladować chrześcijanina (Bolesława Chrobrego), a przyjaźń utrzymywać z pogańskim ludem (Lutyków)? Jakaż może być zgoda Chrystusa z Beljalem? Jakież podobieństwo światła z ciemnością? Jakże mogą się łączyć diabelski Swarożyc i wódz święty nasz i wasz, św. Maurycy? W jaki sposób mogą iść z sobą zgodnie święta włócznia i nasiąknięte krwią ludzką sztandary djabelskie? Czy nie uważasz tego za grzech, o królu, gdy głowy chrześcijańskie, czego nie godzi się wprost mówić, chylą się pod chorągwią djabelską? Czy nie byłoby lepiej pozyskać wierność takiego człowieka (Bolesława Chrobrego), za którego pomocą i radą mógłbyś i trybut otrzymać od tego pogańskiego ludu i przywieść go do świętości i chrześcijaństwa? O! Jakżebym pragnął nie wroga, lecz wiernego sojusznika mieć we władcy, o którym mówię, mianowicie Bolesławie! Zapewne odpowiesz: pragnę tego.

A zatem czyń miłosierdzie, a porzuć okrucieństwo; jeżeli chcesz pozyskać jego wierność, przestań go prześladować, jeżeli w nim chcesz mieć swego rycerza, spraw, by się cieszył w Panu. Strzeż się, o królu, skoro wszystko chcesz dokonać potęgą, a nigdy miłosierdziem, które jest miłe samemu Bogu, bu przypadkiem nie obraził się Jezus, który cię obecnie wspiera. Ale nie chcę sprzeciwiać się królowi; niech się stanie, jak chce Bóg i jak Ty chcesz. Czyż jednak nie lepiej walczyć z poganami ku pożytkowi chrześcijaństwa, niż na chrześcijan oręż podnosić dla samej tylko chwały doczesnej? Zapewne: człowiek sobie układa, a Bóg wszystkim kieruje. Czyż nie z poganami wkroczyłeś, o królu, do tego kraju ze wszystkiemi siłami swego królestwa[1]? i cóż się okazało, czyż św. Piotr, którego czynszownikiem się mieni, i św. Wojciech nie osłonili do (Bolesława Chrobrego) przed tobą? Gdyby go nie chcieli wspierać, to przecież nie spoczywałoby w jego ziemi pięciu świętych zabitych męczenników, którzy krew swoją rozlali i za Bożym zrządzeniem losu działają cuda w jego kraju[2]. Panie mój, nie jesteś miękkim królem, coby szkodziło, lecz sprawiedliwym i surowym władcą, co się podoba. Jeślibyś jeszcze był nadto miłosiernym, a nie zawsze tylko z samą potęgą władzy, lecz też litościwie postępował, to lud cały sobie zjednasz i staniesz się powszechnie lubianym. Obaczyłbyś, że łatwiej pozyskać sobie lud dobrodziejstwami niż wojną, że gdy teraz z trzech stron masz wojnę, to wtedy nie miałbyś jej ani z jednej strony. Lecz cóż ja się do tego wtrącam? Wejrzyj w to w swej mądrości sprawiedliwy i dobry królu, niech wejrzą w to również i najdzielniejsi w radzie biskupi, grafowie i książęta. Co się tyczy mojej i Bożej sprawy, dwie tylko powiem uwagi, do których już niczego nie dodam. O dwóch wielkich złach, jakie zagroziły wierze w prawdziwego Boga i św. Piotra wśród srogiego pogaństwa, myśleć musi Kościół. Pierwsze z nich to, że monarcha Bolesław, który z największą ochotą pragnął wesprzeć mnie duchową i materialną pomocą w celu nawracania Prusów i postanowił żadnych pieniędzy na to nie żałować, doznał oto przeszkody z powodu wojny, którą rozumny król wydał mu z konieczności, i już nie ma czasu, ani może pomagać mi w głoszeniu ewangelji. Powtóre, że choć Lutycy są poganami i czczą bałwany, nie natchnął Bóg serce królewskiego do zwalczania takich wrogów chwalebnym bojem za wiarę chrześcijańską, aczkolwiek nakazuje mu (królowi) to ewangelja. Czy nie zasłużyłby sobie król na wielką chwałę i zbawienie, gdyby rozszerzał Kościół św. i wobec Boga pozyskałby sobie miano apostoła wiary, pracując nad ochrzczeniem pogan, a w pokoju zostawując chrześcijańskich władców, którzyby mu w tym dziele pomagali. Lecz w tej sprawie całe zło tkwi w tem, że ani król nie ma ufności do Bolesława, ani tenże do zagniewanego króla. Oto niestety nasze nieszczęśliwe czasy! Po świętym i wielkim cesarzu Konstantynie, po tym najlepszym wzorze religijności, jakim był Karol (Wielki), jest dziś taki, który prześladuje chrześcijańskiego władcę, a nie ma takiego, któryby nawracał pogan. Zważ tedy królu, że jeśli w pokoju zostawisz chrześcijan, by walczyć za wiarę z poganami, tem milej ci będzie na Sądzie Ostatecznym, gdy porzuciwszy wszystko staniesz w obliczu Boga i będziesz mógł wymienić, jak wiele dobrych zdziałałeś czynów. Powinieneś się lękać królu, by żarliwy w wierze człowiek (Bolesław Chrobry), pomny na wyrządzone mu krzywdy nie połączył się z poganami. Tylko nie należy stawiać niemożliwych żądań. Inaczej niż sobie tego królu życzysz, ubezpiecza was ten Bolesław, ponieważ nigdy nie wyprze się on obowiązku, by w dziele zwalczania pogan zawsze wam jaknajgorliwiej pomagać i we wszystkim służyć ochoczo. O, ileż pożytku i korzyści wynikałoby dla obrony chrześcijańskiej wiary i nawracania pogan, gdyby, jak ojciec jego Mieszko ze zmarłym cesarzem, tak samo żył zgodnie syn Bolesław z wami, naszym królem i jedyna nadzieja tego świata.

Cóż więcej? Wierzajcie mi, a świadczę się Chrystusem, że gdziekolwiek mogę, jak najwierniej popieram wasze interesy. Ty zaś królu, ile tylko możesz dać rady, lub pomocy w sprawi nawrócenia Lutyków i Prusów, racz jej nie odmówić, jak to przystoi pobożnemu królowi i nadzieji świata, ponieważ obecnie cały nasz trud chcemy poświęcić nawróceniu twardych serc tych pogan na natchnienie Ducha św. i całą pracę i zapał tej sprawie oddać przy pomocy św. Piotra.
Bądź zdrów królu! Żyj prawdziwie dla Boga, pomny obowiązku pełnienia czynów dobrych, a umrzyj jako starzec pełen cnót i dni!

  1. Mowa o nieudanej wyprawie Henryka II z Lutykami do Polski.
  2. Mowa o pięciu pustelnikach, reguły św. Benedykta, z klasztoru w Międzyrzeczu.

Utwierdzenie niepodległości państwa.

Walki Bolesława Chrobrego z cesarstwem rzymskim.

(Kronika Thietmara, j. w. str. 291 i dalsze)
Podane tu w skróceniu, mimo to wcale obszerne opisy biskupa Thietmara są znakomitem świadectwem wielkości Bolesława Chrobrego, świadectwem złożonym przez zapamiętałego wroga, patrjotę niemieckiego, który patrząc z bliska na wypadki oceniał trafnie ich niebezpieczeństwo dla Niemiec i z trwogę, a jednocześnie z oburzeniem patrzył na sukcesy króla Polski. Szczegóły podawane przez niego pozwalają poznać z jednej strony politykę Henryka II, narodowo-niemiecką, posługującą się bez skrupułów pomocą pogan przeciw władcy chrześcijańskiemu wbrew poglądom epoki (porównaj list św. Bruna), z drugiej strony politykę Bolesława Chrobrego, bezwzględną a zręcznie umiejącą stosować podstęp, intrygę, przekupstwo dla wywołania rozterek wśród obozu niemieckiego, a pomnożenia własnych sojuszników. Techniczna strona wojowania ówczesnego, poglądy i przekonania, rysy kulturalne epoki, stosunki rodzinne w dynastji polskiej itp. znajdują tu wyborne oświetlenie, choć nieraz cierpko i z uprzedzeniem wyraża kronikarz swe zdanie o władcy polskim, to jednak łatwo wydzielić tę jego podmiotowość z jego świadectwa.

Tymczasem (rok 1013) król (Henryk II) opuścił Alstidi (Allstedt), gdzie odprawiał święto Trzech Króli i udzielił posłuchania posłom Bolesława (Chrobrego), proszącym o pokój i przyrzekającym zatwierdzenie go wraz z Mieszkiem jego synem, - poczem przybył do Merseburga. Po upływie kilku dni Mieszko, syn Bolesława, przybywszy z wielkimi darami, zostaje (rycerzem) królewskim i przysięgą utwierdza wierność. Odprawiony stąd z wielkiemi honorami, cieszy się na samą myśl ponownego powrotu. Doszło do uszu królewskich, że krewniak mój Wirinharius z Ekhardem, bratem margrabiego Hermana, udał się bez pozwolenia do Bolesława i tamże wygadywał wiele rzeczy przeciw cesarzowi, a tu częstokroć posłów Bolesławowych tajemnie przyjmował. Wszystko to król z ciężkim przyjmując sercem kazał im obu stawić się przed swoje oblicze. Gdy zaś tego uczynić nie śmieli, podlegli konfiskacie wszystkich sowich majątków i zostali ogłoszeni jako buntownicy przeciw władzy królewskiej.

W wigilję Zielonych Światek 24 maja 1013 roku do Henryka II, bawiącego w Merseburgu przybył Bolesław za poręką zakładników u niego pozostawionych, a przyjęty został jak najlepiej. W dzień świąteczny został rycerzem przez podanie rąk, a po przysiędze towarzyszył królowi, zdążającemu w uroczystym stroju do kościoła jako miecznik. W poniedziałek ujął sobie króla wielkiemi darami złożonemi od siebie i od swojej żony, a następnie z królewskiej szczodrobliwości otrzymał o wiele większe i lepsze dary wraz z długo upragnionym lennem (tj. Miśnią), odesłał więc zakładników wśród objawów szacunku i radości. Potem zaś najechał Ruś, w czem wspomagało go nasze wojsko, a spustoszywszy dużą część tego kraju, gdy się wszczął rozruch między jego żołnierzami i sprzymierzonymi Pieczyngami, kazał tychże, jakkolwiek swoich sojuszników, wszystkich wyzabijać...

(Henryk II udał się po różnych podróżach do Rzymu, pod koniec 1013 roku). Do poparcia tej wyprawy zaproszony poprzednio Bolesław niczem się nie przyczynił i wedle zwyczaju okazał się kłamliwym w solennie składanych obietnicach. Nadto jeszcze poprzednio poskarżył się papieżowi przez posłańca niosącego list, że nie może z powodu czyhających nań zasadzek króla wypłacić czynszu przyrzeczonego księciu apostołów, św. Piotrowi. A potem wysławszy doń (tj. do króla Henryka II) posłów, wywiaduje się przez nich tajemnie, jakie też ma król w tych stronach wpływy i kogo tylko mógł, starał się przez tychże wysłanników od niego odciągnąć. Taka to u niego bojaźń Boża, to on szuka wstawiennictwa świętych, i tak błyszczała niewzruszona wierność tego „sławnego rycerza”, taka troska o najstraszniejszą grozą utwierdzone przysięgi! Uważ czytelniku, co on wśród tylu zbrodni czynił: gdy albo mu się samemu zdało, albo na skutek poufnego upomnienia zauważył, ze już dużo nagrzeszył, kazał wokół siebie rozłożyć kanony, polecając, by w nich szukano, jak te grzechy należy naprawić i wnet pospieszał wedle tych przepisów oczyścić się z popełnionego występku! Ale większe jest jego przyzwyczajenie do niebezpiecznego (dla duszy) grzeszenia, niż wytrwałość w zbawiennej pokucie.

... Bolesław ponownie (r. 1014) wezwany przez cesarza do usprawiedliwienia się, względnie naprawienia nieposłuszeństwa, odmówił stawienia się przed jego oblicze, żądając jednakże, by to się stało przed jego książętami. Lecz zważ czytelniku, jaka m u poprzednio dobrotliwość okazał cesarz!

Pomieniony książę, tysiąca pełen podstępów, wysłał syna swego Mieszka do zwierzchnika Czechów, Udalryka, z wezwaniem, by pomni wzajemnego krewieństwa, pogodzili się z sobą celem stawienie wspólnego odporu wszystkim swym wrogom, a przedewszystkiem cesarzowi. Ów zaś (Udalryk), posłyszawszy od wiarygodnych ludzi, że to wszystko obliczone jest na jego szkodę, pojmał go (Mieszka), zabijając wszystkich co najprzedniejszych z jego współtowarzyszy, a resztę wraz z pochwyconym naczelnikiem (tj. Mieszkiem) uprowadził do Czech, wrzucając do więzienia. Gdy się o tym cesarz zwiedział, posłał tamże bratanka mego Dytrycha, żądając od Udalryka, by mu wydał jego rycerza, a jeśli cokolwiek dba o łaskę królewską, by go pod żadnym warunkiem mnie zabijał. Udalryk zaś taką przysłał cesarzowi odpowiedź: „Za obowiązek swój uważam, byt móc i chcieć rozkazy zwierzchnika mego wykonywać. Oto mnie niegodnego Bóg wyrwał z paszczy lwa i w ręce moje wydał jego szczeniaka, na mnie nasadzonego! Jeśli mu teraz pozwolę wolno odejść, pewnych wrogów będę miał na zawsze w ojcu i synie; jeżeli zaś go zatrzymam, to mam nadzieję uzyskać przez niego pewną korzyść. Wejrzyj, panie mój, w to wszystko, a co tobie się spodoba i na mój pożytek się obróci, to wszystko pokornie wypełnię”. Skoro jednak Dytryk powrócił z tem poselstwem, bezzwłocznie inny poseł został wysłany z powrotem, który miał zażądać odesłania go (tj. Mieszka) i usilnie to Udalrykowi polecić, poręczając w imieniu cesarza uspokojenie wszelkich obaw z tego powodu i zabezpieczenia trwałego pokoju. Wtedy Udalryk chcąc nie chcąc wydał jeńca, zjedynywając sobie tem wielce cesarza. Bolesław zaś, ponad miarę uradowany z oswobodzenia syna, złożył cesarzowi przez posłańców należne podziękowanie, żądając by mu go odesłał sobie na chwałę, wrogom zaś swoim ku boleści, za co obiecał w imieniu obu prawdziwą wdzięczność w przyszłości. Na to cesarz odpowiedział, że to teraz stać się nie może, lecz obiecał mu, że gdy przybędzie do Merseburga (Chrobry), to wtedy za wspólną radą swych książąt życzeniu jego będzie powolny[1]. Gdy to posłyszał Bolesław, źle przyjął tę odpowiedź i ustawicznie w głębi duszy przemyśliwał nad tem, w jakiby sposób syna z powrotem w swe ręce odzyskać, wysyłając częste poselstwa.

Skoro cesarz przybył na umówione miejsce, zapytał o radę wszystkich dostojników, jak ma w tej sprawie postąpić. Pieniądz wziął górę nad radą i, aby to tem milsze było dla Bolesława, wypuścił cesarz Mieszka na jego słowo ze wszystkim co miał, cesarz poprzestał na otrzymanych obietnicach, wzywając Bolesława i jego syna, ażeby pomni na Chrystusa i przysięgę, nie wyrządzali mu więcej szkód ani też nie dopuszczali do oszukiwania jego przyjaciół. Na to słodkie wezwanie odpowiedziano następnie z ich stron czarownem jakoby brzmieniem fletu, czego później bynajmniej czynami nie dopełniono. Bo choć słowność ich mała jest lub żadna, to przecież nam to jeszcze zarzucają, że tam późno z rąk cesarza ówże Mieszko został wypuszczony, choć zaliczano go w poczet rycerzy cesarskich. To im utkwiło na zawsze w duszach i z tej przyczyny wzbraniali się stawić przed obliczem cesarskiem.

(W czerwcu i lipcu 1015 r. po odprawieniu błagalnych modłów do św. Maurycego o zwycięstwo „nad zuchwalstwem wroga Bolesława” wyruszył cesarz Henryk II z wyprawą wojenną Łużyce). Stąd dotarłszy aż nad Odrę do miejsca, które nazywa się Krosno, wysłał cesarz najprzedniejszych z pośród wojska do Mieszka, który tam zaległ z wojskiem, by mu przypomnieli przyrzeczona cesarzowi wierność. Ów im tak odpowiedział: „Przyznaję, że za łaską cesarską wyrwany zostałem z rąk wroga i wam przyrzekłem wierność. Z chęcią bym też jej we wszystkim dotrzymał, gdybym był wolny, teraz jak sami widzicie, poddany jestem władzy mego ojca, a ponieważ on tego zabrania i jego rycerze tu obecni w żaden sposób by czegoś podobnego nie ścierpieli, acz niechętnie muszę tego zaniechać. Ojczyzny mojej, na którą godzicie, o ile tylko będę mógł, pragnę bronić aż do przybycia ojca mego, a wtedy będę starał się skłonić go ku łasce cesarza i waszej miłości”. Co nasi posłyszawszy, powrócili i tę wiadomość przynieśli cesarzowi. Tymczasem książę saski Bernard ze swoimi zwolennikami z pośród biskupów i hrabiów, oraz tłumy barbarzyńskich Lutyków uderzyli na Bolesława od północy, a tego (Mieszka) chroniła zewsząd ubezpieczona Odra.

Cesarz zaś przekroczywszy 3 sierpnia Odrę rozprószył zupełnie stawiające mu opór siły polskie, przyczem z naszych poległ tylko słynny młodzian Odo z pewnym rycerzem hrabiego Guncelina. Liczba zaś poległych po stronie wroga nie mniejsza była jak sześćset, a zdobycz nam pozostawili niesłychaną. Dowiedział się o tem niebawem od spiesznych gońców Bolesław w miejscu, w którem wówczas przebywał, a chociażby chętnie chciał tutaj podążyć, to jednak nie śmiał wkraczającym wrogom (księciu Bernardowi i Lutykom) zostawić drogi otworem[2]. Gdziekolwiek nasi skierowali się na łodziach, spieszył Bolesław ze swymi „na skrzydlatych rumakach[3]”. Ostatecznie nasi rozpiąwszy szybko żagle, płynęli przez cały jeden dzień, a wobec tego, że wrogowie nie byli w stanie tam za nim i nadążyć, osiągnęli bezpiecznie upragniony brzeg, podpalając najbliższe osady. Gdy to zdala książę Bolesław ujrzał, uszedł jak zwykle, czem dodał naszym otuchy wbrew własnej woli, zostawiając możność łupienia. Książę Bernard wycofał się z uczestnictwa w dalszym ciągu wyprawy. Podobnie książę czeski Udalryk i Bawarzy wbrew przyrzeczeniu nie stawili się w obozie cesarskim. Cesarz zaś rozpoczął odwrót. Bolesław posłyszawszy, że cesarz ma zamiar inną drogą wyjść niż przybył, umocnił kraj wzdłuż Odry wszelkimi środkami. Lecz skoro się dowiedział, że cesarz już odszedł, wysłał przodem wielką masę pieszych w stronę, gdzie zatrzymało się nasze wojsko, nakazując im, by jeśli się do tego zdarzy jakąś sposobność, starali się ewentualnie jakiś nasz oddział zniszczyć. Nadto opata swego imieniem Tuni (Antoni) wysłał do cesarza, symulując prośbę o pokój. Ten jednak rozpoznany został jako nasłany przez niego szpieg i zatrzymano go tam tak długo, aż całe wojsko, zbudowawszy poprzedniej nocy mosty, przeprawiło się przez bagna, ciągnące się przed nim. Wtedy dopiero mógł odejść ów mnich z habitu, lecz chytry lis w postępowaniu i dlatego kochany przez swego pana. A cesarz ruszył naprzód powierzając resztę wojsk arcybiskupowi Geronowi, przesławnemu margrabiemu Geronowi i Burhardowi, komesowi pałacowemu, wzywając ich, aby się przezorniej niż zwykle mieli na ostrożności. Wnet potem wrogowie niedaleko w lesie poukrywani wszczęli hałas wielki trzykrotnym okrzykiem i niebawem nasza straż tylna wraz z biegającymi w zamieszaniu strzelcami (łucznikami) została przez nich zaatakowaną. W pierwszym i drugi starciu dzielny im stawili opór i wielu z nich zabili rozproszonych. Gdy jednak niektórzy z naszych rzucili się do ucieczki, pobudzeni tem wrogowie zbijają się w gromady i naszych powtórnie atakując rozpraszają, a rozproszonych pojedynczo tępią strzałami, padającymi z ukrycia. Gero zaś arcybiskup i ranny hrabia Burhard zaledwie zdoławszy ujść, donieśli o tem cesarzowi. Młodzieńczy zaś Ludolf z garścią towarzyszy został pojmany, a hrabiowie Gero i Volkmar z dwustu najdzielniejszymi rycerzami zostali zabici i obdarci ze zbroi; niech Bóg Wszechmocny wejrzy miłosiernie na ich imiona i dusze, a nas, z których winy oni wówczas polegli, pojedna z nimi za przyczyną Chrystusa i łaskawie ustrzeże, byśmy czegoś podobnego więcej nie doznali.

Cesarz jak tylko tę smutną otrzymał wiadomość, chciał powrócić dla zabrania ciał zabitych, lecz wstrzymywany radą wielu zaniechał tego, jakkolwiek niechętnie, i wysłał biskupa Idziego, ażeby ten za pozwoleniem złowrogiego księcia (Bolesława) wyjednał dla nich pogrzeb i uprosił o zwrot ciała margrabiego Gerona. Czcigodny zaś ojciec, ochoczo zgadzając się na wolę cesarza, zawrócił w pospiesznym tempie. A gdy ujrzał żałosną rzeź, zapłakał boleśnie i pomodlił się za nich gorąco, gdy go zdala zobaczyli uganiający się już tylko za łupem zwycięzcy, pierzchli zrazu z obawy przed ewentualną odsieczą, a następnie, gdy bliżej do nich podszedł, pozdrowili go i bez jakiejkolwiek krzywdy pozwolili mu odejść. Od Bolesława, wielce radującego się z naszej klęski, uzyskał on czego żądał, a wracając niezwłocznie pogrzebał ciała towarzyszy z wielkim trudem przy pomocy wrogów. Pogrzeb zaś wspomnianego wyżej margrabiego i jego towarzysza Widreda odłożył aż do Miśni...

Tymczasem cesarz ze swoimi przybył do miasta Strjeli, a mając wiadomość, że Mieszko go ściga z wojskiem, nakazał margrabiemu Hermanowi pospieszyć ku obronie miasta Miśni, sam zaś prostą drogą podążał do Merseburga. Mieszko tedy pouczony przez swego niegodziwego ojca, jak tylko zobaczył, że nasze wojska rozdzielone odeszły i żadnej nie zostawiły za sobą straży, przebył 13 sierpnia o samym świcie Łabę z 7 legjonami pod wspomnianem miastem (Miśnią), polecając części wojsk niszczyć okolicę, reszcie zaś szturmować miasto....

Tymczasem cesarzowa, przybywając w naszych stronach (koło Merseburga), obmyślała obronę ojczyzny z naszymi książętami. Wróg nasz zaś Bolesław[4] żadnej nam podczas tego nie wyrządził szkody, lecz swój (kraj) obwarowywał. A powiadomiony o przygodach cesarza, cieszy się i nadyma pychą.

W pierwszych dniach stycznia 1017 roku odbywał cesarz Henryk II zjazd ze swymi książętami w Allstedt, załatwiając z nimi zatargi wewnętrzno-polityczne i w myśl propozycji Bolesława stanęło też tam zawieszenia broni.

Cesarz tymczasem przybył do Merseburda, wyczekując pewniejszych wiadomości w tej sprawie. A dwóch arcybiskupów z innymi dostojnikami przez 14 dni obozowali nad Muldą, zapraszając przez swych posłów Bolesława, by przybył nad Łabę do pertraktacji długo przez siebie wyczekiwanych. Tenże zaś wtedy przebywał w Żytycy (Zeitz), a wysłuchawszy poselstwa odpowiedział, że w żaden sposób nie może tam przybyć z obawy przed swymi wrogami. Posłowie na to: „a jeśli władcy nasi przybędą nad Czarną Elsterę, jak postąpisz?”. Ów zaś rzecze: „nawet przez ten most nie chcę przechodzić!”. Na taką odpowiedź zawrócili wysłańcy i panom swym opowiedzieli to wszystko. Cesarz zaś święto Oczyszczenia Matki Boskiej (2 luty) obchodził z nami w Merseburgu. Po tym, święcie biskupi i hrabiowie przybyli smutni z powodu lekceważenia, okazanego im przez łudzącego ich Bolesława, i zapalają umysł cesarz do otwartych pertraktacji na polu walki. Radzono tam tedy nad przyszłą wyprawą, wżywając wszystkich wiernych cesarzowi, by się na nią przygotowali. Nadto cesarz bezwzględnie zabronił, by żadnego już od tej chwili nie wysyłano posła do wroga publicznego, ani też nie przyjmowano odeń, przyczem wszczęto śledztwo gorliwe czy dotychczas ktoś nie ważył się to uczynić...

Gdy to się działo, Mieszko, syn Bolesława, wkroczył z 10 legjonami do Czech, które w nieobecności księcia Udalryka, mniejszy niż zwykle stawiały opór i dwa dni je łupił, poczem powróciwszy z nieprzeliczonym tłumem jeńców, napełnił serce ojca swego niezmierna radością. Cesarz zaś z wojskiem własnem, oraz z towarzyszącym i mu tłumnie Czechami i Lutykami, niszcząc wszystko po drodze, przybył 9 sierpnia do miasta Głogowa, gdzie już ich Bolesław ze swymi wojskami wyczekiwał. Zaczepiającego nas przez nasadzonych w ukryciu łuczników wroga zabronił naszym wojskom ścigać. Stąd wysłał przodem 12 legjonów wybranych z ogromnego wojska na gród Niemczę, zwany tak ze względu, że niegdyś przez naszych został zbudowany, które miały za zadanie wyprzedzać posiłki, zdążające na pomoc mieszkańcom grodu. Gdy tylko rozbili obóz, nadeszła wieść o zbliżaniu się wroga. Wśród ciemności nocy i podczas ogromnego deszczu, nie byli w stanie zadać mu klęski, a tylko niektórych odścigawszy zmuszeni byli wbrew woli ścierpieć, jak reszta dostawała się do grodu...

Cesarz zaś po 3 dniach przybył pod ten gród z potężnym wojskiem, otoczywszy go zewsząd swym obozowiskiem i spodziewając się w ten sposób zamknąć wrogowi wszelki dostęp. Mądrą jego rada i dobra pod każdym względem wola wielkiby przyniosły pożytek, gdyby w wykonaniu rozkazów wspierała go życzliwość sojuszników. Tymczasem przez wszystkie placówki i ciszy nocnej przybywały grodowi duże posiłki. Wtedy z naszej strony zarządzono budowę wszelkiego rodzaju przyrządów oblężniczych, lecz niebawem z przeciwnej strony ukazywały się zupełnie podobne. Nigdym nie słyszał o nikim, ktoby z większą wytrwałością i rozmaitszemi sposobami umiał się kiedykolwiek bronić. Ze strony pogan wznoszono krzyż święty i z jego pomocą miano nadzieję ich zwyciężyć. Jeśli im się coś pomyślnego zdarzyło, to nigdy nie wykrzykiwali z radości, ani też przeciwieństwa losu nie zdradzali jakąkolwiek głośniejszą skargą. Nie pominę milczeniem też tego, że inne wojsko Bolesława napadło 15 sierpnia na gród Białogóry, lecz mimo długotrwałych ataków nic dzięki Bogu nie wskórali. Wielka zaś gromada Lutyków, którzy pozostali w domu, napadła na pewien gród pomienionego księcia (Bolesława), lecz straciwszy tam więcej jak stu towarzyszy powrócili z niezmiernym smutkiem...

Tymczasem sporządziwszy wszelkie potrzebne przybory nakazał cesarz po trzytygodniowym już oblężeniu szturm na gród, lecz rychło obaczył, jak to wszystko na jego oczach spłonęło od ognia rzuconego z wałów. Potem i Udalryk próbował wtargnąć ze swoimi doi grodu, lecz niczego nie dokazał. Następnie i Lutycy podobnie zostali odparci w ataku. Cesarz zaś widząc jak wojsko przygnębione bezsilnością napróżno trudzi się nad zdobyciem grodu, skierował pochód swój nader mozolny do Czech. Tam przyjęty przez niegodnego księcia tej prowincji Udalryka, który go uczcił odpowiedniemi darami. Następnie skierował się cesarz do Miśni.

Gdy tedy oczekujący niespokojnie wyniku tych zdarzeń w grodzie Wrocławiu Bolesław posłyszał, że cesarz uszedł, a gród jego (Niemcza) stoi nietknięty, ucieszył się w Panu i radował się ze swym rycerstwem. Oddział zaś jego, liczący więcej nad 600 pieszych wtargnął chyłkiem do Czech w nadziei zwyczajnego łupu, lecz prócz niewielu, którzy się wymknęli, wpadli sami w sidła, jakie zastawili na wroga. Któż potrafi opisać trudy i ogólne straty tego pochodu? Nie do przezwyciężenia były drogi wejściowe do Czech, ale o wiele gorszy był powrót stamtąd. Urządzona byłą ta wyprawa na zgubę wroga, ale za grzechy nasze wielkie szkody przyniosła naszym „triumfatorom”; czego bowiem dotychczas nie pozwalał sobie wróg w stosunku do nas, dokonało się potem za zbrodnie nasze. Użalić się muszę też na to, że wojsko Bolesława dopuściło się łupiestw między Łabą a Muldą, albowiem nagle wpadłszy 19 września z rozkazu swego władcy pobrali więcej nad 1000 jeńcowi w tych stronach, a olbrzymią przestrzeń zniszczywszy ogniem, szczęśliwie wrócili do siebie.

(Roku 1018)... na rozkaz cesarza, a na usilne prośby księcia Bolesława w grodzie pewnym, zwanym Budziszyn, utwierdzony został pod przysięgą pokój prze biskupów Gerona i Arnulfa i hrabiów Hermana i Dytrycha praz przez jego komornika Fryderyka dnia 30 stycznia, a to nie tak, jakby wypadało, lecz tak, jak to wówczas było możliwem. Przyjąwszy wybranych zakładników, pomienieni panowie przybyli z powrotem. Po czterech zaś dniach przybyła do Zitzen (w Łużycach dolnych) córka margrabiego Ekharda Oda, długo już wyczekiwana przez Bolesława a zaproszona wówczas przez jego syna Ottona...

... Ale nie sądzę, by potrzebne było szerzej o nim (Bolesławie Chrobrym) się rozwodzić, którego imię i znajomość oby raczej - jeśli Bóg Wszechmogący zechce - było nam całkiem nieznane! Bo to wszystko, że jego ojciec i on związani są z nami związkami małżeńskiemi i wielką „zażyłością”, więcej przyniosło i w przyszłości więcej przyniesie szkody, niż pożytku, ponieważ choć do czasu symulując pokój okazuje nam życzliwość, to jednak tajemnemi przeróżnemi knowaniami nie przestaje nas wyzuwać z wrodzonej wolności i wzajemnej miłości i - przy sposobnym czasie i miejscu - powstanie otwarcie na naszą zgubę!

Temi i podobnemi pełnemi troski o przyszłość Niemiec wynurzeniami zakończył Thietmar swa kronikę, dając dosadny wyraz przeświadczeniu, jak niebezpiecznym wrogiem cesarstwa był Chrobry, król w świadomości samego patrjotycznego społeczeństwa niemieckiego owych czasów.

  1. Podobnie jak książę czeski chciał i cesarz użyć Mieszka dla dokonania wymuszenia na jego ojcu.
  2. Sam Bolesław, jak stąd widać, bronił w innym punkcie przeprawy na Odrze. Do sforsowania jej używali tu Lutycy i wojska księcia Barnarda łodzi, widocznie ze względu na brak brodów.
  3. Wyrażenie przejęte z Owidjusza.
  4. W innem miejscu nazywa Thietmar Bolesława Chrobrego „nasz prześladowca”, skąd widać, jak silnie dał się Niemcom Chrobry król we znaki.

Wyprawa Bolesława Chrobrego do Kijowa (1018)

(Kronika Thietmara ks. IX, paragraf 31-33)
Nie mogę zamilczeć, że na Rusi smutna zdarzyła się nam szkoda[1], albowiem Bolesława najechał ją z ogromnem wojskiem, przyczem wiele mu pomógł rozgłos naszego imienia (Niemców). Dnia 22 lipca przybył nad pewną rzekę Bug i tamże wojsku swemu nakazał rozbić obóz i przysposobić niezbędne do przeprawy mosty. Nad tąż samą rzeką król Rusów Jarosław rozłożywszy się ze swojem wojskiem, niepewny oczekiwał wyniku starcia. Za zaczepkę daną tymczasem przez Polaków wciągnięty został wróg do walki i od rzeki której pilnował, odścigany niespodzianie mimo pomyślnej sytuacji. Sukcesem tym wzbity w dumę Bolesław nakazuje wojownikom swoim pośpiech i szybki, aczkolwiek z trudem, przeprawił się przez rzekę. Szyki zaś nieprzyjacielskie, tłumnie po przeciwnej stronie rozstawione, napróżno starały się bronić swej ojczyzny, albowiem w pierwszym starciu zmuszone zostały do cofnięcia się i już nigdy potem silniejszego oporu stawić nie były zdolne. Niezliczone tam wówczas padło mnóstwo uciekających, a zwycięzców tylko niewielu. Z naszych (Niemców) padł tam słynny rycerz Hericus. Odtąd Bolesław z pełnym powodzeniem ścigał uchodzących wrogów, przyjmowany chętnie przez wszystkich mieszkańców i honorowany licznemi darami.

Tymczasem Jarosław zagarnął pewien gród dotychczas bratu swemu (Świętopełkowi) podległy i mieszkańców jego uprowadził. Niezmiernie zaś warowne miasto Kijów, z rozkazu Bolesława, częstemi atakami szturmowali Pieczyngowie, niszcząc w dużej mierze srogim pożarem. Bronili go wprawdzie mieszkańcy, lecz rychło ulec musiało przybyszowi, albowiem porzucone przez swego króla poddało się Bolesławowi i władcy swojemu Świętopełkowi, którego oddawna już straciło. Z jego to staraniem i postrachem naszego imienia został cały kraj nawrócony. Arcybiskup tego miasta sprzyjał ze czcią przybyszów, dzierżąc relikwje świętych w klasztorze św. Zofii. Wydano tam Bolesławowi nieprzeliczoną ilość pieniędzy, których dużą część rozdał między swoich gości i zwolenników, resztę odsyłając do kraju. Jako wojska pomocnicze przy pomienionym księciu było z naszej strony 300 rycerzy, 500 Węgrów, Pieczyngów zaś 1000. Wszystkich tych wówczas odesłał on do domu, skoro z zadowoleniem obaczył, że krajowcy przybywają doń z zapewnieniem wierności. W ogromnem tem mieście, które jest stolicą owego państwa, znajduje się więcej niż 400 kościołów i 8 placów targowych, ludu zaś ilość nieznana, który to lud, podobnie jak w całym tym kraju, złożony z tłumów zbiegłych niewolników, stąd i zowąd napływających, a głównie z ruchliwych Duńczyków, skutecznie dotychczas stawiał opór dającym się mu we znaki Pieczyngom i innych jeszcze zwyciężał.

Wzbity w dumę taką pomyślnością Bolesław, wysłał wspomnianego biskupa do Jarosława z żądaniem wydania córki Bolesława Chrobrego i z obietnicą zwrotu żony Jarosława wraz z macochą i siostrami. Następnie do naszego cesarza wysłał z wielkiemi podarkami umiłowanego swego ojca Antoniego, w celu zapewnienia sobie jego łaski i pomocy na przyszłość i z obietnicą spełnienia wszystkich życzeń. Do Grecji również, obecnie bardzo sobie bliskiej, wysłał posłańców, którzy mieli wiele życzliwych obietnic złożyć jej cesarzowi Bazylemu II, gdyby chciał zachować wierną przyjaźń. W przeciwnym razie mieli oświadczyć, że znajdzie w Bolesławie przepotężnego i niezwyciężonego wroga. W to wszystko oby wejrzał Bóg Wszechmogący i łaskawie obrócił ku swojej chwale, a naszemu pożytkowi!

  1. Kronikarz uważa tu ze stanowiska niemieckiego sukces Polski za szkodę Niemiec, zwłaszcza, że Ruś pozostawała dotąd w antypolskim sojuszu z Henrykiem II.

(Kronika tzw. Galla, ks. I, paragraf 7)
Najpierw zapisać należy z koleji, jak chlubnie i potężnie pomścił Bolesław swą krzywdę na królu Rusinów, który odmówił mu oddania swej siostry w małżeństwo. Król Bolesław z oburzeniem to znosząc, wkroczył z ogromnym męstwem do królestwa Rusinów, a gdy ci usiłowali zrazu stawić orężny opór, a nie ważyli się stoczyć otwartej walki, rozpędził ich z przed swego oblicza, jak wicher kurzawę. I nie opóźniał swego pochodu natychmiastowym zajmowaniem miast i gromadzeniem łupów wedle obyczaju wrogów, lecz pospieszył na Kijów, stolicę królestwa, by wraz gród królewski i króla pojmać. A król Rusinów z prostactwem właściwym owemu ludowi przypadkiem wówczas łowił ryby na wędkę w czółnie, gdy mu niespodziewanie zwiastowano nadejście króla Bolesława. Zaledwie mógł temu uwierzyć, lecz wreszcie gdy mu do jedni za drugimi donosili, upewniony wpadł w przerażenie. Wtedy dopiero duży palec i wskazujący do ust podnosząc i wędkę obyczajem rybaków śliną pomazując, na hańbę swego narodu - jak mówią - takie zdanie powiedział: „Ponieważ Bolesław tej sztuki nie uprawiał, lecz przywykł do noszenia rycerskiego oręża, dlatego widocznie Bóg postanowił wydać w jego ręce to miasto i królestwo Rusinów i bogactwa!”. To rzekł nie tracąc słów więcej, rzucił się do ucieczki. Wtedy Bolesław bez żadnego oporu wkroczył do wielkiego i bogatego miasta i obnażonym mieczem uderzył w złotą bramę. Król więc Bolesław, zawładnąwszy w ten sposób przebogatym miastem i przepotężnym królestwem ruskim, przez przeciąg 10 miesięcy bez przerwy przesyłał stąd pieniądze do Polski, zaś jedenastego miesiąca, ze względu, że wielu królestwami władał, a syna swego Mieszka jeszcze nie uważał za zdolnego do rządów królewskich, ustanowił tam jako rządcę w swoim zastępstwie pewnego Rusina ze swego rodu i powrócił z resztą skarbów do Polski.
Od tego czasu Ruś długo płaciła daninę Polsce.

(Latopis tzw. Nestora. Mon. Pol. hist. I , 691-692)
Lata 6526 (1018) poszedł Bolesław i Świętopełk z lachami na Jarosława. Jarosław zaś, zebrawszy Ruś i Warjagów i Słowian poszedł naprzeciw Bolesława i Świętopełka i przyszedł na Wołyń. I stanęli po obu brzegach rzeki Buga, a był u Jarosława kormilec (piastun) i wojewoda imieniem Bądy; ten począł lżyć Bolesława takiemi słowy: „A ty tu poco? oto oszczepem przebiję brzuch twój tłusty!”. Był bowiem Bolesław wielki bardzo i ciężki, że ledwo koń mógł go udźwignąć, ale bystrego umysłu. I rzecze Bolesław do swojej drużyny: „Jeśli wam nie wstyd ten obelgi, to ja sam polegnę”. Wsiadł na koń, rzucił się wpław przez rzekę, a za nim jego wojsko. Jarosław zaś nie zdążył uszykować się, pobił go więc Bolesław. Jarosław tedy z czterema towarzyszami uciekł do Nowogrodu, Bolesław zaś z Świętopełkiem wkroczył do Kijowa. I rzecze Bolesław: „Rozprowadźcie drużynę moją po grodach na leże”. I tak się stało. Jarosław zaś przybywszy do Nowogrodu, chciał uchodzić za morze, lecz posadnik Kośniatyn, syn Dobryni, wraz z Nowogrodcami porąbali łodzie Jarosławowe, mówiąc: „Możemy się jeszcze bić z Bolesławem i Świętopełkiem”. I poczęli zbierać pieniądze, po cztery kuny od męża, a od starostów po 10 grzywien, a od bojarów po 18 grzywien. I przywiedli Warjagów, dawszy im pieniądze i tak zgromadził Jarosław mnogie wojsko. Bolesław zaś siedział w Kijowie, a nierozumny Świętopełk rzecze: „Ile tylko jest Lachów po grodach, zabijajcie ich”. I zabijali Lachów. Bolesław zaś uszedł z Kijowa, zabrawszy bogactwa i bojarów Jarosławowych i siostry jego, a dziesiętnika Anastazego przełożył nad skarbami, bo tenże pochlebstwem pozyskał jego zaufanie, i mnóstwo ludzi uprowadził ze sobą, i Grody Czerwieńskie zajął dla siebie i przyszedł do swojej ziemi. Świętopełk zaś zaczął kniaziować w Kijowie. I poszedł Jarosław na Świętopełka i pobił go i uciekł Świętopełk do Pieczyngów.

Katastrofa państwa i odnowienie.

Charakterystyka osoby i rządów Mieszka II.

(List Matyldy, córki Hermana, księcia Swewów, przesłany Mieszkowi II wraz z książką liturgiczną pt. „Ordo Romanorum” w pierwszych latach jego panowania. Mon. Pol. hist. I, 323-324)
Księciu Mieszkowi, najgorliwszemu czcicielowi prawdziwej cnoty i królowi niezwyciężonemu, życzy Matylda najwyższej radości w Chrystusie i szczęśliwego nad wrogiem zwycięstwa. Ponieważ łaska Boża użyczyła Ci królewskiego tytułu zarówno jak i zaszczytu i w najznakomitszy sposób zaopatrzyła w niezbędną do tego umiejętność rządzenia, poświeciłeś za szczęśliwem natchnieniem, jak słyszałam, z pobożnem sercem samemu Bogu początki swego panowania. Któż bowiem z przodków twoich tak wspaniałe powznosił kościoły? Któż ku chwale Bożej tyle zjednoczył języków? Nie dość ci tego, że możesz we własnem i łacińskim języku chwalić godnie Boga, zapragnąłeś jeszcze w greckim! Te i podobne usiłowania, jeżeli w nich do końca wytrwasz, przysparzają ci sławy najbogobojniejszego władcy i poświadczają jak najdowodniej, że nie tyle ludzkim, ile boskim wyrokiem, powołany zostałeś do rządzenia ludem wiernym Bogu. Znana jest Twoja sprawiedliwość w sądzie, Twoja dobroć i przeczystość Twoich obyczajów i szlachetność. Wszyscy to poświadczają, że dla wdów jesteś jakoby mężem, dla sierot jakoby ojcem, nieugiętym obrońcą biednych i potrzebujących pomocy, nie pogardzając osobą nędzarza i nie okazując względów potężnemu, lecz na sprawiedliwej wadze odważasz wszystko, cokolwiek ci przedłożą, ukrywając niewątpliwie na wzór św. Sebastjana pod królewską szatą serce Chrystusowego rycerza, pragnąc jedynie dla Boga odzyskać uwiedzione djabelskim podstępem dusze. Usilnie się starasz, by powierzony sobie talent powrócić stokrotnym, zaco usłyszysz święty głos, który ci powie: „Dobrześ się sprawił sługo dobry i wierny itd.”. Niemal cały pogrążony jesteś w niebiańskich sprawach, naśladując wzniosły przykład ojca, który w owej części świata, gdzie Ty panujesz, stał się niejako źródłem i początkiem świętej, katolickiej i apostolskiej wiary. Albowiem ów najbardziej barbarzyńskie narody, których święci kaznodzieje wymową nie zdołali nawrócić, ścigał mieczem, pędząc do stołu Pańskiego.

Tę zaś książkę dlatego Tobie posyłam, by nic nie zostało w służbie Bożej nieznanem Twej królewskiej Mości, wiedząc, że niewątpliwie chętnie przyjmiesz ją Ty, jako wykształcony w duchowych rzeczach. Oby Bóg Wszechmocny, za którego zrządzeniem królewskim ukoronowany zostałeś diademem, darząc Cię długim życiem i palmą zwycięstwa, wywyższył nad wszystkich Twoich wrogów. Bywaj zdrów i szczęśliwy!

Stosunek Mieszka II do cesarstwa.

(Tzw. Saxo Chronograf, rocznikarz z polowy XI wieku)
(Rok 1030) Cesarz Boże Narodzenie spędził w Peterbrunnen, a po odprawieniu świat zamierzał wyprawić się za Ren. Dnia 26 stycznia zdarzyła się rzecz ubolewania godna i wszystkich wiernych w Chrystusie wprawiająca w zdumienie. Oto Mieszko, książę Polaków, który przeciw rzymskiemu cesarstwu przywłaszczył sobie tytuł królewski, fałszywy chrześcijanin, morderca i tyran, dowiedziawszy się o śmierci hrabiego Thietmara, przybrawszy sobie w tajemnicy djabelskich towarzyszy, naprowadził pogańskie wojska na święty Kościół. Albowiem między Łabą a Salą zniszczył rzezią i pożogą 100 wsi, biorąc w pożałowania godną niewolę 9065 mężów i kobiet chrześcijańskich, sam też godzien pożałowania, także przewielebnego biskupa brandenburskiego, Luizona, pojmał jak lichego niewolnika. Ani świętych nie szczędził ołtarzy, lecz wszystko splugawił krwią mi rzezią, porywając też szlachetne niewiasty zbrojną ręką w niewolę. Taki to oto jest król Mieszko, taka przeklęta prostota dróg jego, taka niewinności jego potępienia godna czystość, taka litość, taka najfałszywsza jego wiara chrześcijańska! Jeśli tedy jest królem, to dlaczego zbójem? Jeśli prostoduszny, to dlaczego krętaczem? Jeśli wierny, to dlaczego jest odstępca i tyranem? Pocoż tobie krwawy potworze królewska ozdoba korony i włóczni złoconej? Jakaż wspólność Chrystusa z Beljalem[1]? Jakież cię, ty nadęty pyszałku, opętało szaleństwo, żeś lekkomyślnie podniósł oręż na potęgę rzymskiego królestwa?! Jak to dla ciebie niebezpieczne, wtedy o tem zapóźno się przekonasz, gdy twoje tchórzliwe, a mnogością tylko nieprzeliczone gromady starte zostaną w proch, jak na to zasługują, przez nasze świadome wojny i bitne zastępy.

  1. Słowa te i następne są być może aluzją do listu św. Bruna (patrz wyżej) który widocznie znany był kronikarzowi niemieckiemu.

(Mnich Brunwilerski, Mon. Pol. hist. I, 346)
W tym samym czasie (r. 1031) królowa Rycheza wzięła rozwód z mężem swym królem (Mieszkiem II) z powodu zawiści i podpuszczenia pewnej jego nałożnicy i to już po urodzeniu mu syna Kazimierza, którego znakomite potomstwo błyszczy światu aż do dziś dnia[1] bogactwem i potęgą, w zmienionej szacie, z garstką towarzyszy wspierających ją w tej potajemnej ucieczce, przybyła do cesarza Konrada, do Saksonji, uprzykrzywszy sobie nieznośną wyniosłość swego męża, a zarazem barbarzyńskie zwyczaje Słowian. Przyjęta została przez cesarza z czcią należytą, a sama go niemniej świetnemi uczciła darami. Otrzymał bowiem od niej dwie korony, tj. jej własną i króla jej małżonka. Pozwolił zaś jej (cesarz) dożywotnio w państwie swojem tej samej zażywać powagi i tej samej czci, jakiej zażywała we własnem królestwie[2]. Wyprawiwszy się niebawem na Polaków (1031) i shołdowawszy Mieszka pod obowiązkiem trybutu z całem ludem słowiańskim, posiadł trofea zwycięstwa, podwójną też już zdobny koroną, lecz nie długo ją nosił i umarł, poczem dane było synowi jego Henrykowi (III) objąć najwyższą władzę.

  1. Autor pisze około roku 1076-1079, ma wiec na myśli Bolesława Śmiałego po jego koronacji królewskiej.
  2. Dotyczy to tytułu królewskiego, który istotnie przysługiwał Rychezie do końca życia, jak o tym świadczy jej pieczęć i parę wystawionych przez nią aktów.

(Rocznik Hildsheimski, Mon. Pol. hist. I, 346 - 347)
(Rok 1031) Cesarz z niewielkim wojskiem Sasów najechał Słowian jesienną porą i zmusił Mieszka, długo mu stawiającemu opór, do zwrotu Łużyc z kilkoma grodami i łupu pobranego w poprzednich latach w Saksonji, oraz do utwierdzenia pokoju przysięgą. Mieszko ów po upływie zaledwie miesiąca zaskoczony nagłym najazdem brata Bezpryma, zmuszony został do ucieczki do Udalryka, do Czech, a tenże Bezprym przesłał cesarzowi koronę z innymi insygnjami królewskiemi, które sobie brat przywłaszczył niesłusznie, oraz przyrzekł w pokornem oświadczeniu przez posłów swoich cesarzowi uległość.

(Rok 1032) Cesarz Konrad odprawił Boże Narodzenie w Goslarze, zaś Wielkanoc w Seligenstadt. Tegoż roku Bezprym, z powodu najwyuzdańszej srogości swych tyrańskich rządów, zabity został przesz swoich, nie bez machinacji także swoich braci. Lecz Mieszko natychmiast powrócił do kraju, a przekonawszy się, że wszystko co wycierpiał, było zasłużonym wynikiem jego nieumiarkowanego zuchwalstwa, z jakiem występował w latach poprzednich, wysłał swych posłów do cesarza z żądaniem terminu osobistego stawienia się i dania należytego zadośćuczynienia. A następnie za przyzwoleniem cesarza przybył do Merseburga 7-go lipca, pokornie poddał się cesarskiej władzy, wyrzekłszy się korony i całej królewskiej ozdoby. Cesarz zaś łaskawiej go przyjął, niż sam się tego spodziewał i podzielił miedzy niego i niejakiego Teodoryka, jego stryjecznego brata, państwo, które poprzednio on sam posiadał niepodzielnie. Jednakże później Mieszko ponownie sam je sobie przywłaszczył.

(Vipo: „Vita Conradi imperatoris. Mon. Pol. hist. I, 346 - 347)
Tegoż roku (1025) Słowianin, o którym przedtem mówiliśmy, Bolesław, książę Polaków, przywłaszczył sobie insygnja i tytuł królewski z krzywdą króla Konrada, lecz śmierć rychło jego zuchwalstwo unicestwiła. Syn zaś jego Mieszko, podobnie buntowniczy, brata swego Ottona wypędził na Ruś, ponieważ trzymał stronę króla Konrada.

... Wspomniany wyżej Bolesław, książę polski, umarł, pozostawiając dwóch synów: Mieszka i Ottona. Mieszko prześladował brata swego Ottona i wygnał go na Ruś. Gdy tam przez pewien czas na nędzne skazany był życie, począł zabiegać o łaskę cesarza Konrada, by za jego wstawiennictwem i pomocą moc powrócić do kraju. Cesarz przychylił się do tej prośby i postanowił sam z wojskiem napaść na Mieszka z jednej strony, z drugiej zaś strony miał to uczynić brat Mieszka, Otto. Takiego natarcia nie będąc z możności wytrzymać, uszedł Mieszko do Czech, do księcia Udalryka, na którego w tym czasie cesarz był zagniewany, lecz ów, ażeby sobie w ten sposób zjednać cesarza, chciał mu wydać Mieszka. Cesarz jednak wzgardził tak zbrodniczym układem, oświadczając, że nie chce wroga kupować od wroga. Przywrócony krajowi i wyniesiony na godność książęcą Otto, gdy po niejakim czasie zaczął mniej roztropnie postępować, został potajemnie zabity przez jednego z pośród najbliższego otoczenia. Wtedy Mieszko wszelkiemi sposobami zabiegał o przychylność cesarzowej Gizeli i innych książąt, by mu umożliwili powrót do łaski cesarskiej. Ruszony miłosierdziem cesarz udzielił mu przebaczenia, a podzieliwszy prowincję polską na trzy części, przełożył Mieszka nad jedną z nich, dwie pozostałe powierzając innym książęto), tak po umniejszeniu władzy zmniejszyło się też zuchwalstwo. Po śmierci Mieszka syn jego Kazimierz, wiernie służył aż dotąd naszym cesarzom. (około 1050 r.)

Najazd księcia czeskiego Brzetysława na Polskę w roku 1038 i uwięzienie relikwij św. Wojciecha.

Czeski kronikarz Kosmas, kanonik praski, (rodem z Polski) pisał swa kronikę z początkiem XII wieku. Zawiera ona wśród ważnych dla historji polskiej szczegółów dokładny stosunkowo opis najazdu z roku 1038.

... Książę Brzetysław w czwartym roku swych rządów, zważywszy położenie Polski, uznał za najodpowiedniejsze nie odkładać nadarzonej sposobności upokorzenia swych wrogów i pomszczenia krzywd, które niegdyś książę Mieszko zadał Czechom. Odbywszy co szybciej naradę ze swoimi postanowił najechać Polskę i natychmiast wydał surowe zarządzenie, wysyłając do wszystkich prowincji Czech sznur, ukręcony z łyka, jako znak swego rozkazu, ażeby każdy, ktokolwiekby za opieszale stawił się w obozie po danym znaku, wiedział, że napewno na takim sznurze zawiśnie na szubienicy. W jednym momencie, w jednym mgnieniu oka zebrali się wszyscy, co do jednego, zaczem wkroczył nieprzyjacielsko do ziemi polskiej, owdowiałej po swym księciu i jakgdyby gwałtowny orkan szalał, srożył się i niszczył wszystko. Rzezią, grabieżą i pożogą wyniszczywszy wsi, runął na warowne grody. Wkroczywszy zaś do ich metropoli, Krakowa, obrócili go w ruinę, zagarniając zeń łupy. Nadto wydobył tez stare skarby, ukryte przez dawnych książąt w skarbcu, mianowicie złoto i srebro w nieprzebranej ilości. Podobnie i inne ich miasta ogniem wyniszczył, zrównując z ziemią. A gdy przybyli do Gdecza, wtedy grodzianie i wieśniacy, którzy do tego grodu się schronili, niezdolni stawiać oporu księciu, wyszli naprzeciw niemu, niosąc złotą rózgę, co było symbolem poddania się i pokornie go prosili, by ich w pokoju wraz z bydłem i calem dobytkiem przesiedlił do Czech. Przychylając się do ich prośby, powiódł ich książę do Czech i dał im znaczną część lasu, zwanego Czernin, ustanawiając jednego z nich, jako przełożonego nad nimi i sędziego i zarządził, by tak oni, jak i ich potomkowie na wieki tego samego używali prawa, jakie mieli w Polsce, i dodziś dnia nazywają ich imieniem, utworzonem od owego grodu, mianowicie Giedczanie.

Niedaleko od tego grodu przybyto do metropoli Gniezna, obronnego przyrodzonem położeniem i obwałowaniem, lecz łatwego do zdobycia przez wroga ze względu, że mało go zamieszkiwało ludzi. Tamto w owym czasie w bazylice św. Bogurodzicy Marji Dziewicy najcenniejszy spoczywał skarb, mianowicie ciało przeświętego męczennika, Wojciecha. Bez walki zawładnęli Czesi tem miastem i z wielką radością wkroczyli w podwoje kościoła, a poniechawszy wszelkiej zdobyczy, żądają tylko, by im dano szacowny skarb świętego ciała, które poniosło śmierć za Chrystusa.

Korzystając z nastroju rycerstwa czeskiego w obliczu relikwij św. Wojciecha, ongi biskupa Pragi, przeprowadzili łącznie biskup czeski Sewer i książę Brzetysław uroczyste zaprzysiężenie całego rycerstwa u grobu św. Wojciecha, mające na celu ostateczną duchową chrystjanizację ludu czeskiego. Chodziło o wprowadzenie monogamji, zapobieżenie opilstwu, morderstwom etc. Zaprzysiężenie to wykonano entuzjastycznie. Było to pośmiertne zwycięstwo św. Męczennika nad własnym buntowniczym ludem, który go za życia zegnał ze stolicy biskupiej. Końcowe słowa przysięgi brzmiały:

„...Oto są postępki, których nienawidzi Bóg, któremi zrażony św. Wojciech opuścił nas, swe owieczki, woląc iść pouczać inne ludy. Przysięgą naszą wspólną poręczamy, że ich więcej nie będziemy popełniać”. Tak mówił książę, a biskup, wezwawszy imię Trójcy św. i ująwszy młot podczas gdy inni księża śpiewali siedm psalmów i inne hymny odpowiadające tej świętej czynności, począł zlekka odbijać wieko trumny (grobu) dobierając się aż do wnętrza świętego skarbu. A gdy otworzono sarkofag, wszyscy w kościele napojeni zostali tchnieniem tak rozkosznej woni, że przez trzy dni jakby pokrzepieni obfitemi potrawami zapomnieli przyjąć zwykłe jadło, a nadto bardzo wielu chorych zaznało dnia tego uzdrowienia.

Wtedy książę i biskup i kilku dostojników, ujrzawszy świętego Pańskiego o tak czystem obliczu i szacie i tak nietkniętem w zupełności ciele, jakgdyby tegoż dnia odprawiał mszę św., zaśpiewali duchowni: Te Deum laudamus, zaś świeccy: Kyrie elejson, a głosy ich biły w niebiosa...

Zabrano również zwłoki arcybiskupa Radyma-Gaudentego, brata św. Wojciecha, spoczywające w tym samym kościele, oraz kości 5 braci-pustelników, złożone też w Gnieźnie, lecz w innym kościele.

Szczęśliwie i radośnie przybyli z całem tym świętym brzemieniem do Czech i w wigilję św. Bartłomieja, apostoła, rozbito obóz w pobliżu stołecznej Pragi, nad potoczkiem Rokitnicą, gdzie z brzaskiem dnia wyszedł na spotkanie cały kler i lud w procesji, tak że zaledwie szerokie pole zdołało pomieścić ten długi pochód. Taki zaś był porządek procesji: Sam Książę i biskup dźwigali na pochylonych barkach słodki ciężar męczennika Chrystusowego Wojciecha, następnie opaci nieśli relikwje pięciu braci, dalej zaś archiprezbiterzy radośnie nieśli ciało arcybiskupa Gaudentego, a za nimi postępowało dwunastu wybranych kapłanów, którzy zaledwie podołali udźwigać ciężar złotego krucyfiksu, bo książę Mieszko krzyż ten odważył potrójnym ciężarem samego siebie. Na piątem miejscu niesiono trzy ciężkie, złote tablice, które stały koło ołtarza, gdzie spoczywały święte zwłoki. Większa z tych tablic miała 5 łokci długości, a 10 piędzi szerokości, a przepięknie ozdobioną była drogiemi kamieniami i kryształami. Na jej brzegu taki był wypisany wiersz: „Trzykroć po sto funtów wazy dzieło złote!”. Na końcu więcej niż sto wozów wiozło olbrzymie dzwony i wszelkie polskie dostatki, za któremi podążała niezliczona rzesza mężów szlachetnych z żelaznemi okowami na rękach, z pochylonemi karkami, a wśród nich niestety pojmany nieszczęśliwie przywiedziony został mój pradziadek, członek kleru, z zawodu kapłan...
Dokonano zaś tego przeniesienia relikwij prawdziwego męczennika Chrystusowego, Wojciecha, w roku 1038 (a właściwie 1038 roku).

Na skutek skargi wysłanej z Polski zarządził papież śledztwo w sprawie grabieży relikwij. Książę i biskup czeski potrafili jednak załagodzić sprawę, zyskując aprobatę faktu dokonanego. Równocześnie cesarz Henryk III zażądał zwrotu łupów, złota i srebra, uwiezionego przez Czechów z Polski.

Wobec odmownej odpowiedzi Brzetysława, który nie chciał nic cesarzowi wypłacić poza zwyczajny obowiązkowy trybut: 500 grzywien i 120 doborowych wołów, przedsięwziął cesarz dwie wyprawy wojenne na Czechy, z których pierwsza zakończyła się zupełnym niepowodzeniem, w drugiej zaś zmusił Brzetysława do odpowiedniego okupu w roku 1042. Współczesny Kosmesowi polski, najstarszy kronikarz, tzw. Gall, poświadcza ogólnikowo, że: „owego czasu Czesi zniszczyli Gniezno i Poznań i uwięźli ciało św. Wojciecha”. Jednakże w opisie zdarzeń z roku 1113 wzmiankuje o pokutnej pielgrzymce Bolesława Krzywoustego” do grobu św. męczennika Wojciecha w Gnieźnie, oraz o ufundowaniu prze tegoż księcia złotej trumienki w której złożono relikwje św. Wojciecha; na trumienkę tę zużyto 80 grzywien czystego złota, oraz wiele drogich kamieni i pereł. Roczniki zaś polskie zapisują pod rokiem 1127 „znalezienie głowy św. Wojciecha w Gnieźnie”. Dopiero późniejsi pisarze starali się stworzyć, względnie podtrzymać fikcję, że Czesi w roku 1038 wywieźli nie św. Wojciecha, lecz inne podstawione im zwłoki. Charakterystyczne to dla epoki, aktora relikwje świętych uważała za najwyższe dobra narodu.

Bunt Masława, samozwańczego księcia Mazowsza.

(Kronika tzw. Galla , ks. I, par. 19 - 21)
Tymczasem po śmierci Mieszka II królowie i książęta sąsiedni, każdy od swojej strony podbijał Polskę i do swego władztwa przyłączał grody i miasta graniczne lub zdobywszy zrównywał z ziemią. I gdy tak wielkie krzywdy i klęski znosiła Polska od obcych, nierozsądnej i wszakże i sromotniej dręczona była przez własnych mieszkańców. Albowiem niewolnicy powstali na panów, wyzwoleńcy przeciwko szlachetnie urodzonym, sami się do rządów wynosząc, a jednych z nich naodwrót w służbie dla siebie zatrzymawszy, innych pozabijawszy, pobrali ich żony w sprośny sposób i zbrodniczo rozdrapali dostojeństwa. Nadto jeszcze porzucając wiarę katolicką - czego nie możemy wypowiedzieć bez płaczu i lamentu - rozpoczęli bunt przeciwko biskupom i kapłanom bożym. Niektórych z nich, jakoby godniejszą śmiercią, mieczem zgładzili, innych, jakoby godnych lichszej śmierci, ukamienowali.

W końcu zaś tak przez obcych, jak przez własnych mieszkańców doprowadzona została Polska do takiego spustoszenia, że w zupełności niemal obrana została z bogactw i ludzi. W owym czasie Czesi zniszczyli Gniezno i Poznań i zabrali ciało św. Wojciecha. Owi zaś, co uszli rąk wrogów, lub którzy uciekali przed własnym buntem, uchodzili poza rzekę Wisłę na Mazowsze. Tak długo zaś wymienione miasta pozostawały w opustoszeniu, że w kościele św. Wojciecha męczennika i św. Piotra Apostoła dzikie zwierzęta założyły swe legowiska.

Następnie opisuje kronikarz powrót Kazimierza Odnowiciela z Niemiec z 500 rycerzami niemieckimi i powolne odzyskiwanie kraju z rąk wrogów; poczem przechodzi do buntu Masława: Po uwolnieniu i zdobyciu ojczyzny i po wyściganiu obcych ludów, niemniejszy pozostał Kazimierzowi trud orężnego pokonania własnego ludu i swoich prawowitych poddanych. Był bowiem niejaki Masław imieniem, cześnik jego ojca Mieszka i sługa. Po tegoż śmierci uczynił się z własnego uroszczenia księciem mazowieckiego ludu i chorążym. W tym czasie było Mazowsze z powodu - jak powiedziano - uciekli tamże przedtem Polacy, tak dalece ludne, że nie dość przestronne stały się pola dla rolników, pastwiska dla bydła, a ziemia dla mieszkańców. Stąd poszło, że Masław zaufany w odwagę swego wojska, a nadto zaślepiony ambicją pełną zgubnej żądzy, próbował zuchwałą odwagą osiągnąć to, co mu się nie należało ani z prawa żadnego, ani z natury. Stąd też do tak hardej wzniósł się pychy, że odmówił posłuszeństwa Kazimierzowi, a nadto bronią i zasadzkami stawił mu opór. Lecz Kazimierz oburzony, że sługa ojca i jego własny siłą zatrzymuje Mazowsze, i uważając, że - gdyby się za to nie pomścił - groziłaby mu duża strata i niebezpieczeństwo, zebrał niewielką wprawdzie co do liczby garść wojowników, lecz zaprawioną w walkach, starł się z nim zbrojnie i zabiwszy Masława, osiągnął zwycięstwo i pokój i zajął triumfalnie cały kraj. Wspominają, że urządzono tam ogromną rzeź Mazowszan i dotychczas wskazywane bywa miejsce walki i przepaścisty brzeg rzeki.

Sam też Kazimierz osobiście siekąc mieczem ogromnie się utrudził, ramiona, całą pierś i twarz ubroczywszy rozlaną krwią i tak zapamiętale ścigał sam uciekających wrogów, że byłby zapewnie zginął, nie znajdując pomocy ze strony swoich, ale pewien wojownik, nie ze szlachetnego rodu, lecz z prostych żołnierzy szlachetnie mu pospieszył z pomocą, gdy ów już miał ginąć, co mu w przyszłości dobrze odpłacił Kazimierz, bo i miasto mu nadał i pod względem godności wyniósł go między dostojniejsze rycerstwo. W owym zaś starciu mieli Mazowszanie 30 sprawionych szyków, Kazimierz zaś posiadał zaledwie 3 pełne szyki wojowników, gdyż, jak powiedziano, cała prawie Polska pustką zaległa.

Wygrawszy chlubnie te walkę, Kazimierz ze swą garstką pośpieszył bez wahania, by zajść drogę wojsku Pomorzan, które przybywało na pomoc Masławowi. Wcześniej mu bowiem o tym doniesiono, więc też wprzód wiedział, że przybywają oni na pomoc wrogom. Dlatego rozumnie rozłożył sobie zadanie, by najpierw zosobna skończyć z Mazowszanami, a potem tem łatwiej zetrzeć się na polu walk z Pomorzanami. Tym bowiem razem prowadzili Pomorzanie cztery legjony zbrojnych wojowników, Kazimierzowi zaś żołnierze nie dopełniali nawet połowy legjonu. Cóż jednak się stało? Gdy przybyto na miejsce walki, Kazimierz, jako mąż wymowny a doświadczony, w ten sposób zachęcił swych żołnierzy: „oto dzień oddawna wyczekiwany! Pokonawszy tylu fałszywych chrześcijan, już bezpieczni walczcie z poganami. Liczba sama nie stanowi o zwycięstwie, lecz to, komu Bóg użyczy swej łaski. Pomnijcie na dawniejszą dzielność i połóżcie kres swemu trudowi!”. To powiedziawszy rozpoczął walkę i wielkie, z pomocą Bożą, odniósł zwycięstwo.
Mówią też, że z całem wylaniem miłości czcił Kościół święty, lecz szczególnie pomnożył kongregacje mnichów i świętych dziewic, on, który sam, jako pacholę, do klasztoru przez rodziców był ofiarowany i tamże w piśmie świętym wykształcony przyzwoicie.

(Latopis Nestora)

(1030) ... Tegoż czasu umarł Bolesław Wielki w Polsce. I było zaburzenie wielkie w ziemi lackiej: powstawszy pozabijali ludzie biskupów i popów i bojarów swoich i było u nich zaburzenie.
(1031) ... Jarosław i Mścisław zebrali mnogie wojsko, poszli na Lachów i zajęli napowrót Grody Czerwieńskie i spustoszyli lacką ziemię im mnogich Lachów przywiedli (jako jeńców) i rozdzielili ich i osadził Jarosław swoich nad Rusią i są po dziś dzień.
(1042) ... W tych czasach wydał Jarosław siostrę swoją za Kazimierza (Odnowiciela), a za wiano oddał Kazimierz oddał 800 ludzi, których w niewolę zabrał Bolesław (Chrobry),pobiwszy Jarosława.
(1047) ... Jarosław poszedł na Mazowszanów i pobił ich i zabił księcia ich Mojsława i upokorzył ich Kazimierzowi[1].
  1. Chronologię ruską sprowadzono tu z praktycznych względów do chronologji rzymsko-katolickiej; nie jest ona - jak widać - zbyt ścisłą, skoro o śmierci Bolesława Chrobrego opowiedziano pod rokiem 1030, a osoba Mieszka II zupełnie nie jest znaną latopisowi.

Koronacja Bolesława Śmiałego (1076)

(Lambert Hersfeldensis annales , Mon. germ. hist. Scrip. V, 187 i 225)
(1071). Między księciem Polaków i księciem Czechów zaszło nieporozumienie ogromnie wrogie. Z tego powodu król, wezwawszy ich jesienną porą do miasta Miśni, surowo ich skarcił i pod powagą majestatu królewskiego nakazał, by nadal każdy z nich zadowolił się swemi granicami i by się nawzajem nie zaczepiali lekkomyślnymi najazdami. W przeciwnym razie zagroził, że który z nich pierwszy podniesie oręż przeciw drugiemu, znajdzie w nim wroga i mściciela.

... Książę Polaków (Bolesław Śmiały), który już przez długie lata był czynszownikiem królów niemieckich i którego królestwo (= państwo) już niegdyś zostało podbite orężem teutońskim i zamienione w prowincję, nagle wzbity w dumę, ponieważ widział, że książęta niemieccy pogrążeni w domowych zamieszkach nie będą zupełnie w możności podnieść oręża przeciw ludom obcym, przywłaszczył sobie godność królewską i tytuł króla, przywdział diadem (koronę) w i sam dzień Narodzenia Pańskiego[1] konsekrowany został przez 15 biskupów[2] na króla. O czem dowiedziawszy się wkrótce książęta, którym na sercu leżała godność Rzeczypospolitej (= państwa), ciężko uczuli się tem dotknięci i nawzajem sobie z gniewem wyrzucali, że podczas gdy oni wewnętrzną zawiścią srożą się na siebie i jakoby na własne wnętrzności, zwalczając się wzajemnie, wyhodowali w ten sposób potęgę i siły barbarzyńców do tego stopnia, że już po raz trzeci książę czeski nawiedził kraj niemiecki, niszcząc ogniem i żelazem, a teraz książę Polaków, na hańbę królestwa niemieckiego przeciw prawom i ustawom poprzedników sięgnął po tytuł króla i koronę królewską.

  1. Mnich Hersfeldski Lambert jest świadkiem współczesnym, dobrze poinformowanym i wiarygodnym. O koronacji Bolesława Śmiałego opowiada pod rokiem 1077, ze względu jednak, że właśnie dniem 25 grudnia rozpoczynano zwyczajem ówczesnym nowy rok, odnosi się faktycznie ta data jeszcze do roku 1076.
  2. Niemieccy wydawcy dopatrują się w cyfrze tej pomyłki zamiast 5. ze względu, ze znikąd niewiadomo nic więcej o tak dużej ilości biskupstw polskich. Z polskich autorów starał się T. Wojciechowski wykazać możliwość tej ilości biskupstw w związku z dokonaną przez Bolesława Śmiałego, w porozumieniu z Grzegorzem VII, reorganizacją kościoła polskiego. Biskupstwa te upadły w przeważnej ilości wraz z upadkiem Bolesława Śmiałego.

Zatrata korony polskiej.

Wygnanie Bolesława Śmiałego(1079)

(Kronika tzw. Galla-Anonima, ks. I, paragr. 27 i 28)
Jak zaś król Bolesław z Polski został wyrzucony, dużo byłoby o tem do opowiadania, lecz to powiedzieć można, że nie powinien był pomazaniec na pomazańcu jakiegokolwiek grzechu cieleśnie mścić. To bowiem wiele mu zaszkodziło, gdy przeciw grzechowi grzech zastosował, gdy mianowicie za zdradę wydał biskupa na obcięcie członków. Ani bowiem zdrajcy biskupa nie usprawiedliwiamy, ani króla mszczącego się tak szpetnie nie zalecamy, - lecz tu w pośrodku poniechajmy i opowiedzmy, jak został przyjęty na Węgrzech.

Gdy posłyszał Władysław, że Bolesław przybywa, częściowo cieszy się z całej duszy, częścią pozostaje w nim miejsce gniewu. Cieszy się bowiem z przyjęcia brata, lecz boleje nad tem, że brat (jego) Władysław (Herman) stał się dlań wrogiem. Nie przyjmuje jego zaś tak, jak zwykł przyjmować każdy obcego lub gościa, lub równy równego, - lecz jako rycerz księcia, lub książę króla, lub król cesarza z prawa powinien przyjmować. Bolesław nazywał Władysława „swoim królem”, a Władysław przyznawał, że (istotnie) przez niego został królem uczyniony. Jedno przecież w Bolesławie przypisać należy próżności, co wielce zaszkodziło jego zdawna wypróbowanej zacności, albowiem gdy do obcego królestwa wchodził, jako zbieg, i gdy zbiega nie słuchał nawet żaden chłop, Władysław, jako mąż uniżony, pospieszył wyjść naprzeciw Bolesława i zbliżającego się wyczekiwał zdaleka, zsiadając z uszanowania z konia. Tymczasem przeciwnie Bolesław nie miał zrozumienia dla uprzejmości łagodnego króla, lecz uniósł się w sercu zgubną pychą i dumą: „tego oto - powiedział - ucznia wychowałem w Polsce, tego jako króla osadziłem na Węgrzech. Nie godzi się, bym mu ja, jako równemu, cześć okazywał, lecz siedząc na koniu oddam mu pocałunek, jak któremukolwiek z książąt”. Zauważywszy to Władysław, odczuł dość przykro i zawrócił z drogi, polecił jednakowoż, by mu przez całą ziemię pełniono posługi jak najokazalej. Później jednak zgodnie i po przyjacielsku zeszli się razem z sobą jak bracia. Węgrzy jednak owo zajście głębiej sobie w sercu zapisali, stąd wielką Bolesław na się ściągnął nienawiść Węgrów, i stąd szybciej - jak mówią - ostatni dzień go zaskoczył.

Uwaga: Tekst tych ustępów, w łacińskim oryginale kroniki mocno przez przepisywaczy zepsuty, przetłumaczony został z uwzględnieniem poprawek uzasadnionych naukowo przez Zengera i Tad. Wojciechowskiego. Kronikarz zasłonił się celowo tajemnicą, którą niełatwo przeniknąć. Najwłaściwszą interpretację podał Wojciechowski w Szkicach historycznych z XI wieku, rozumiejąc, że powodem wygnania Bolesława Śmiałego na Węgry był bunt Władysława Hermana, epizod zaś z ukaraniem biskupa krakowskiego, Stanisława, za zdradę, tj. prawdopodobnie za udział w spisku, był bezpośrednim powodem, który zmusił króla Bolesława do ustąpienia z kraju na obczyznę, gdzie go dosięgła być może śmierć z rąk nasłanych siepaczy.

Wojewoda Sieciech i początek wojny domowej za Władysława Hermana.

(Kronika tzw. Galla Anonima, ks. II)
Zbigniew, dojrzały już wiekiem, oddany został w mieście Krakowie na naukę, a macocha jego (Judyta Salijska) odesłała go do Saksonji do klasztoru zakonnic celem dalszego uczenia się. W tym czasie był komesem pałacowym Sieciech, mąż wprawdzie rozumny, szlachetnego rodu i piękny, lecz zaślepiony chciwością. Wiele też popełniał on rzeczy okrutnych i nie do zniesienia. Jednych mianowicie z błahego powodu zaprzedawał w niewolę, innych z kraju wypędzał, ludzi niskiego stanu wynosił ponad szlachetnie urodzonych. Stąd poszło, że wielu z własnej woli, bez przymusu, uciekało z kraju, gdyż obawiali się, że doznają bez własnej winy tegoż samego losu. Lecz gdy przedtem ci zbiegowie błąkali się po różnych stronach, teraz za radą księcia Brzetysława gromadzą się w Czechach. I tak za chytrą doradą Czechów ugodzili oni za zapłatę pewnych ludzi, którzy pokryjomu Zbigniewa wydobyli z klasztoru zakonnic. Odzyskawszy więc Zbigniewa, emigranci zgromadzeni w Czechach posłali do kasztelana wrocławskiego imieniem Magnusa poselstwo w te słowa: „Jakkolwiekbądź my sami wprawdzie, komesie Magnusie, cierpimy prześladowania od Sieciecha, rzuceni na tułaczkę, lecz tobie Magnusie żałośnie współczujemy, któremu nazwa księstwa raczej na hańbę wychodzi niż na sławę, gdy trudy związane z zaszczytem ponosisz, lecz samego zaszczytu nie masz, nie ośmielając się rozkazywać rządcom wyznaczonym przez Sieciecha. Lecz jeślibyś jarzmo niewoli chciał zrzucić z karku, pospieszaj przyjąć pod tarczą swej obrony chłopca, którego mamy (wśród siebie)”. A to wszystko podsuwał książę czeski, który chętnie siał niezgodę między Polakami. Usłyszawszy to Magnus, długo zrazu wahał się, lecz zasięgnąwszy rady przedniejszych i uznawszy ją, przychylił się do ich słów, przyjmując Zbigniewa. Zasmucił się tym faktem ojciec jego Władysław, lecz Sieciech z królową jeszcze więcej się przeraził. Posłali więc do Magnusa i magnatów wrocławskiej ziemi posłów, dowiadując się, coby to miało znaczyć, że Zbigniewa z emigrantami bez pozwolenia ojca przyjęli, czy więc chcą być buntownikami, czy też zachować księciu posłuszeństwo. Na to Wrocławianie jednomyślnie odpowiedzieli, że nie wydali kraju Czechom, ani jakimkolwiek obcym narodom, lecz przyjęli syna księcia pana i własnych uchodźców, sami zaś chcą księciu panu i prawemu synowi jego Bolesławowi być wiernie posłuszni we wszystkim i pod każdym względem, lecz pragną Sieciechowi i jego złym postępkom przeciwdziałać wszelkiemi sposobami. Lud zaś chciał posłańca ukamienować, ponieważ fałszywemi wykrętami bronił strony Sieciecha. Z tego powodu wielce wzburzony Władysław i nadmiernym gniewem rozpalony Sieciech wezwali sobie na po moc króla Węgier, Władysława, przeciw Wrocławianom i księciu czeskiemu, Brzetysławowi, skąd więcej hańby i szkody odnieśli, niż sławy i zysku...

...Gdy zaś niczego zbrojnie nie mogli wskórać przeciw Wrocławianom, ponieważ swoi przeciw swoim wojny nie chcieli prowadzić, wbrew własnej woli zawarł ojciec z synem pokój i wtedy go po raz pierwszy nazwał swoim synem[1]. Po jakimś czasie udało się dzięki intrygom Sieciecha odstręczyć od Zbigniewa jego stronników śląskich. Gdy Herman z wojskiem podstąpił pod gród wrocławski, Zbigniew zdołał uciec do Kruszwicy, gdzie w pościg za nim ruszył ojciec ze wszystkiemi siłami. Zbigniew przyzwawszy na pomoc duże siły pogan i mając siedm szyków Kruwszwiczan, wyszedł z grodu i stoczył walkę z księciem Władysławem, lecz Sprawiedliwy Sędzia rozsądził sprawie między ojcem a synem. Była to wojna gorzej niż domowa, gdyż syn przeciw ojcu, a brat przeciw bratu wznosił zbrodniczy oręż. Tam też - wierzę w to - nieszczęsny Zbigniew zasłużył na klątwę ojcowską, która go czekała w przyszłości. Tam tez Bóg Wszechmocny księciu Władysławowi tak wielkie okazał miłosierdzie, że wytępił nieprzeliczone mnóstwo przeciwników, a z jego żołnierzy poległo bardzo niewielu. Tak wiele zaś rozlano tam ludzkiej krwi i taka masa trupów wpadła do przyległego grodowi jeziora, że od tego czasu wzdragał się każdy dobry chrześcijanin jeść ryby z owej wody. W ten sposób Kruszwica, opływająca przedtem w bogactwa i rycerstwo doprowadzona została prawie do wyglądu pustkowia. Zbigniew zaś ocalony z nieliczną garstką, uciekając do grodu, nie był pewien czy życie straci, czy który z członków[2]. Atoli ojciec nie mszcząc głupoty młodzieńczej, by w zwątpieniu rozpaczliwem nie przystał do pogan, lub (innych) obcych ludów, skądby większe mogło zagrozić niebezpieczeństwo, udzieliwszy mu na żądanie gwarancji bezpieczeństwa życia i członków, zabrał go z sobą na Mazowsze i tam go w więzieniu w grodzie Sieciecha przez pewien czas poddał skrusze. Później zaś przy poświęceniu gnieźnieńskiego kościoła katedralnego (1097) za wstawieniem się biskupów i możnych przyzwał go do siebie i za ich prośbami odzyskał Zbigniew Polskę, którą utracił.

W dalszym ciągu tej zawieruchy wewnętrznej działał Zbigniew w najściślejszej zgodzie i porozumieniu młodszym bratem, Bolesławem Krzywoustym. Akcja ich przeciw Sieciechowi, którego podejrzewano powszechnie o chęć zgładzenia ich i zagarnięcia tronu dla siebie w porozumieniu z Judytą, nabrała siłą rzeczy charakteru buntu przeciw ojcu, który był niewolnym narzędziem w ręku Sieciecha, ostatecznie wypędzonego z kraju i pozbawionego władzy. Po śmierci Władysława Hermana (1102) wojna domowa obu braci miała charakter wichrzeń juniora Bolesława przeciwko seniorowi Zbigniewowi. Zakończyła się, jak wiadomo, bratobójczym oślepieniem, czem Bolesław Krzywousty utwierdził swe jedynowładztwo.

  1. Odtąd Zbigniew uznany za legalnego syna, miał jako pierworodny prawo do następstwa tronu po Władysławie Hermanie. Prawa te uznawało całe społeczeństwo, jak w szczególności widać ze stanowiska Śląska i Kujaw.
  2. Groziła mu za bunt kara śmierci, lub obcięcia członków.

Obrona niepodległości Polski w wojnie z cesarzem Henrykiem V (1109)

(Kronika tzw. Galla, ks. III, paragr. 2 - 15)
Gdy się to działo, cesarz Henryk IV, jeszcze w Rzymie nie ukoronowany - koronacja miała się odbyć na drugi rok - mając zamiar wkroczyć do Polski z potężnym wojskiem, przesłał do Bolesława wprzód poselstwo w te słowa: „Niegodnem cesarza byłoby i przeciwnem prawo rzymskim, wkraczać z orężem w ręku w kraj wroga, a zwłaszcza swego rycerza, pierwej, nim się go zapytało o pokój, jeśli chce być posłusznym, lub o wojnę, jeśli stawić chce opór, by miał czas ubezpieczyć się pierwej. Dlatego zawiadamiam cię, że albo zgodzisz się brata swego przyjąć, oddając mu połowę królestwa, a mnie płacić rocznie 300 grzywien trybutu lub tyluż rycerzy dostarczyć na wyprawę, albo ze mną - jeśli podołasz - podzielić mieczem królestwo polskie”. Na to książę północny Bolesław odpowiedział: „Jeżeli pieniędzy naszych lub rycerzy polskich żądasz, jako haraczu, to mielibyśmy się za niewiasty, a nie za mężów, gdybyśmy wolności swej nie bronili. Do przyjęcia zaś człowieka buntowniczego, lub do podzielenia z nim jednolitego (i niepodzielnego) królestwa, nie zmusi mnie przemoc jakiejkolwiek obcej władzy, a chyba jednomyślna rada moich ludzi i decyzja mojej własnej woli. Gdybyś z dobrocią a nie z zuchwalstwem zażądał pieniędzy lub żołnierzy na pomoc Kościołowi Rzymskiemu, uzyskałbyś napewno niemniej pomocy i rady u nas, jak ją znajdowali twoi przodkowie u naszych. Zatem bacz, komu grozisz: jeśli chcesz wojować, znajdziesz wojnę!”.

Odpowiedzią tą doprowadzony do niesłychanego gniewu cesarz takie w myśli powziął zamiary i na taką wstąpił drogę, z której już zejść ani zawrócić nie będzie mógł inaczej, jak tylko z ogromnemi stratami i upokorzeniem własnem. Zbigniew też rozgniewanego w ten sposób cesarza jeszcze bardziej podburzał, obiecując, że tylko niewielu Polaków będzie mu stawiało opór. Nadto także Czesi, nawykli do życia z łupów i grabieży, podniecali cesarza, by wkroczył do Polski, zapewniając go, że dobrze znają drogi i ścieżki, wiodące przez lasy Polski. Na podstawie takich rad i zachęty cesarz nabrawszy nadzieji, że odniesie zwycięstwo nad Polską, wkroczył wreszcie, lecz przybywając do Bytomia, doznał zawodu pod każdym względem. Albowiem ujrzał gród Bytom[1] tak uzbrojony i obwarowany, że zgniewany zwrócił się ze słowami oburzenia do Zbigniewa, mówiąc: „Zbigniewie, tak-to Polacy ciebie uznają za swego pana? Tak-to opuścili twego brata i domagają się objęcia rządów przez ciebie?”. A gdy chciał ze sprawionemu szykami wyminąć gród Bytom, jako niemożliwy do zdobycia ze względu na obwarowanie i naturalne położenie wśród rozlanych dokoła wód, wtedy niektórzy słynniejsi z jego rycerzy zboczyli pod gród, pragnąc w Polsce utwierdzić swą sławę rycerską oraz poznać siły i odwagę Polaków. Wobec tego grodzianie otwarłszy bramy i dobywszy mieczy wyszli naprzeciw, nie obawiając się ani mnogości różnorodnych wojsk ani natarcia Niemców ani obecności samego cesarza, lecz w obliczu ich stawiając odważny i mężny opór. Co widząc cesarz niesłychanie się zdumiał, patrząc mianowicie, jak ludzie nadzy walczyli gołemi mieczami przeciw tarczownikom a tarczownicy przeciw uzbrojonym w pancerze, a tak ochoczo pospieszali na walkę jakby na biesiadę.

...Bolesław na wiadomość, że cesarz istotnie wkroczył do Polski, z iloma mógł z tyloma rycerzami wyruszył i nakazał zastawić na wszelki sposób przejścia i brody na rzece Odrze. Zastawiono zatem wszystkie miejsca, w którychkolwiek możnaby w bród przejść rzekę, a nawet takie, w których ewentualnie sama ludność mogła ukradkiem próbować przejścia. Garstkę doborowych rycerzy nadto wysłał przodem do Głogowa dla pilnowania przejść na rzece...

Cesarz zaś postępując naprzód nie zbaczał ani w dół ani w górę (rzeki) dla próbowania brodów, lecz przekroczył wpław rzekę pod miastem Głogowem, w miejscu trudnem do przypuszczenia nawet, gdzie nikt przedtem nie wiedział, że tam jest przejście możliwe, ani nikt go nie bronił; przejścia dokonał w zwartym szykach z orężem w ręku, nie dając mieszkańcom czasu na przygotowanie się, w miejscu, do którego grodzianie nigdy żadnych obaw nie żywili ani nie przypuszczali, by się należało obawiać! Jeden ze zbiegów stawił się przed Bolesławem i opowiedział mu wszystko, co zaszło. A wtedy Bolesław bynajmniej nie czmychnął, jak bojaźliwy zając, lecz swoich, jak na mężnego rycerza przystało, zagrzał temi słowami: „O nieustraszeni żołnierze utrudzeni w wielu wojnach i na wielu wyprawach ze mną, bądźcie też teraz przygotowani ze mną albo zginąć za wolność Polski, albo życiem jej służyć dalej! Ja też już chętnie, choć z tak małą garstką, zacząłbym walkę z cesarzem, gdybym wiedział napewno, że jeśli tam polegnę, to zarazem od ojczyzny usunę niebezpieczeństwo. Lecz skoro na jednego z naszych przypada więcej nad stu wrogów, chwalebniej będzie tu stawić opór, niż tam idąc z małą garstką śmierć ponieść w zuchwałej walce. Gdy bowiem tu stawimy opór i wzbronimy wrogowi przejścia, będzie dość by i to poczytać za zwycięstwo”. To rzekłszy rozpoczął zasypywanie rzeczki, nad którą stał, ścinanymi w tym celu drzewami.
Tymczasem zaś cesarz wziął zakładników od Głogowian na takich warunkach, umocnionych przysięgą, że jeśli w przeciągu pięciu dni mieszczanie za pośrednictwem wysłanego w tym celu poselstwa zdołają doprowadzić do zawarcia pokoju, albo wogóle jakiegokolwiek układu, to po daniu odpowiedzi, czyto zgadzającej się na pokój, czy też odmownej, odzyskają z powrotem swych zakładników. Ugodzono się tak obustronnie z pewnym podstępnym zamiarem. Cesarz mianowicie w tym właściwie celu przyjął pod przysięga zakładników, bo spodziewał się po nich - choćby dopuszczając się wiarołomstwa - zdobyć miasto. Z drugiej strony zaś Głogowianie na to dali swych zakładników, by tymczasem umocnić niektóre miejsca w fortyfikacjach miasta zniszczone starością.

Atoli Bolesław posłuchawszy relacji poselstwa o daniu zakładników, uniesiony gniewem zagroził mieszczanom karą ukrzyżowania, gdyby ze względu na zakładników gród poddali, dodając, że lepiej będzie i zaszczytniej, jeśli i mieszczanie i zakładnicy zginą od miecza za ojczyznę, niż gdyby kupując zhańbiony żywot za cenę poddania grodu, służyli obcemu narodowi. Odebrawszy taką odpowiedź, mieszczanie donieśli cesarzowi, że Bolesław w tych warunkach nie chce się zgodzić na pokój i zażądali zwrotu swych zakładników, jak to było zaprzysiężone. Na to cesarz odpowiedział: „Owszem, jeśli mi gród oddacie, to zakładników nie będę zatrzymywał, lecz jeśli mi opór stawiać będziecie, to i was i zakładników w pień wytnę!”. Na to grodzianie: ”Możesz wprawdzie na zakładnikach dopuścić się i wiarołomstwa i mężobójstwa, lecz wiedz o tym, że przez nich w żaden sposób nie potrafisz uzyskać tego, czego żądasz!”.

Po tej wymianie poselstw cesarz nakazał budować przyrządy oblężnicze, chwytać za oręż, rozdzielić odpowiednio oddziały, otoczyć wsząd miasto wałem, chorążym zaś polecił dąć w trąby na bitwę, rozpoczynając zdobywanie miasta ze wszech stron naraz żelazem, ogniem i machinami. Z drugiej strony mieszczanie rozdzielili się odpowiednio między poszczególne bramy i wieże, umacniając przedmurza, przygotowując narzędzia wojenne, znosząc kamienie i wodę do bram i wież. Wtedy cesarz, sądząc, że umysły mieszczan może ugiąć się dadzą z litości dla synów i przyjaciół, polecił znaczniejszych pochodzeniem zposród zakładników oraz syna komesa grodowego przywiązać do machin oblężniczych, sądząc, że tak bez krwi rozlewu zmusi do otwarcia bram miasta. Tymczasem grodzianie nie oszczędzali własnych synów lub krewniaków więcej niż Czechów i Niemców, lecz zmuszali ich kamieniami i orężem do odstąpienia od murów. Widząc tedy cesarz, że przy pomocy takiego fortelu nie przezwycięży nigdy oporu miasta ani też umysłów załogi nie zdoła zachwiać w powziętem postanowieniu, stara się w dalszym ciągu osiągnąć siłą oręża to, czego podstępem uzyskać nie było mu danem. Zatem ze wszech stron przypuszczono szturmy do grodu, zewsząd krzyk potworny podnosząc. Niemcy atakują gród. Polacy się bronią, zewsząd machiny wyrzucają w powietrze olbrzymie kamienie, kusze dźwięczą, pociski i strzały latają w powietrzu, tarcze przedziurawione pękają, pancerze pryskają, szyszaki idą w drzazgi, trupy padają pokotem, ranni ustępują, a na ich miejsce natychmiast przychodzą nowi wojownicy.

Tymczasem Bolesław nie spoczywając ani we dnie ani w nocy przepędzał częstokroć Niemców, wychylających się z obozu za żywnością, często też w obozie samego cesarza siał postrach, uganiając się raz tu, raz ówdzie i czyniąc zasadzki na łupieżców i podpalaczy. Takiemi to sposobami przez wiele dni usiłował cesarz miasto zdobyć, lecz nic innego codziennie w zysku nie odbierał, jak tylko coraz to świeże trupy własnych rycerzy. Codziennie bowiem ginęło tam niemało szlachetnych mężów, których po wypruciu wnętrzności nadziewano solą i aromatami, składając na wozach, na których miał je wysłać cesarz do Bawarji lub Saksonji, jako jedyny haracz z Polski!

Wreszcie cesarz poznając, że daremnemi trudami udręcza swój lud, a woli Boskiej oporu stawić nie był w stanie, ułożył pewien tajny plan, a udawał, że co innego uczynić zamierza. Udając mianowicie, że ma zamiar ruszyć na Kraków, wysłał do Bolesława posłów w sprawie pokoju, oraz żądając okupu pieniężnego, ani tak wielkiego jak przedtem, ani z taką pychą, w te słowa mianowicie:
„Cesarz Bolesławowi, księciu Polski, oświadcza swą łaskę i pozdrowienie. Poznawszy twą dzielność, przychylam się do rad moich książąt i odebrawszy 300 grzywien, spokojnie stad odejdę. Wystarczy mi to zupełnie na dowód czci, jeśli nadal będzie pokój między nami i miłość. Jeśli nie spodoba ci się na to zgodzić, to rychło możesz mnie się oczekiwać w swej krakowskiej stolicy!”.

Na to odpisał cesarzowi książę północy:
„Bolesław, książę Polaków, pragnie wprawdzie pokoju, ale bynajmniej nie za cenę denarów. Do woli to pozostaje waszej cesarskiej władzy dalej maszerować lub też powracać już, lecz na podstawie pogróżek lub dyktując to jako warunek, nie spodziewaj się ode mnie otrzymać ani lichego obola! Wolę bowiem w tej chwili stracić królestwo Polski, broniąc jego wolności, niż na zawsze je zachować w hańbie poddaństwa!”.
Usłyszawszy taką odpowiedź cesarz uderzył na miasto Wrocław, gdy jednak nic więcej nie zyskał, jak świeże trupy własnych rycerzy. Gdy zaś przez dłuższy czas, udając jakby pochód na Kraków, kręcił się wkoło nad rzeką raz tu, raz ówdzie, w nadziei, że w ten sposób napędzi strachu Bolesławowi i zmiękczy jego umysł, Bolesław jednak bynajmniej nie dał się tem w błąd wprowadzić i stale tą samą co poprzednio dawał odpowiedź posłom cesarskim. Cesarz przeto widząc, że przez dalsze wyczekiwanie raczej grożą mu straty i niesława niż chwała lub zysk jakikolwiek, zdecydował się na dokonanie odwrotu, trupy swoich wioząc za cały haracz (z Polski). Widać stąd, że ponieważ przedtem dumnie żądał dużej ilości pieniędzy, to w końcu niewiele już się domagając, ostatecznie nie otrzymał ani denara! A że nadęty pychą zamierzał ujarzmić prastarą wolność Polski, Sędzia Sprawiedliwy pomieszał mu te zamiary, a na doradcę jego Świętopełka (księcia czeskiego) zesłał pomstę...

  1. Nad Odrą na Dolnym Śląsku; marsz odbywał się od Łużyc.

Testament Bolesława Krzywoustego(1138)

(Kronika mistrza Wincentego. Mon. Pol. hist. II, 363 - 364)
Gdy (Bolesław Krzywousty) czuł, że będzie musiał ulec koniecznemu przeznaczeniu (śmierci),polecił spisać testamentowe rozporządzenia, mocą których przekazał czterem synom przykłady cnót przodków i następstwo w rządach, rozgraniczając dokładnemi granicami cztery dzielnice z tem, by przy starszym co do wieku pozostawał pryncypat prowincji krakowskiej i godność książęcej władzy. Gdyby go zaś śmierć dosięgła, to zawsze starszeństwo wieku i zasada pierworództwa ma rozstrzygać spór o następstwo[1]. Przywodzą mu na pamięć piątego syna, będącego dotąd jeszcze dziecięciem, czemu o nim nie pamiętał, czemu nie wyznaczył dlań, żadnej części zapisu, a on im na to: ”Owszem od dawna pamiętałem i zapisałem”. A gdy się dziwowali, jakby to mogła być piata cześć miedzy czterema, ktoś nie wiem czy z żartu, czy poważnie podpowiedział: „Czyż nie widzicie, ze dla czterech władców czterokonny zbudowano wóz tetrarchji? a to temu dziecięciu zapisano dziedzictwo piątego koła u wozu”. A gdy dowodzono ojcu, że sporządza testament wbrew powinności rzekł: „Widzę w źrenicy oka jak cztery strumienie płyną z tej łzy, przeciwnemi zderzając się falami; niektóre z nich wśród najgwałtowniejszego swego wezbrania nagle wysychają. Natychmiast ze złotego naczynia zdrój winny wytryska i koryta owych potoków wypełnia aż po wierzch wspaniałemi drogiemi kamieniami. Niech zamilkną więc skargi na nieprawość testamentu, bo słuszną jest rzeczą, by sprawy małoletnich powierzać opiekunom, a nie małoletnim. Już zaś muszę wnijść tam, dokąd nikt się nie wybiera bez najzbawieńszego pokarmu podróżnego”. Przyjąwszy tedy zbawienne lekarstwo zakończył szczęśliwy żywot najszczęśliwszy książę, a jeszcze szczęśliwszy ojciec: niełatwo o nim powiedzieć, czy wśród jasności pokoju był szczęśliwszy, czy orężnemi zwycięstwami świetniejszy.

  1. W tym miejscu mistrz Wincenty, aczkolwiek świadom pojęć prawnych rzymskich i kanonicznych, wyraźnie pomieszał zasadę senjoratu i progenitury, które się z sobą tu nie pokrywają.