14 - Polska pogańska i słowiańska

Z Wiki Kielakowie.pl
Przejdź do nawigacjiPrzejdź do wyszukiwania
Teksty źródłowe do nauki historji w szkole średniej
z zachowaniem pisowni i słownictwa oryginału.
Zeszyt 14

Kraków 1923 rok

Nakładem Krakowskiej Spółki Wydawniczej
Druk W. Ł. Anczyca i Spółki w Krakowie.

W świetle źródeł przedstawił
Aleksander Brückner
profesor Uniwersytetu w Berlinie

Podania

Słowianie zachodni, Polacy i Czesi, nie mają - przeciwnie niż południowi (bałkańscy, głównie Serbowie i wschodni (Ruś), - żyłki epicznej, nie mają więc pieśni, podań, brak im tradycji dziejowej. U Polaków i Czechów zaczynają się dzieje dopiero z pierwszą zapiską kronikarza, kiedy ich książęta Mieszko i Borzywój, chrzest przyjęli. Ani Polacy, ani Czesi nie znali nawet nazwiska ich ojców-pogan. U obu ludów kołatało się jedynie głuche podanie i pierwotnym chłopskim panującego rodu początku. Gdy arystokratyczno-wojowniczy Germanowie swoich władców od półbogów wywodzili, zepchnęli ich demokratyczno - rolniczy Słowianie zachodni umyślnie między chłopów rolników. Takie podanie, o urzędowej wartości, podstawy wszelkich dalszych dziejów, zapisał pierwszy dziejopis polski „Galenus” to jest „Francuzem” przezywany, bo miał być mnichem z klasztoru św. Egidjusza (Saint Gilles) w Prowansji, Po roku 1110 skreślił dzieje polskie w trzech księgach, dwie z ich wyłącznie Krzywoustemu poświęcając, wedle tego, co mu dostojnicy duchowni na dworze Krzywoustego donosili, włożywszy nań zadanie dziejopisarza narodowego.
Podanie brzmi (tekst wedle Monumenta Poloniae historica):

O księciu Popielu.

Był w grodzie „gnieźnieńskim”, co się po słowiańsku: ”Gniazdem” wykłada, książę nazwiskiem Popiel, mający dwu synów, który według zwyczaju pogaństwa na ich postrzyżyny wielką ucztę zgotował, gdzie zaprosił wielu swych znacznych panów i przyjaciół. Zdarzyło się zaś z ukrytej rady boskiej, że nadeszło tam dwóch obcych gości, których nietylko nie zaproszono na ucztę, ale ich nawet z grodu niepoczciwie odprawiono. Wzdrygnąwszy się natychmiast przed nieludzkością owych grodzian, ustąpili do podgrodzia i dostali się zupełnie przypadkowo przez domek rataja u owego księcia, co to dla synów ucztę urządzał. Ubożuchny ten mąż, serdecznie tkliwy, zaprosił owych gości do swego domku i ubóstwo swe im jak najrychlej zaofiarował. Oni zaś wdzięcznie ku zaproszeniu ubogiego się przychylili i wchodząc pod strzechę gościnną, powiedzieli: „Cieszcie się żywo z naszego przybycia i miejcie z niego obfitość dostatków a część i sławę z potomstwa”.

O Piaście, synu Chościska.

Mieszkańcy gospody zaś, zwani on Piastem, synem Chrościska, a żona jego Rzepką, starali się z wielką serdeczną życzliwością wedle sił potrzeba gości usługiwać a widząc ich mądrość, umyślili za ich radą dokonać, jeśliby się co skrytego wypadło. Gdy zaś wedle zwyczaju siedząc rozmawiali o przeróżnem, a pielgrzymi zapytali, czy dostaćby tu jakiegoś napoju, odpowiedział gościnny rataj: „mam wiaderko nakisiałego piwa, com przygotował dla postrzyżyn mego jedynaka, lecz cóż ta drobnostka znaczy? Wypijcie, jeśli raczycie!”. Bo ubogi ten wieśniak postanowił, kiedy pan jego dla synów ucztę przygotowywał - skoro w inny jaki czas dla zbytniego ubóstwa nie było mu to możliwe - jakąś przyprawę na postrzyżyny swego malca wygotować i kilku przyjaciół i ubogich, nie na biesiadę, lecz na przekąskę zaprosić; a karmił i prosiaka, zachowując go do tej usługi. Dziwy opowiem, lecz któż zdoła wielmożności boskiej dociec? Lub któż odważy się o dobrodziejstwa boskie się spierać? Który do czasu i pokorę ubogiego nieraz wywyższa i gościnności nawet pogańskiej nagrody nie odmawia. Pewni swego goście każą mu piwo szynkować, o którem wiedzieli dobrze, że przy piciu nie ubędzie go, lecz się pomnoży; opowiadają bowiem, że tyle tego piwa przybywało, aż wszelkie pożyczone naczynia, nawet te które próżne się stały u wymienionego księcia, nim ponalewano. Rozkazali też i owego (wymienionego wyżej) prosiaka zarżnąć i opowiadają, że, co cud, dziesięć „cebrów” - taka to nazwa słowiańska tych garnków - napełniono. Gdy Piast i Rzepka ujrzeli cuda, co się działy, wyczuli jakąś znaczną wróżbę o chłopcu i już zamierzali zaprosić księcia i jego biesiadników, lecz nie ważyli się tego, nie spytawszy się wprzód o to pielgrzymów. Cóż zwlekać? Za radą i podnietą gości zaprosił rataj Piast własnego księcia i wszystkich jego biesiadników i nie wzgardził książę zajść do wieśniaka swego. Jeszcze nie było bowiem księstwo polskie tak znaczne, ani nadymał się pan tego okręgu takim dumnym przepychem, ani stawiał tak hardych kroków, otoczony takim orszakiem służby. Rozpoczęto wedle zwyczaju biesiadę a wszystkiego nagotowano obficie i ostrzygli owi goście chłopca i nadali mu imię Siemowita z wieszczby przyszłości.

O Siemowicie i następcach jego.

Po takiem zdarzeniu rósł chłopiec Siemowit, syn Piasta Chrościskowego, w siły i lata, a z dnia w szlachetność, tak, że król królów i książę książąt jego zgodnie księciem Polski ustanowił a Popiela wraz z potomstwem doszczętnie z państwa wytracił. Dawni bowiem starcy opowiadają, że ów Popiel, wygnany z państwa, takie od myszy prześladowanie ucierpiał, że właśni jego ludzie idący za nim, na wyspę go dlatego przenieśli i tak długo go bronili w wieży drewnianej przed owemi zażartymi zwierzątkami, co za nim przypłynęły, aż go wszyscy opuścili dla smrodu zabitego mnóstwa, morem ziejącego i tak wyzionął ducha Popiel ducha najszkaradniejszą śmiercią, gdy go owe potwory zagryzły. Ale opuśćmyż wyliczanie czynów ludzi, których wspomnienie niepamięć dawnego wieku zgubiła a błąd i bałwochwalstwo zeszpeciły, i zwięźle ich wymieniając, przejdźmy do opowiadania tego, o czem dokładnie wspominanie pamięta. Gdy zaś Siemowit otrzymał panowanie, nie w rozkoszy ani bezmyślnie młodość trawił, lecz ćwiczeniem pracy i wojownictwa zdobył rozgłos zacności i sławę czci i granice panowania swego dalej niż ktokolwiek inny rozszerzył. Na miejsce zmarłego podstąpił Leścik syn jego, co się przyrównał czynami wojennymi zacności i dzielności ojcowej. Po zmarłym Leściku nastąpił syn jego Siemomysł, co pamięć ojców potroił i rodem i dostojeństwem. Ten zaś Siemomysł spłodził wielkiego i pamięci godnego Mieszkę, który wpierw innem nazwiskiem zwany, siedm lat od urodzenia był ślepy. Gdy zaś siódma nawróciła rocznica urodzenia, zwołał ojciec chłopca zwykłym trybem zbór cześników i innych swoich dostojników i obfitą a uroczystą obchodził biesiadę. Pokryjomo zaś z głębi serdecznej pomiędzy potrawami wzdychał z powodu ślepoty chłopca, jakby żalu i wstydu pamiętny. Gdy zaś się inni cieszyli i wedle zwyczaju w dłonie klaskali, jednej radości druga dopełniła, co oznajmiła, że ślepy chłopiec przejrzał. Ale żadnemu, co to zwiastował, ojciec nie uwierzył, aż matka wstawszy od stołu do chłopca weszła. Ona węzeł wątpliwości ojca odcięła i wszystkim wkoło siedzącym, że chłopiec przejrzał, objawiła.

Bajki

Do podania ludowego o Siemowicie, synu chłopskim, dodał „Gall” bajkę - anegdotę o myszach Popielowych. Że panów świętokradców lub ciemiężycieli ludu, z dopuszczenia bożego myszy zagryzły, takie baśni krążyły w Niemczech w dziesiątym wieku i stamtąd do Polski przywędrowały. Tu opowiadano je o jakimś Popielu, co wygnany dla zbrodni z kraju, na straszliwszą jeszcze karę zasłużył. Tego to Popiela wysunął dowolnie Gall a raczej „nauczyciel” jego, na księcia panującego a później go do Kruszwicy i Gopła przenieśli. Podobnych bajek-anegdot krążyło więcej i zapełnił nimi następny dziejopis, mistrz Wincenty (późniejszy biskup krakowski; zmarły w 1223 roku jako Cysters, zakonnik), cała pierwszą księgę dziejów, dopiero „drugą” od „Piasta” poczynając. Ale napuszona wymowa jego poprzestrajała na wzór starożytny owe bajki. Pisarzowi, co bez wahania twierdzi, że Julja, siostra Juljusza Cezara, żona Lestka polskiego (?), założyła i nazwała wedle siebie gród „Lulin”, a druga żona Lestkowa z zazdrości w „Lublin” odmieniła, takiemu pisarzowi nic w księdze pierwszej wierzyć nie wolno. Nawet szczegół, że ów Lestko, pomny i on swego chłopskiego początku, w odzieży chłopskiej deptał szaty książęce, zanim je wkładał, jest tylko odmianką anegdoty historycznej. Więc ze wszystkich bajek Wincentowych powtórzmy tylko jedną, o Kraku i Kraczętach, ponieważ ta właśnie bajka, najniesłuszniej w świecie, prawa obywatelstwa nabyła i jej Wandę poeci od Krasińskiego do Wyspiańskiego coraz inaczej wyczarowali.

O Kraku i Wandzie.

Polska, przez najjaskrawsze powodzenie Kraka powiększona, ustanowiła potomstwo jego jako najgodniejsze następstwa. Cóż, kiedy drugiego z jego synów zbrodnia bratobójstwa zohydziła! Był bowiem w debrach pewnej góry potwór najsroższej dzikości. Smokiem zwali go niektórzy. Jego żarłoczność wymagała pewną ilość bydła co tygodnia wedle dni liczonych. Jeśli ich mieszkańcy niby ofiar jakichś nie dostawiali, karał ich potwór o tyle głów ludzkich. Krak nie znosząc tej zguby, jako syn czulszy ku ojczyźnie niż jako ojciec ku synom, przywołał potajemnie synów i wszedł z nimi w radę a oni zobowiązali się do walki z potworem. Pokusiwszy się napróżno o jawne mężów męstwo czy o gołych sił odwagę, zmuszeni byli wkońcu uciec się do pomocy przemyślności. Skóry bowiem bydlęce pełne gorejącej siarki położyli na zwykłym miejscu zamiast bydła, a gdy smok jaknajłapczywiej je łykał, udusiły go wewnątrz wybuchające płomienie. Młodszy jednak podchodzi i zabija brata, nie jako spólnika, lecz jako zawistnika zwycięstwa i państwa. Zgonowi z łzami krokodylowymi towarzyszy, kłamiąc, że poległ on od potwora, podejmowany od ojca jako zwycięzca z wdzięcznością. Tak nastąpił młodszy Krak w władzy ojcowskiej, dziedzic niecny, lecz dłużej od bratobójstwa skalany, niż władzą świetny. Niebawem bowiem, gdy zdrady się doszło, ukarano do wiecznem wygnaniem. Ależ na górze smoczej założono rychło gród znakomity, od nazwiska Krajka Krakowem zwany, aby Krak żył w wiecznej pamięci i nie prędzej zaprzestano obrzędów pogrzebowych, niż je ukończeniem grodu zawarto. Niektórzy nazywali gród Krakowem od krakania kruków, co się tam nad padliną potwora zleciały. Lecz tak wielka miłość zmarłego księcia przejęła radę panów, całe pospólstwo, że jedyną jego dzieweczkę, Wandą zwaną, na władzę ojcowską wyniesiono. Celowała ona nad wszystkim zarówno pięknością kształtu jak wszelaką wdzięku układnością tak dalece, żeś pomawiał przyrodę, jako w jej wyposażeniu nie szczodrą, lecz rozrzutną, bo i mądrych najdoświadzeńsi jej się radom dziwili i najsrożsi z nieprzyjaciół na jej widok łagodnieli. Gdy więc jeden zwierzchnik Lemanów (Niemców) w celu pustoszenia owej ziemi się rozbijał, jakoby zamierzał opróżnione pochwycić państwo, został pokonany raczej niesłychaną jakąś dzielnością, niż bronią. Skoro bowiem całe jego wojsko królową znaprzeciwka obaczyło, oślepło jakby nagle od jakiegoś promienia słonecznego i wszyscy jakby na rozkaz boski wyzuli myśli wrogie i od walki odstąpili, twierdząc, że od świętokradztwa, nie od walki się uchylają, nie człowieka się boją, lecz nadludzką w człowieku szanują powagę. Król zaś ich, niewiadomo, czy tęsknicą miłości czy oburzenia czy obojga ranny, prawi: „Wanda nad morzem, Wanda nad ziemią, Wanda nad powietrzem niech włada! Niech bogom nieśmiertelnym Wanda ofiarę ze swoich składa, ja zaś moi wielmoże uroczystą podziemiom ofiarę ślubuję, aby tak wasza, jak waszych potomstw pod kobiecą zestarzała się władzą”. Rzekł i ducha „na dobytą wbiwszy się broń, wyzionął”, „życie zaś jego oburzone z jękiem zbiegło do cieni”. (cytat z Wergiljusza!). Od niej miała wyjść nazwa rzeki Wandalus (Wisła), bo środowiskiem jej państwa była, stad Wandalami zwano wszystkich, co jej podlegali rządom. Ponieważ zaś wszelkiemi pogardziła związkami, ba, nad małżeński stan wolny przeniosła, umarła więc bez następcy i długo chromało po niej państwo bez króla. Uwaga: Każdą bajkę wolno następnemu opowiadaczowi dowolnie rozwijać. Korzystali też z tego późniejsi aż do Długosza, ale nie godzi się ich wymysłów powtarzać. Oni to Wandę w Wiśle uśmiercili, o czem się jeszcze mistrzowi Wincentemu ani nie śniło. Także pominęliśmy wszelkie doczepki do bajki Popielowej, o stryjkach jego itp. Z bajek Wincentego jedna da się łatwo wyłuskać. Na „Wawelu” (tj. w „wąwozie”) była jama, niegdyś zamieszkała, o czem kości spożywanych zwierząt świadczyły. Później tłumaczył sobie ludek krakowski, jak każdy inny, te kości jakimś smokiem, co tu ludzi i bydło pożerał i opowiadał szewcu Skubie, co szewskim cudem a poniekąd i biblijnym, Danielowym, owego smoka zgładził. Ale bajki o smokach układa się i inaczej. Zabija go po zaciętej walce rycerz, a niewierny sługa korzysta z jego omdlenia, morduje go i sobie jego zasługę przypisuje lecz zdrada wydaje się i karze. Za takiem opowiadaniem poszedł Wincenty i pozbywał się wygodnie zmyślonych obu synów „Grakchowych” bo tak z łaciny on ojca nazywał, choć Krak, od którego nasz Kraków, jak tyle innych Krakowów na całej Słowiańszczyźnie nazwano, jest tylko inną nazwą „kruka”. Tak się tłumaczy jego bajka „smocza”, ale bajka o Wandzie tak zamotana, że nic z niej nie wywikłać na pewne. Cud to raczej chrześcijański jakiś niż pogański; podobne działa widok św. Wacława na wrogów jego, w walce czy na dworze cesarskim. Tylko samą nazwę Wandy zmyślił Wincenty, bo nigdy żadna Słowianka tak się nie nazywała, u nas dopiero po romansach XVIII wieku tę nazwę sztuczną przyswojono. Umyślił sobie bowiem Wincenty, że Wisła Wandalem a i Polacy od niej Wandalami się nazywali, więc z mniemanej nazwy rzeki odgadł jakąś Wandę, z taka samą pewnością, co z Lublina Julję Cezarową. W podaniu o „Piaście” nazwa Siemowita niczego nie wróżyła, bo od siemja = familja, się wywodzi, (por. Siemiradzki i inne). Piasta (tj. tłuczek), Rzepkę i Chościska (tj. miotłę, od chwosta = ogona), dorobiono mu później jako chłopską rodzinę, jednakże nigdy się do niej ród panujący nie przyznawał, jak czeski do chłopa Przemysła, ślepota Mieszki jest alegorją: on „przejrzał”, ale nie w siódmą rocznicę urodzin, lecz w dzień chrztu świętego, a to jego przejrzenie wytłumaczono dosłownie bajką o ślepocie.

Opisy życia słowiańskiego.

  • Źródła greckie

Polska przedchrześcijańska, która spisanych dziejów własnych nie posiada, żyła, zanim ją żelazna ręka Mieszka i Chrobrego do ustroju frankońskiego nie zniewoliła, swoim odwiecznym trybem, tj. słowiańskim. Więc co obce źródła, greckie, ruskie, arabskie, niemieckie, duńskie, o pogańskich Słowianach nad Dunajem, Dnieprem i Odrą opowiadają, wolno poniekąd i do Polski pogańskiej a słowiańskiej stosować. W tych opowiadaniach zajmują jednak Słowianie różnorakie stopnie kultury. Najniżej stali naddunajscy, bo na wyprawach zbójeckich rzuciwszy odwieczne sadyby, nie zająwszy ostatecznie nowych, opadali coraz niżej. Najwyżej wznosili się Słowianie bałtyccy, szczególniej pomorscy w Szczecinie i w grodach okolicznych i na wyspie Rugji, bo wybrzeża osiągają już kulturę, kiedy o niej ląd głęboki ani marzy, jako wystawione na wpływy obce, co wybrzeże najpierw dotykają. Między temi ostatecznościami zajęła Polska pośredni raczej stopień, bliższa Czechom czy Rusi, niż Naddunajcom. O tych właśnie prawią źródła greckie, a mianowicie historyk Prokopjusz, to towarzysz słynnego wodza greckiego Belizara, około połowy VI wieku, i późniejszy o jakieś lat kilkadziesiąt, tzw. Maurycjusz (niesłusznie z cesarzem tegoż samego nazwiska, zmarłym w 602 r., utożsamiany). Dla dawności zajęły ich opowiadania miejsce pierwszorzędnej wagi, chociaż wartość ich bardzo nierówna. Nazywają obaj Naddunajców Słowianami i Antami. Ta druga nazwa później rychło się zgubiła i wiemy tylko, że oznaczała ona tych samych Słowian, ale bardziej na wschód wysuniętych. Otóż Prokopjusz w historji, gdy u rzecz o Słowianach i Antach wypadła, tak ich przedstawił:

Najstarsze wiadomości o Słowianach naddunajskich (przed rokiem 550).

Ludami temi, to jest Słowianami i Antami, nie rządzi jeden mąż, ale żyją oni od starodawna w gminowładztwie i dlatego obchodzą ich wspólne zdarzenia szczęsne i przeciwne a niemal i co do wszystkiego innego równy panuje zwyczaj odwiecznie u obu tych dzikich ludów. Uznają bowiem jednego boga, gromowładcę, jako jednego wszechrzeczy pana i ofiarują jemu bydło i wszelki zwierz ofiarny. Przeznaczenia ani znają ani ogółem dopuszczają, jakoby nad ludźmi władało, ale jeśli im śmierć już przed oczyma, czy to schorzałym, czy przystępującym do walki, ślubują, ze w razie ocalenie bogu natychmiast za duszę ofiarę wniosą a ocalawszy ofiarują. Co przyrzekli, w mniemaniu, że kupili sobie ocalenie za tę ofiarę. Co prawda czczą i rzeki i boginki i wszelakie bóstwa i im wszystkim składają ofiary, a przy ofiarach wróżą. Żyją zaś w nędznych chałupach, znacznie od siebie rozproszeni, często też odmienia każdy miejsce zamieszkania. Wstępując do walki, tłumy pieszo przeciw wrogom ruszają, oszczepy i małe tarcze dzierżąc w ręku, nigdy zaś nie przywdziewają pancerzy. Niektórzy zaś nie noszą ani kabatu ani giermaku, ale tylko spodnie po pas ustroiwszy, tak do utarczki z nieprzyjacielem stawają. Posiadają też oba ludy jedną prawdziwie dziką mowę, ale co do wyglądu niczem się nawzajem nie różnią. Wszyscy bowiem odznaczają się wzrostem i odwagą, a co do ciała i włosów ani są zbyt biali czy blondyni ani im się to bynajmniej w czerń nie odwraca, ale wszyscy a rudawi. Jak Massageci, i oni wiodą sposób życia twardy i zupełnie zaniedbany a brudu u nich, jak u tamtych, stale po same uszy. Źli jednak albo złośliwi bynajmniej nie bywają, lecz w swej prostocie zachowują sposób Hunnów. A nawet nazwę mieli Słowianie i Antowie pierwotnie spólną, gdyż niegdyś obu zwano „Sporami”, dlatego jak mniemam, ze sporadycznie rozmieszczeni kraj zamieszkują. Więc też obsiedli obszerną ziemię, skoro sami najznaczniejszą część przeciwnego brzegu Dunajowego zamieszkiwają. Tak ma się rzecz z tym to narodem[1].

  1. Nie należy przeceniać doniosłości źródła tego; wedle ogólnego trybu starożytnych daje i Prokop- jusz raczej tylko schemat ogólnikowy, w który Grek wszelkich barbarzyńców, dawnych i nowych, Massagetów (Scytów) i Hunów, stale wciskał; nie umiał tez Prokopjusz nazwać owego praboga, którym „Piorun” kijowski na pewno nie bywał; niezrozumiałe też, co o Sporach jakichś przytacza; nie znali bowiem Słowianie ani nikt inny żadnej takiej nazwy.

Tzw. „Maurycjusz” w księgach o gotowości wojennej - „Strategikon” (po roku 550)

Jak należy się zachowywać wobec Słowian i Antów i im podobnych.
Ludy Słowian i Antów są jednego sposobu życia i charakteru a swobodne, nie dają się nakłonić ku ujarzmieniu czy panowaniu a już najmniej na własnej ziemi. Ludy są i wytrwałe, znoszą z łatwością upały i mrozy i plute i nagość ciała i środków niedostatek. Względem obcych do nich przybywających są łaskawi i z gotowością dostawiają ich w całości z miejsca na miejsce, dokąd im trzeba. Jeśliby zaś dla niedbałości podejmującego obcy doznał uszczerbku, walkę przeciwko temu zwodzi ten, kto obcego odstawił, pomstę za obcego uważając za świętość. Jeńców zaś własnych nie zatrzymują, jak reszta ludów, w niewoli na czas nieograniczony, ale naznaczywszy im termin pozostawiają ich mniemaniu, czy chcą za pewną opłatą oddalić się do swoich czy pozostawać u nich w swobodzie i miłości. Pod dostatkiem mają wszelakiego bydła i zbiorów, chowanych gromadnie, a najwięcej prosa i bru (? może bobru, może brukwi? - skryba). Kobiety zaś ich żyją zacnie ponad przyrodzenie ludzkie, tak że znaczna ich część zgon własnych mężów uważa za śmierć własną i same się dobrowolnie zaduszają, wdowieństwa za życia nie uważając. Mieszkają zaś w lasach, bagnach i błotach nieprzystępnych, a wyjścia swych osiadłości urządzają wielokrotnie, dla przygód, jakie ich, jak to bywa, trafiają. Własne rzeczy przydatne w tajni zachowują, nic zbędnego na jawi nie posiadając. Pędząc zaś życie zbójnickie z upodobaniem, w gąszczach, wąwozach i skałach na wrogów własnych przewag się podejmują. Zażywają zaś zręcznie dniem i nocą zasadzek, napadów nagłych i zdrad, urządzając je na wszelkie sposoby. We wprawie przebradzania rzek celują wszystkich ludzi i dzielnie trwają w wodzie, tak, że częstokroć gdy bawiąc u siebie, zostaną nagle napadnięci z przygody, zanurzą się w głębi wody, a długie do tego przyrządzone trzciny, całkiem wydrążone, tkwią im w ustach, sięgające aż do powierzchni wody. Leżąc na wznak w głębi, oddychają przez nie i starczy im to na wiele godzin, tak, że żadnego o nich podejrzenia nie bywa, a nawet gdy się przytrafi dojrzeć tych trzcin nazewnątrz, niedoświadczeni za zrosłe z wodą ich uważają. Ci zaś, co o tem doświadczeni, rozeznawszy trzciny wedle ścięcia i układu, albo im niemi usta przebijają, albo je wyciągają i dobywają ich z wody, gdyż nie mogą dalej wytrwać w wodzie. Zbroją się każdy dwoma małemi oszczepami, niektórzy z nich dzielnemi ale ciężkiemi do przenoszenia tarczami. Używają i łuków drewnianych i strzałek, pomazanych jadem przypraw, który działa, jeśli zraniony przezeń nie uprzedzi go piciem dryakwi albo innemi środkami pomocniczemi, znanemi przez lekarzy, albo szybkim wycięciem rany, aby reszty ciała nie przeżarł. Bezrządni zaś i nawzajem zawistni sobie nie znają szyku bojowego ani starają się walczyć ściśnieni, ani pojawiać się na miejscach otwartych i równych. Jeżeli zaś się odważą, to w chwili spotkania z wrzaskiem posuwają się nieco naprzód, i jeśli przeciwnicy cofną się przed ich głosem, raźnie następują. W przeciwnym razie tak samo uciekają, nie kusząc się o ręczne spróbowanie siły swych wrogów. Uciekają zaś do lasów, mając tam wielką pomoc, jako umiejący walczyć swobodnie w gąszczach. Boć często unosząc zdobycz, dla małego popłochu nią wzgardzają i w lasy wbiegają, a kiedy ich napastnicy koło zdobyczy się trudzą, z łatwością przeciw nim powstają i im straty zadają. Toż starają się czynić z rozmysłu i z własnej woli, na przynęcenie wrogów. Na wszelki zaś sposób zdradliwi są i niezgodni w umowach, ustępując raczej dla strachu niż dla darów. Skoro zaś różnica zdań między nimi zawładnie, albo się zgodzą, inni wnet uchwałę przekręcają, gdy z wszyscy przeciw sobie wrogo są usposobieni i żaden drugiemu ustąpić nie chce.
Wyprawy przeciw nim wypada raczej zimową porą przedsiębrać, kiedy to dla obnażonych drzew nie łatwo mogą się ukrywać, ale i śnieg ślady uciekających nawodzi a żywot ich nędzny bywa jakby nago a zresztą i dla mrozu rzeki łatwo przebywać.
Ile możności należy się wystrzegać, aby nie czynić przechodów latem w miejscach nieprzystępnych albo w gąszczu byle jak, nieopatrznie, szczególnie jeśli wróg się skupił, zanim się go nie wypłoszy piechotą lub konnicą. Ponieważ zaś królików u nich wielu a niezgodni z sobą, nie od rzeczy więc będzie, niektórych z nich zjednać sobie czy namowami, czy darami, a najbardziej tych, co bliscy u granic, na drugich zaś napadać, aby wrogość przeciw wszystkim nie sprawiła zjednoczenia czy jednowładztwa. Starannie zaś należy dozorować zbiegów, obiecujących pokazywać drogi lub cos zdradzić. Bo czasem na Romeów przekształceni i zapominając o własnych, wyżej cenią przyjaźń ku wrogom. Należy ich obłaskawiać, gdy się dobrze prowadzą, karać zaś źle czyniących. Zasobów, nabywanych w ziemi, nie należy zaraz bezcelowo tracić, ale starać się przenieść do własnej, czy to bydłem jucznem, czy łodziami, skoroż bowiem ich rzeki do Dunaju wpadają, przeprowadzkę łatwo łodziami uskutecznić.
Ponieważ zaś kraje Słowian i Antów rzędem nad rzekami leżą i wzajem się stykają tak, że niema między nimi uwagi godnego przestworu, powszechnie zaś las i bagna i trzcinowiska ich otaczają, wiec w wyprawach przeciw nim podejmowanych zdarza się, że wraz z napadem na pierwszą ich krainę i gdy cale wojsko tam się zabawia, inni jako sąsiedzi a lasy blisko mając, dostrzegając popłochu jako z bliska, łatwo uprowadzają swe zasoby. Młodzież ich zaś wystraszona przy nadarzającej się sposobności znienacka na nasze wojsko napada, tak, że tam nic znacznego ku szkodzie wroga zdziałać nie mogą, co przeciw nim ciągną.
Przy podobnych wyprawach nie należy pojmować nieprzyjaciół zdolnych do walki, ale wszystkich napotkanych zabijać, dalej spieszyć i nad nimi się nie zabawiać (szczególnej ci, co wyprawą dowodzą) i łowić pomyślną chwilę. Częściowo powtarza to samo inny pisarz bizantyjski, cesarz Leon, zmarły r. 741, w 18 rozdziale swojej „Taktyki”, wedle jego Słowianie swobodę najgoręcej miłujący, szczególnie gdy za Dunajem jeszcze żyli, prosem się głównie żywili, kochając się najbardziej w oszczędnej mierności, niechętnie ponosząc inne mozoły rolnicze przekładając sposób życia lekszy i bez trudów nad zdobywaniem zbytku w potrawach i przyborach, za cenę usilnej pracy.

Uwaga: Sprawozdanie tzw. Maurycjusza jest nierównie cenniejsze niż Prokopjuszowe, bo polega na istotnym znawstwie Słowian, nie na schemacie, jak Prokopjuszowe. Nie brak tu jednak przesady. Doświadczenia dowiodły, że nie można oddychać przez trzciny (czy rury) na większej niż półmetrowej głębokości, tj. przy brzegu tylko i nie dłużej niż kilkanaście minut, chyba, jeśli można co chwila głowę całkiem wychylać i woda nie ma być zbyt zimna i trzciny muszą być bardzo grube. To samo po wiekach u nas z równą przesadą o hajdamakach donoszono, jeśli nie przeniesiono po prostu na nich opowieści Maurycjuszowej.
Ściślej odpowiada natomiast prawdzie, co on o „dobrowolnym” ( w istocie wymuszonym przez obyczaj), samobójstwie wdów prawi. We cztery wieki później opowiadał to samo o Polsce pogańskiej rocznikarz niemiecki Thietmar, a o Słowianach w głębi dzisiejszych Niemiec i Frankonji i innych św. Bonifacy w liście do króla anglosaskiego w roku 744 donosił: „Wenedzi (tj. Słowianie), acz najbrzydszy i najpośledniejszy z rodów ludzkich, tak silnym zapałem małżeńskim miłość spólną uprawiają, że żona uchodzi u nich za chwały godną, co sobie własnoręcznie śmierć zadała, aby na jednym stosie wraz z mężem swoim spłonąć”; wedle Thietmara „za czasów Mieszki, gdy był jeszcze poganem, każda żona towarzyszyła po straceniu pogrzebowi męża swego, w ogniu spalonego”.
O gościnności słowiańskiej porównaj niżej przytoczone świadectwa niemieckie, a już wyżej (punkt 1) czytaliśmy, jak się „Piastowi” gościnność odpłaciła słowiańska i wolno tylko zapytać, czy z cudem wynagrodzonej gościnności, a więc z anegdotą budującą, łączyło się istotnie Siemowitowe panowanie? Że Słowianie znakomicie rzeki w bród przechodzili, wiemy i skąd inąd. Zamilczał jednak Maurycjusz, jak oni w budowlach wodnych (mostach, czółnach), byli znakomicie wyćwiczeni. Korzystali z tego i Awarowie sami.
Inne opowiadania greckie, o Słowianach bałkańskich, Chorwatach i Serbach, w dziele cesarza Konstantyna Porfirogenety (zmarłego r. 957), dotyczącą już wyłącznie rozsiedlenia się ich na półwyspie, wywołało zaś znaczne nieporozumienie co do jakiejś Białochorwacji, niby zakarpackiej (plątano z nią ziemię małopolską) i co do wyjścia rodu panującego w Zecie (tj. Czarnogórze), z nad Wisły - ale druga mniemana jej nazwa, nigdy nie słyszana Diciki czy Liciki, na całe opowiadanie cień rzuca wątpliwości.

  • Źródła słowiańskie

Ciekawsze niż greckie bywają źródła ruskie, bo tryska z nich, oprócz domysłów rocznikarskich, bez których się średniowiecze nie obchodziło, żywa tradycja ludowa nieskończenie obfitsza niż polska i czeska, gdyż stosunki na Rusi nie ulegały tak nagłej ani gruntownej przemianie, jak a na zachodzie frankońskie wywoływały rządy i wzory. Z roczników kijowskich, docierających początków XII wieku, a więc współczesnych naszemu „Gallowi”, krążących zaś po utartą nazwą mnicha „Nestora”, przytacza- my według tekstu w wydaniu Miklosicha (1861) ustępu o początkach Słowian i o życiu-bycie ich pogańskim, jak i o pierwszych ich książętach.

O rozgałęzieniu Słowian polskich (Lachów) i o Awarach-Obrach.

Gdy Rzymianie Słowian naddunajskich naszli i zasiadłszy między nimi ich niewolili, jedni Słowianie przyszedłszy usiedli nad Wisłą i przezwali się Lachami, a inni z tych Lachów przewali się Polanami, inni zaś Lachowie Lucicami, inni Mazowszanami, inni Pomorzanami. Tak i ci Słowianie przyszedłszy siedli nad Dnieprem i nazwali się „Polanie”, a drudzy „Drzewianie”, bo w lasach siedzieli, a drudzy siedli między Przypecią a Dźwiną i nazwali się „Dregowiczy”. Inni usiedli nad Dźwiną i nazwali się Połoczanie, od rzeki Połoty, cieknącej do Dźwiny. Słowianie zaś którzy siedli koło jeziora Ilumienia przezwali się własnem swym imieniem (tj. Słowianie) i zbudowali gród i nazwali do Nowym Grodem. A drudzy siedli nad Dziesną, Siemią i Sułą, ci nazwali się „Siewierz”... A od Połoczan są Krzywiczy, co siedzą na wierzchowiskach Wołgi i Dźwiny i Dniepru, których grodem jest Smoleńsk, bo tu siedzą Krzywiczy... Radzimiczy zaś i Wiatyczy (są) od Lachów, bo było u Lachów dwóch braci, Radzim, a drugi Wiatko[1] i przyszedłszy siedli: Radzim nad Sożem i przezwali się Radzimiczy, a Wiatko siadł z rodem swym nad Oką a od niego przezwali się Wiatyczy. Dulebi zaś siedli nad Bugiem, zwali się Bużanie, później zaś Wołynianie. (Za czasów Herakljusza, 610 - 640) byli i Obrzy, którzy nań wojowali i omal go nie jęli. Ci Obrzy wojowali z Słowianami i zniewolili Dulebów - Słowian i kobiety Dulebskie uciskali. Gdy wypadała jazda Obrzynowi, ani konia ani wolu nie raczył zaprzęgać, lecz kazał zaprząc do telegi (wózka) trzy lub cztery lub pięć kobiet i ponieść Obrzyna i tak męczyli ono Dulebów. Bo byli Obrzy wielcy ciałem a bardzi myślą i wytrzebił ich Bóg i wymarli wszyscy i nie pozostał ani jeden Obrzyn i jest do dziś przysłowie na Rusi: „zginęli jak Obrzy” (których niema ani plemienia ni potomstwa).

  1. Więtko, Więcław = Wacław.

Zwyczaje tych plemion.

Mieli zaś (ci polanie, Drzewianie itp.), zwyczaje swoje i ojców swoich oprawo i podanie, każdy swój obyczaj. Bo Polanie mają od ojców swych obyczaj łagodny i skromny i wstydliwość przed swojemi synowemi i siostrami i matkami i rodzicami; prze szwagrami i świekrami (dziewierzami) wielką wstydliwość zachowali. Mieli zaś obyczaj ślubny: nie chodził zięć po synowę, lecz przyprowadzali ją wieczorem, a nazajutrz przynosili, co za nią oddawali. Lecz Drzewianie żyli na sposób zwierzęcy, żyjąc po bydlęcemu; zabijali jeden drugiego i jedli wszystko nieczyste i ślubów nie zachowywali, lecz porywali u wody panny. I Radzimiczy i Wiatyczy i Siewierz, jeden wiedli obyczaj: żyli po lasach jakoby zwierz wszelki, jedząc wszystko nieczyste i przed ojcami i synowemi słów sromotnych używali i nie bywało u nich ślubów, tylko igrzyska między siołami, i schodzili się na te igrzyska i pląsy i wszelakie igrzyska czartowskie i tu porywali sobie żony, jak się z którą kto umówił, miewali zaś po dwie i trzy żony. A jeśli kto umarł, tyznę[1] nad nim czynili, a potem stos wielki czynili i wkładali nieboszczyka na stos i spalali, a potem zebrawszy kości, wkładali w małe naczynie i stawili na słupie przy drogach, co i dziś Wiatycy czynią. Takie same obyczaje zachowywali Krzywiczy i reszta pogan, nie mając zakonu Bożego, lecz sami sobie zakon tworząc. Także i teraz Połowcy zakonu ojców swoich nie dzierżą, krew przelewać i tem się chełpić, jeść padlinę i wszelką nieczystość, susły i chomiki, i żenią się z macochami i szwagrowemi[2] i inne obyczaje ojców zachowują.

  1. Zabawy obrzędowe.
  2. Jątrewkami, żonami bratnimi.

Dzieje pierwotne Kijowa.

Gdy zaś Polanie żyli osobno i władali swojemi rodami... I było trzech braci, jednemu z nich Kij na imię a drugiemu Szczek, a trzeciemu Choriw, a siostra ich Łybedź. I mieszkał Kij na górze, gdzie był wąwóz Boryczew, a Szczek na górze, co się dziś Szczekowicą zowie, a Choriw na trzeciej górze, od niego Choriwicą przezwanej. I zbudowali gród w imię starszego brata i nazwali imię jego Kijów. I był koło grodu wielki las i bór i łowili zwierzynę, a byli ludzie mądrzy i domyślni i zwali się Polanami, a od nich są Polanie w Kijowie do dziś. Inni zaś nieświadomi twierdzili, jakoby Kij był przewoźnikiem, bo był u Kijowa wtedy przewóz z tamtej strony Dniepra, dlatego mawiano na przewóz Kijowy. Ale jeśli Kij był przewoźnikiem, to nie chodziłby do Carogrodu, lecz ten Kij panował w grodzie swoim. I gdy przychodził do cesarza (greckiego) jak opowiadają, odbierał wielką cześć od cesarza, przy którym przechodził. Gdy zaś wracał, przyszedł ku Dunajowi i podobała mu się miejscowość i zarębał[1] mały gródek i chciał tu zasiąść z rodem swoim, ale nie dopuścili mu tego okoliczni a grodzisko zwią do dziś Dunajcy Kijowcem. Gdy zaś Kij przyszedł do swego grodu, do Kijowa, to żywota dokonał i obaj bracia jego, Szczek i Choriw i siostra ich Łybedź tu poumierali. I po tych braciach ród ich zaczął dzierżeć księstwo śród Polan. Po braci tych śmierci krzywdzili ich Drzewianie i inni okoliczni, a napadli ich, gdy siedzieli po tych górach w lasach, Chozarowie i rzekli Chozarowie płaćcie nam dań. Po naradzie dali im Polanie od dymu[2] po mieczu i nieśli Chozarowie ku swemu księciu i ku starszyźnie i rzekli im: „oto nową dań zdobyliśmy”. Ci rzekli im: „skąd?”. Co zaś rzekli: „w lasach na górach nad rzeką dnieprską”. Oni zaś rzekli: „cóż wam dali?”. Ci zaś pokazali miecz. I rzekli starce chozarscy: „Nie dobraż to dań, o książę! Myśmy się do nich dobrali z orężem ostrym po jednej stronie (tj. z szablami), a tych oręż z obu stron ostry (tj. miecz). Ci będą od nas i od innych ziem dań pobierać.

  1. Wystawił z drzewa.
  2. Od chaty.

Wzięcie Korostenia.

Roku 946 Olga wraz z synem swoim Świętosławem i licznymi i dzielnymi wojownikami ruszyła na ziemię drzewską. I wyszli Drzewianie naprzeciw, i gdy się oba szyki zetknęły, rzucił Świętosław kopiją na Drzewian. Kopia przeleciała koniowi przez uszy i uderzyła go w nogę, bo był Świętosław chłopięciem. I rzekli Swienald i Asmud: „książę już zaczął, pociągnijcie za księciem, drużyno!”. I przemogli Drzewian. Drzewianie zaś uciekli i zamknęli się w grodach swoich. Olga zaś z synem podążyła przeciw grodowi Korosteniowi, bo ci zabili byli jej męża i z synem obległa gród a Drzewianie zamknęli się w grodzie i walczyli dzielnie z grodu, bo wiedzieli, że sami zabili księcia, więc na co się poddawać? I stała tu Olga przez lato i nie mogła wziąć grodu i tak wymyśliła. Posłała do grodu ze słowami: czego się tu dosiedzicie? Wszystkie wasze grody mnie się poddały i zobowiązały się ku daninie i uprawiają niwy swe i ziemie swe, a wy z głodu umrzecie, jeśli się ku daninie nie zobowiążecie. Drzewianie zaś rzekli: chętnie zobowiązalibyśmy się ku daninie, ależ ty będziesz mściła męża swego. Olga zaś im rzekła: Krzywdę męża swego jam już pomściła, gdy przyszli do Kijowa za wtórym i trzecim razem, kiedym tryznę swemu mężowi wyprawiała, a już nie będę się mściła i wezmę skromną daninę i sprzymierzywszy się z wami, odejdę nazad. Rzekli zaś Drzewianie: czego chcesz od nas? Chętnie dajemy miodem i skórami (futrami). Ona zaś rzekła: teraz nie macie ani miodu ani skór, ale żądam od was niewiele: dajcie mi od każdego domostwa po trzy gołębie i trzy wróble, bo nie włożę na was ciężkiej dani, jak mój mąż. Dlatego żądam od was niewiele, boście w oblężeniu potracili siły. Drzewianie zaś uradowani zebrali od domostwa po trzy gołębie i po trzy wróble i posłali ku Oldze z czołobitnią. Olga zaś rzekła do nich: oto jużeście się ukorzyli przedemną i przed moim dziecięciem. Idźcież do swego grodu i pójdę do własnego. Drzewianie zaś uradowani weszli do grodu i opowiedzieli ludziom i ucieszyli się ludzie w grodzie. Olga zaś rozdała wojownikom każdemu po gołębiu, a innym po wróblu i kazała przywiązywać każdemu gołębiu i każdemu wróblowi siarkę, zawijając ją w drobne szmatki a nitką do każdego z nich przywiązywać, i rozkazała Olga wojownikom swym, gdy zmierzchało, puścić gołębie i wróble. Gołębie zaś i wróble poleciały do gniazd, te w gołębniki, wróble po strzechy i takto zapalały się to gołębniki, to komory, to namioty, to szopy i nie było domostwa, gdzieby się nie paliło, i nie można było gasić, bo wszystkie domostwa się zajęły. I uciekli ludzie z grodu i kazała Olga swym wojownikom ich imać, skoro wzięła gród i go spaliła. Zwierzchnich w grodzie pojmała a z innych jednych pozabijała, drugich swoim ludziom w niewolę oddała, za resztę zostawiła, aby płacili daninę. I nałożyła na nich ciężka daninę. Dwie jej części szły do Kijowa, a trzecia do Wyszogrodu, bo był Wyszogród grodem Olgi i chodziła Olga po ziemni drzewskiej i z synem i z drużyną, stanowiąc ustawy i daniny.

Uwaga: Podobne opowiadania o zdobyciu grodu czy zamku zna epika średniowieczna francuska, a wedle Czecha Dalimiła zajęli w ten sposób Tatarzy Kijów w roku 1241. Olga, sama normanka, należy do kobiet germańskich mściwych, nieubłaganych, jak w podaniu Kriemhilda a w fantazji Słowackiego Gwinona.

Jak Włodzimierz Wielki władzę objął.

(W roku 972 zabili Pieczyngowie powracającego z Bułgarji Świętosława na porohach Dnieprowych. Zostawił on trzech synów, Jaropełka w Kijowie, Olega u Drzewian, Włodzimierza w Nowogrodzie. Swienald wojewoda podpuszczał z zemsty osobistej Jaropełka przeciw Olegowi i wyruszył wkońcu Jaropełk na brata i zwyciężył go).
I uciekł Oleg z wojownikami swymi do grodu zwanego Owrucz, był zaś przez groblę most do wrót grodowych. Cisnąc się, jeden drugiego spychał z grobli, zepchnęli Olega z mostu w bebr i wielu padało a konie zadusiły ludzi. I wszedł Jaropełk do grodu Olegowego i objął władanie jego i posłał szukać brata swego i szukano go, ale nie znaleziono i rzekł jeden Drzewianin: widziałem jak go wczoraj zepchnięto z mostu. I posłał Jaropełk szukać brata i włóczyli trupów z grobli od rana aż do południa i znalazłszy Olega popod trupami wynieśli go i położyli na kobiercu. I przyszedł Jaropełk nadeń i płakał i rzekł do Swienalda: patrz, tegoś ty chciał! I pochowali Olega na miejscu u grobu Owrucza i objął władanie jego Jaropełk. Miał zaś Jaropełk żonę Greczynkę, co była niegdyś zakonnicą, bo przywiódł ją jego ojciec Świętosław i wydał za Jaropełka dla piękności jej lica. Gdy zaś Włodzimierz w Nowogrodzie to usłyszał, że Jaropełk zabił Olega, zląkłszy się uciekł za morze a Jaropełk posadził w Nowogrodzie swoich urzędników i panował jeden na Rusi. Ale roku 980 przyszedł Włodzimierz z Warjagami[1] do Nowogrodu i rzekł urzędnikom Jaropełkowym: idźcie do mego brata i rzeczcie mu: Włodzimierz wyrusza na ciebie, przygotuj się poczciwie do boju. I zasiadł w Nowogrodzie. I posłał do Połocka ku Rogwoldowi mówiąc: chcę córkę twoją pojąć za żonę. On zaś rzekł do swej córki: czy chcesz wyjść za Włodzimierza? Ona zaś rzekła: nie chcę rozzuć syna niewolnicy (był bowiem Włodzimierz synem klucznicy Olgi), ale chcę Jaropełka. I zebrał Włodzimierz liczne wojsko, Warjagów i Słowian, Finów[2] i Krywiczów i wyruszył na Rowgolda. W ten sam czas chciano wydać Rogniedę (córkę ową) za Jaropełka. I przyszedł Włodzimierz na Połock i zabił Rowgolda i dwu jego synów a córkę wziął za żonę i wyruszył na Jaropełka i za zdradą wojewody tegoż, Bluda, zwyciężył i zabił i sam panował na Rusi.

  1. Normanami.
  2. Tj. Nowogrodzian.

Pogaństwo Włodzimierza i Rusi.

I postawił (Włodzimierz w Kijowie) bałwanów na pagórku poza podwórcem pałacowym: Peruna z drzewa a głowa jego ze srebra a wąs złoty, i Chorsa, Daćboga, i Striboga i Siema i Rgła i Makosz[1] i ofiarowali im, zowiąc ich bogami i przywodzili syny i córki swoje i ofiarowali czartom i pokalali ziemię ofiarami swemi i pokalała się krwią ziemia ruska i to wzgórze - na tym wzgórzu stoi dziś cerkiew św. Wasyla. Włodzimierz zaś usadowił wuja swego Dobrynię na Nowogrodzie i skoro Dobrynia przyszedł do Nowogrodu, postawił bałwana nad rzeką Wołchowem i ofiarowali mu ludzie nowogrodzcy jak bogu...
Roku 981 ruszył Włodzimierz na Lachów i zajął ich grody, Przemyśl i Czerwień (nad Bugiem) i inne grody, co są pod Rusią do dziś. Roku 983 ruszył Włodzimierz na Jaćwingów i pobił ich i zajął ich ziemię. I poszedł do Kijowa i wraz z ludźmi swymi czynił ofiarę bałwanom. I rzekli starcy i bojarzy rzucimy los o chłopca i dziewczynę, na kogo wypadnie, tego zarzniemy bogom. Był zaś Warjag jeden i miał swój dwór, gdzie jest cerkiew św. Matki Boskiej, zbudowaną przez Włodzimierza. Ten Warjag przyszedł był z Grecji i zachowywał wiarę chrześcijańską i miał syna, pięknego na twarzy i duszy. I padł na niego los, z zawiści szatańskiej i gdy posłani do niego przybyli, rzekli: los padł na twego syna, bo jego sobie bogowie wybrali, ofiarujmyż bogom. I rzekł Warjag, toć to nie bogowie ale drzewo, dziś jest a jutro zgnije, bo ani jędzą ani piją ani mówią, ale uczyniono je rękami w drzewie, a ci bogowie co uczynili? Sami są czynieni, mnie dam syna swego czartom. Oni zaś poszli i powiedzieli mieszczanom. Ci zaś uzbroiwszy się poszli nań i dwór około niego rozbili. On zaś stał w sieni z synem swoim. Rzekli mu: oddaj syna swego, abyśmy go bogom dali. On zaś rzekł: jeśli to bogowie, to poślą jednego boga do mnie, by wzięli syna mego, a czegoż wy żądacie? I okrzyknęli i porąbali sień pod nimi oboma i tak ich zabili i nikt nie wie, gdzie ich położono. Roku 984 ruszył Włodzimierz przeciw Radzimiczom a wojewodą jego był Ogon Wilczy i wysłał go Włodzimierz przed sobą i zetknął się z Radzimiczami Ogon Wilczy nad rzeką Piesczaną i pobił ich, stąd to naśmiewa się Rus z Radzimiczów twierdząc: Piesczańcy przed Ogonem Wilczym uciekają. Byli zaś Radzimiczy z rodu Lachów, przyszedłszy tu się osiedlili i płacą Rusi daninę i podwody wiozą i do dziś. Roku 983 wyruszył Włodzimierz z Dobrynią, wujem swym, na Bułgarów w łodziach a Turków brzegiem przywiódł na koniach i zwyciężył Bułgarów i rzekł Dobrynia do Włodzimierza: oglądałem więźniów, wszyscy mają buty, ci nam daniny płacić nie będą, chodźmy szukać łapciatych. I zawarł Włodzimierz pokój z Bułgarami i przysięgali go sobie i rzekli Bułgarzy: wtedy nie będzie między nami pokoju, jeśli kamień pływać będzie a chmiel tonąć.

  1. Nestor wymienił na pierwszym miejscu Peruna, co raczej i Thora (= Donner) Warjagów - Normanów, ich głównego bożka, przypomina; nie wymienił wcale najwyższego boga ognia, Swarożyca (zob. niżej punkt 21), ani boga Welesa, na którego Ruś słowiańska się klęła i którego mylnie bogiem bydła obezwano; reszta bogów, oprócz Daćboga-słońca, bliżej nam nieznana.

Chrzest Rusi Kijowskiej.

(Gdy się w Korsuniu - Chersonie Włodzimierz w roku 988 ochrzcił) przyszedł sam do Kijowa. Skoro przyszedł, kazał bałwany powywracać, jedne rozsiekać, drugie wydać na ogień. Peruna zaś kazał przywiązać koniowi do ogona i wlec z góry wedle Boryczowa na ruczaj i dwunastu ludziom kazał go ciąć prętami, nie to jakby drzewo to czuło ale czartu na urągowisko, co ludzi tym obrazem zwodził, aby odpłatę przyjął od ludzi. Gdy go zaś po ruczaju wleczono ku Dnieprowi, płakali niewierni jago ludzie, bo jeszcze nie przyjęli byli chrztu świętego. I przywlekszy porzucili go do Dniepru i rozporządził Włodzimierz mówiąc: jeśli gdzie przystanie, odbijajcie go od brzegu, aż minie porohy (Dnieprowe), to wtedy go porzućcie. Oni zaś wypełnili rozkazane. Gdy go opuścili a on porohy przebył, wyrzucił go wiatr na mieliznę i stąd przezwała się „mielizna Perunowa”, jak się i do dziś nazywa. Potem rozesłał Włodzimierz po całym grodzie mówiąc: ktokolwiek czy bogacz, czy żebrak, czy ubogi, czy robotnik zjutra się na rzece nie stawi, niech mi będzie za przeciwnika. Słysząc to ludzie szli z radością, radując się i mówiąc, gdyby to nie było dobre nie przyjęli by tego książę i bojarowie. Nazajutrz wyszedł Włodzimierz nad Dniepr, z popami cesarzówny (jego żony Anny) i chersońskimi i zeszło się ludzi bez liczby. Wleźli w wodę i stali jedni po szyję, drudzy po piersi, maleństwo przy brzegach, inni zaś trzymali maleństwo, dorośli zaś brnęli, popi zaś stali i prawili modlitwy. Gdy się zaś ludzie ochrzcili, szli wszyscy do domów swoich. I kazał Włodzimierz rąbać[1] cerkwie i stawiać je po miejscach, gdzie stały bałwany i wystawił cerkwie św. Wasyla na wzgórzu, gdzie stał bałwan Peruna, i inne, gdzie książę i mieszczanie ofiary czynili. I począł ustawiać po drogach cerkwie i popów i przywozić ludzi po wszystkich drogach i siołach. Posławszy zaś począł w znamienitych familjach dzieci pobierać i oddawać je na naukę pisemną, ale matki tych dzieci płakały za nimi, bo jeszcze nie były umocnione w wierze, ale płakały jakby po nieboszczykach.

Uwaga: Ustęp ten kończy Nestor wyliczaniem synów Włodzimierzowych, co i przedtem uczynił; wymieniał między żonami jego Czeszkę i inne, o Polce nie wspomniał a tymczasem, miedzy nazwami synów jego spotykamy i Stanisława i Pozwida, imię z mniemanej mitologji polskiej znane (zowią bożka polskiego Pogwizdem i Pochwiścielem).Z bożków Nestorowych (i ruskich innych) powtarza się w Polsce, gdzie chrzest nad Warta odbywał się jak ów nad Dnieprem, imię Swarożyca w nazwach miejscowych: Swarożyno (na Pomorzu), Swarzędz, Swaryszew (od swaru-hałasu z jakiem ogień się rozpościera), natomiast Daćboga (słońca) używało się w Polsce dziedzicznie jeszcze w XVII wieku a nazwa Rgła ocalała w miejscowości Rgielsko. Perun, litewski Perkunas, ustąpił na ziemi spólnej Swarożycowi i Daćbogowi, ale na Rusi kijowskiej wypłynął znowu za wzorem Tora, tj. Tonara = Donner Warjagów, ale głównego boga.

  1. Rąbać tzn. budować z drzewa.

Chrzest poniewolny księcia polskiego.

Z źródeł słowiańskich jedno tylko Polski pogańskiej, a to Małopolski (ziemi Krakowskiej), Wiślan. Dotyczy: żywot św. Metodego, apostoła Słowian morawskich, opowiada w czasie około roku 875.
Była w Metodym i łaska prorocza i sprawdzało się wiele z jego proroctw, z których jedno i drugie opowiemy. Książę pogański, bardzo potężny sród Wiślan (Małopolska), urągał się chrześcijanom (morawskim) i wyrządzał im przykrości. Posłał więc do niego Metody i rzekł: synu, dobrze by było ci ochrzcić się po dobrej woli na własnej ziemi, abyś pojmany w obcej ziemi przymusem nie został ochrzczony i mnie wspomniał, co się też stało. Gdy znowu innym razem Świętopełk wojował z poganami (to już inni, nie Polacy?) i nic nie zyskiwał, a czas tracił, gdy msza, tj. służba św. Piotra się zbliżała, posłał do niego z słowami: jeśli mi obiecasz, że się na święty dzień Piotrów z wojownikami twymi u mnie (nie u księży łacińskich) stawisz, wierzę, że Bóg ich odda rychło w twoje ręce, co się tez stało.

  • Źródła arabskie

Źródła arabskie (i perskie) nie przytaczają żadnych podań, jakie z ruskich poznajemy. Pochodzą od dyplomatów, kupców, geografów, których jedynie położenie kraju, przyroda, kultura zajmowała, ale ich wiadomości sięgają IX wieku, a polegają przeważnie na autopsji: samiż zwiedzali te kraje. Zachowane niemal wyłącznie w późniejszych wyciągach, przeróbkach, odpisach, podają nieraz nazwy ludów i grodów w tak zeszpeconej formie, że każdy arabista inaczej je czyta i tłumaczy. Mieszają też Słowian z innymi „jasnymi” ludami, z Finami czy Niemcami, opowiadają więc o nich i na Kaukazie, gdzie Słowian nigdy nie było! Ich wiadomości dotyczą przeważnie Słowian (kijowskich) i Rusi (normańskiej), ale najobszerniejsze i najciekawsze o zachodnich właśnie, o Czechach, Obodrytach (bałtyckich) i Polakach prawi, więc je całe (z dodatkiem z innego źródła spółczesnego) powtarzamy. Spisał je żyd, z Afryki północnej pochodzący, Abraham, syn Jakóba, handlarz niewolnikami, a tego najkosztowniejszego towaru Słowianie z pomiędzy siebie dostarczali, w takiej obfitości, że nazwa Słowian Sclavus, ogółem na niewolników, Sklave, esclave, przeszła. Kupował np. św. Wacław sam około roku 920 na targu perskim chłopców itp. Plemiona słowiańskie napadając się wzajemnie, zabierały ten plon żywy i odsprzedawały go za złoto i srebro żydom, którzy całą Europę środkową i wschodnią za tym towarem przebiegali. Stąd niektóre uwagi Abrahama co do tego „towaru”. Abraham opisał własną podróż, jaką roku 965 w Czechach i Niemczech odbył. Bul u cesarza Ottona w Magdeburgu czy Marseburgu; cesarz sam opowiadał mu o Amazonkach słowiańskich, umieszczając je na Podlasiu między Jaćwingami (o Amazonkach czeskich napomykał i rocznikarz czeski, Koźma, zwiedzony nazwą grodu Dziewina, nasi rocznikarze o tym milczą). Sprawozdanie jego ocalało w kompilacji Araba hiszpańskiego Al Becri (zmarłego w roku 1094), autora mnóstwa dzieł, między innymi Ksiąg dróg i krajów, z których korzystał i z Abrahama i z dzieł Araba, kupca i podróżnika, Masudiego z połowy X wieku (Złote łąki i inne). Przytaczamy je w tłumaczeniu z krytycznym komentarzem Westberga (po rosyjsku wydanym r. 1903 w Petersburgu), a nawet stawiamy słowa dopełniające albo objaśnienia niezbędne. Niektórych nie kusimy się odtwarzać, np. bajecznego króla słowiańskiego Macha i szczepu Wlinbaba

Zachód słowiański w roku 965.

Słowianie (są) z potomstwa Mazana (tj. Madaja, trzeciego syna) Jafetowego, a siedziby ich (szerzą się) od północy, póki nie dochodzą zachodu. Prawi żyd Abraham syn Jakóbowy: dziedziny Słowian ciągną się od morza syryjskiego ku oceanowi ku północy. I plemiona północy (Normanowie) owładnęli niektórymi z nich i żyją dotąd miedzy nimi. (Składają się Słowianie) z licznych, różnorakich plemion. I skupił ich za dawnych czasów jakiś król a imię (tytuł) jego był Macha (?) i był on z jednego ich plemienia, co się zwało Wlinbaba, i było u nich poważane. Później zaś rozeszli się i ustał ich rząd i plemiona ich pozostały grupami i w każdym ich plemieniu panował król. I mają teraz czterech króli; król Bułgarów i Bolesław, król Pragi, Czech i Krakowa, i Mieszka król północy, i Nakon na krańcowym zachodzie, i graniczy z ziemią Nakona na zachodzie Sasin i część Marman (Normanów?), a ziemia jego, to ziemia z niskimi cenami na zboże, bogata w konie. Stąd wywozi się je i w inne ziemie. Posiadają on i pełne uzbrojenie, pancerze, hełmy, miecze. Od Burga (grodu przy Magdeburgu), do przyległej części (Słowian) mil 10[1], stąd do mostu mil 50, a to most drzewiany, na mile długości[2]. I od mostu do Nakona około mil czterdzieści i zowie się on Azzan, co znaczy w tłumaczeniu „wielki gród”[3] i na południu od Azzana leży gród , wybudowany na jeziorze o słodkiej wodzie. I budują Słowianie większą część swych grodów w ten sposób: wyruszają na niziny, obfite w wodę i gąszcz, i wyznaczają tam miejsce okrągłe lub czworoboczne, wedle kształtu jaki zamierzają nadać grodowi, i wedle jego wielkości, i wykopują około niego rów a ziemię wykopaną zrzucają na wał, wzmocniwszy ją deskami i swajami na podobieństwo ziemi ubitej, aż ściana dojdzie do wymaganej wysokości. I odmierzają się wtedy wrota z byle której strony a do nich przechodzą po moście drewnianym. A od grodu Azzana do oceanu (Bałtyku) mil jedenaście i w ziemię Nakona przenikają wojska tylko z wielkim trudem, bo cała jego ziemia niziny, gąszcze (leśne) i błota.
Co zaś dotyczy ziemi Bolesława, to długość jej od grodu Pragi do grodu Krakowa, droga trzytygodniowa, styka się ona wzdłuż z ziemią Turków (Węgrów). I gród Praga wyniesiony z kamienia i wapna i najbogatszy to z grodów handlowych. I przychodzą do niego z grodu Krakowa Ruś i Słowianie z towarami i przychodzą do nich z ziemi Turków (Węgrów) muzułmani, żydzi i Turcy także z towarami i z sztabami (kruszców drogich) handlowemi i wywożą od nich niewolników, ołów i miedź[4]. Ziemia ich najlepsza z ziem północy i najbogatsza w żywnościowe zapasy. Sprzedaje się u nich pszenica (raczej żyto?) za kuszar[5], tyle ile jednemu człowiekowi wystarczy na miesiąc: a sprzedaje się za kuszar jęczmień, karm jednego konia na dob czterdzieści a sprzedaje się u nich dziesięć kur za jeden kuszar. A w mieście Pradze wyrabiają siodła i uzdy i tarcze skórzane, grube (?) i używane w tej ziemi. A w ziemi czeskiej wyrabiają lekkie płatki z bardzo cienkiej tkaniny, niby siatki, które się do niczego nie godzą. Cena ich u nich stale jeden kuszar za dziesięć płatków. Nimi oni targują się i obliczają się między sobą. Mają całe ich skrzynie i one tworzą u nich bogactwo i kupuje się za nie, co najcenniejsze, pszenica i niewolnicy i konie i złoto i srebro i wszelkie rzeczy. Godne uwagi, że mieszkańcy Czech bruneci i o włosach czarnych a rządcy u nich blondyni. Droga od Magdeburgu (czy Marsenburga?) do ziemi Bolesława. Stąd do grodu Kalbe mil dziesięć, stąd do Nubgarad[6], dwie mile. Gród to wzniesiony z kamienia i wapna i również leży nad rzeką Salą i wpada w nią rzeka Bode, a od grodu Nubgrada do kopalni sól żydowskiej[7], która także leży na rzece Sali, mil trzydzieści, stąd do grodu Nurnhin[8], co nad rzeką Mulde leży, a stąd do krańca lasu mil 25 i od początku lasu do jego końca mil 40 po górach i dzikich miejscach. I od niego do drzewianego mostu[9], około dwie mile. Od końca lasu przechodzi się w gród (ziemicę ?) Pragę.
Co się zaś dotyczy ziemi Mieszki, to ona największa z ich ziem (tj. słowiańskich). Ona obfituje w zboże i mięso i miód i ryby. I podatki jakie on (Mieszko) wybiera, wypłaca się w sztabach handlowych a to stanowi utrzymanie jego ludzi. Co miesiąc ma każdy z nich oznaczoną ich ilość. I ma on trzy tysiące pancerników a to są wojownicy, których secina równa się dziesięciu secinom innych. I daje on tym ludziom i odzież i konie i oręż i wszystko czego potrzebują. I jeśli się któremu z nich dziecko urodzi, to on (Mieszko) natychmiast po urodzeniu dziecięcia każe mu naznaczyć płacę, czy ono płci męskiej czy żeńskiej, a gdy ono dojdzie do pełnoletności, to jeśli to chłopiec to on żeni go i opłaca zań dar ślubny ojcu dziewczyny. Jeśli zaś dziewczynka, to on wydaje ją za mąż i płaci jej ojcu dar ślubny. Dar zaś ślubny u Słowian wcale znaczy i ich obyczaj co do tego podobny do obyczaju Berberów[10]. I urodzą się komu dwie lub trzy córki, to stają się przyczyną jego wzbogacenia, jeśli zaś urodzi się dwu synów, toć oni przyczyną jego zubożenia. I graniczą z Mieszką na wschodzie Ruś a na północy Prusy. Siedziby Prusów u oceanu. A mają oni język osobny, nie rozumieją języków sąsiednich im narodów a sławni są walecznością. Jeśli nachodzi ich wojsko, to żaden z nich nie czeka, żeby się do niego towarzysz przyłączył, lecz występuje, nie troszcząc się o nikogo, a rąbie mieczem, póki nie zginie. I napada na nich Ruś na okrętach z zachodu. I na zachód od Rusi gród kobiet. Władają ziemiami i niewolnikami a rodzą od swoich niewolników, i jeśli z nich która syna urodzi, to go zabija. Jeżdżą zaś konno i osobiście występują do walki i śmiałością i męstwem są nadane. Mówi żyd Abraham Jakóbowic: „Wiadomość o tym grodzie pewna. Opowiedział mi to Otton, król rzymski”. I na zachód od tego grodu (jest) plemię słowiańskie zowiące się narodem Awbaba[11], a żyje ono na błotach na zachód i północ od ziemi Mieszki. Jest u nich gród wielki nad oceanem, co ma dwanaście wrót i przystań a dla przystani używają on i wielkich sztuk drewna rzędami[12].
Co się dotyczy króla Bułgarów, to mówi Abraham Jakóbowic: Nie wchodziłem do jego ziemi, alem widział posłów jego w grodzie Marzburg, gdy przyszli do króla Ottona, nosili szaty wąskie a opasywywali się długiemi pasami. Na nich umocowane guzki złote i srebrne. Król ich wysokiej dostojności, wdziewa koronę na głowę, ma sekretarzy, zawiadowców i urzędników. Rozkazuje i zabrania wedle ustaw i obrzędów, jak królom i wielmożom wypada. I znają on i języki rozmaite i tłumaczą ewangelję na język słowiański; są to chrześcijanie. (Tu następują bajki jak to Bułgarzy przyjęli chrześcijaństwo, niby całkiem jak Włodzimierz Wielki, i opis Carogrodu, Włoch i Adrjatyku. I zapełnili Słowianie oba brzegi (Adrjatyku... na wschód od niego Bułgarzy, a na zachód inni Słowianie (tj. Serbowie i Chorwaci). Ci którzy mieszkają na zachodzie od niego (tj. Serbokroaci) są dzielniejsi i mieszkańcy tej ziemi (Romańscy mieszczanie) proszą o ich ochronę i obawiają się ich siły. A ziemie ich, wysokie góry z mało dostępnymi drogami. I ogółem Słowianie, to ludzie śmieli i napastnicy i gdyby nie było ich rozróżnienia wskutek rozgałęzienia ich pokoleń i gdyby nie rozrzucenie ich plemion, to żaden naród świata w sile by się z nimi nie zmierzył. Zamieszkują oni ziemie, najobfitsze w mieszkania i zapasy żywności. Pracują usilnie nad rolą i dobywaniem sobie pożywienia i celują w tem wszystkie ludy północy. A dochodzą towary ich morzem i lądem do Rusi i do Carogrodu. Najgłówniejsze zaś za szczepów północy mówią po słowiańsku, bo z nimi obcują, jak np. plemiona Niemców i Węgrów i Pieczyngów i Rusi i Chozarów. I we wszystkich ziemiach północy bywa głód, nie wskutek braku deszczu i trwałej posuchy, lecz od obfitości deszczu i trwałej wilgoci. I nie uważają oni posuchy za rzecz zgubną, bo nikt, kogo ona trafi, już się nie obawia dla wilgoci ich ziemi i wielkiego zimna. Sieją oni dwukrotnie do roku latem (oziminę) i wiosną (jare), i sprzątają podwójne żniwa. I większą część ich zbiorów stanowi proso. Mróz dla nich zdrowy, choćby bardzo silny, lecz upał dla nich zgubny. I nie mogą oni podróżować w ziemi Lombardji dla jej gorąca, bo upały w niej bardzo silne, wskutek czego oni giną (tj. niewolnicy Słowianie w karawanach handlarskich). Zdrowie im możliwe tylko wtedy, gdy układ (żywiołów w ciele) twardy (stały), jeśli ten zaś staje lub kipi, schnie ich ciało i śmierć następuje. I spólne im wszystkim dwie choroby. Ledwie znajdzie się między nimi, coby był od nich. Dwojakiego to rodzaju nabrzmienia: wysypki i pryszcze. Oni wstrzymują się od spożywania kurcząt, bo te im szkodzą, jak twierdzą, i wysypki od nich się mnożą, ale jedzą mięso krowie i gęsie i to odpowiada ich potrzebom. Noszą szerokie szaty, ale dolna część rękawów wąska. I króle ich chowają żony pod zamknięciem i trapi ich wielce zazdrość. I miewa jeden mężczyzna żon dwadzieścia i więcej. Większa ilość drzew ich ziemi, to jabłonie, grusze i śliwy (dosłownie „brzoskwinie”). I istnieje u nich czarny ptak z zielonym błyskiem, naśladujący wszelkie glosy ludzi i zwierząt, jakie usłyszy i czasem uda się im go pojmać i polują nań (?), a zowie się po słowiańsku „szpak”. Dalej znachodzi się u nich dzika kura, co się też po słowiańsku „cietrzew” nazywa. Mięso jej smaczne a krzyk jej z wierzchołka drzew słychać na odległość jednego farsanga[13] i więcej. Dwa jej rodzaje, są czarne (głuszce) i pstre, piękniejsze niż pawie. Mają oni też wszelkie narzędzia muzyczne, dęte i strunowe. Jest narzędzie dęte, którego długość ma dwa łokcie, i strunowe a na niem strun ośm, wewnątrz płaskie, nie wypukłe.
(Ostatnie zdanie pochodzi ze „Złotych łąk”, dzieła Mausudiego, jak i te dalsze). Mówi Mausud: dzielą się Słowenie na liczne plemiona (następują wyliczania nazw wcale zepsutych. Wyciągnął Arab między Słowian i Niemców i Sasów). Z tych plemion niektóre wierze chrześcijańskiej o to wedle sekty Jakobitów (znanej na wschodzie), inne zaś nie mają księgi objawionej i nie trzymają się żadnego zakonu religijnego i są poganami, i do tych należy ród króla. Plemię Serbów pali się na stosie, jeśli wódz jego umrze, i spalają także swoje konie a obyczaje ich podobne obyczajom indyjskim. Oni graniczą ze wschodem a dalecy od zachodu. I cieszą się i weselą przy paleniu zmarłego i twierdzą, że radość ich i wesołość z tego, że się Pan nad nim zlitował. Żony zmarłego zaś rzeżą sobie ręce i twarz nożami a jeśli jedna z nich twierdziła, że go kochała, to przymocowuje powróz, wzniesie do niego na stołku, silnie nim sobie szyje okręci, poczem stołek spod jej nóg wyrywają im powieszona, kołysze się aż umrze; poczem ją palą i tak jednoczy się ona z mężem.
Ziemie Słowian bardzo zimne a mróz najsilniejszy jeśli nocy miesięczne a dni jasne. Wtedy zimno się zwiększa a mróz silnieje. I ziemia obraca się wtedy w kamień i wszelkie płyny marzną i studnie i stawy pokrywają się jak gipsem, tak że podobne stają się kamieniu i gdy ludzie wodę z nosa puszczają (niby przy umywaniu się arabskiem , to brody ich pokrywają się warstwami lodu jakby szkło, tak że je łamać trzeba, jeśli się nie rozgrzejesz lub nie wstąpisz do mieszkania. A kiedy nocy ciemne a dni mgliste, wtedy mróz zmniejsza się a zimno folguje i wtenczas kruszą się okręty i giną ci co na nich, bo uderzają na okręty bryły niby góry z lodu rzek tych stron. Czasem udaje się młodzieńcowi albo silnemu mężczyźnie, uchwycić się takiej bryły i na niej ocaleć.
I nie mają oni kąpieli, lecz urządzają sobie dom z drzewa i szczeliny jego zatykają jakąś materją, co się u nich na drzewach tworzy, podobna zielonawym wodnym porostom a nazywają ją mchem. Służy im miasto smoły do ich okrętów. Tworzą potem ognisko z kamieni w jednym z kątów a na wierzchu otwierają naprzeciw ogniska okno dla przechodu dymu. Zamykają je gdy się ognisko rozpali i zapierają drzwi domu, a są w nim naczynia z wodą i tą woda zalewają rozpalone ognisko i podnosi się para. I ma każdy wiązkę suchych liści, którą wzrusza powietrze i je ku sobie ciągnie. I wtedy otwierają się ich pory i wychodzi co zbyteczne z ciał ich i leją się rzeki od nich i na żadnym z nich nie pozostanie śladu wysypki i pryszcza. I dom taki nazywają izbą. I jeżdżą króle ich w wielkich kołyszących się wozach i czterech kołach i nóżkach. W ich węgłach cztery silne podpórki a do nich przywiązany łańcuchami kosz, obity jedwabiem. I dlatego nie trzęsie się siedzący w nim tak jak się wóz trzęsie, a czynią to także dla chorych i rannych. Słowianie wojują z Rzymianami, Frankami i Longobardami i innymi narodami a wojują ze szczęściem odmiennym.

  1. Mila Abrahama równa jest trzem lub czterem kilometrom.
  2. Dzisiejszy Bollbrück?. Przez błota Stopnickie do Perleberga w Marchji.
  3. Maklenburg pod Wismaren; mikil = wielki po niemiecku.
  4. Inni tłumaczą tu futra bobrowe.
  5. Moneta bliżej nieznana.
  6. Nienburg = Nowogród.
  7. Dürrenberg.
  8. Nerchau?
  9. Dziś Brüx. Most niegdyś Gniewin zwany, nad rzeką Białą, dopływem Łaby.
  10. W północnej Afryce.
  11. Na Pomorzu, Wolinianie?
  12. Wolin dzisiejszy.
  13. Jednej mili.

O Słowianach-poganach.

O więcej niż o cały wiek rychlej, w pierwszej połowie IX wieku, opowiadał inny Arab, którego słowa przytaczamy wedle tłumaczenia Józefa Marquarta - Baltische Monatsschrift, 1913, str. 264 i dalej:
(Ruś tj. normańska, mieszka na wyspach i urządza stąd łowy na Słowian, wodząc ich do stolicy Chazarów, tj. kolo Astrachanu, i do Bułgarji. Dzielnie walczą nie konno lecz z łodzi).
Słowianie hodują świnie, jak inne narody owce, są wszyscy czciciele ognia, uprawiają najwięcej proso. We żniwa rzucają ze dzbana proso na łyżkę, wynoszą ja ku niebu: „O Panie, tyś jest, cos dał nam chleb powszedni, więc dokonaj tego nad nami”. Ich wino z miodu. Paląc zwłoki swoich są w nastroju uroczystym, gdyż twierdzą, że się cieszą, bo „pan jego zmiłował się nam nim[1]”.

  1. Inne opisy arabskie dorzucają kilka szczegółów. Najważniejszy o królu polskim, że sprawia wesele swych drużynników i opiekuje się nimi, jak ojciec dziećmi. Niektóre z nich mało zrozumiałe, o królu Świt (?) i jego podwładnym, o tem, ze kumys jego napojem, o głównym jego mieście Dżerbab (? nie wiedzą co to) itp. Najważniejsza wzmianka o rudych (jasnych) Słowianach sięga końca VII wieku.
  • Źródła germańskie

Zupełnie odmienne są źródła niemieckie. Walki Niemców ze Słowianami pogranicznemi zaczęły się juz w VII wieku i ciągnęły się, z początku z przerwami znaczemi, później nieustannie niemal, aż po roku 1169 i 1170, gdy ostatecznie Słowiańszczyzna zachodnia upadła. Gdy Araba handel głownie zajmował, drogi i artykuły; gdy Grek z pogardą na Słowian spoglądał i oprócz faktów dziejowej walki np. z Bułgarami, tylko o sposobie wojowania z nim i rozprawiał, Niemiec zaglądał ciekawie do wnętrza ziemi i bytu i dziwy swoim opowiadał. Źródła więc niemieckie zajmują się samem środowiskiem słowiańskim i zamiast nagiego schematu Prokopjuszowego, nie stanowiącego o niczem, dokładne podają dane o wierze i kulcie, o wiecach i zwyczajach, nawet o nazwach i słowach, a co do niemieckich dotyczy również i duńskich źródeł, głównie tzw. Saksona z drugiej polowy XII wieku, czerpiącego wiadomości od biskupa Absalona, co sam zwalił posąg Świętowita w Arkonie na Rugji. Z Niemców najważniejszych wiadomości udziela Widukind, mnich korwejski z drugiej polowy X wieku; Thietmar, biskup marseburski, umiejący nieco po słowiańsku, z początku XI wieku; Adam z Bremy z końca XI wieku; z XII wieku żywociarze św. Ottona, apostoła pomorskiego, przed 1130, i Helmold, proboszcz w holsztyńskim „Bosue”, śród Słowian holsztyńskich osiadły, w drugiej wieku XII połowie. Teksty przytaczamy wedle wydawnictwa Monumenta Germaniae historica. Wyprzedza ich wszystkich „Francuz” Fredegard z VII wieku.

Opowiadanie Fredegarda o Awarach i Samonie.

Roku czterdziestego panowania (króla frankońskiego) Chlotara (tj. w roku 623), mąż nazwiskiem Samo, rodem Frank z powiatu Sens, przybrał sobie więcej kupców i wyruszył z nimi dla handlu do Słowian, zwanych Wenedami. Słowianie zaś poczęli buntować się przeciwko Awarom przezwanych Hunami i ich królowi - Chaganowi. Wenedzi byli już od dawna pomocnikami Hunów, tak że którykolwiek naród Hunowie napadali, wojsko ich stało pod obozem, Wenedzi zaś walczyli. Skoro Wenedzi zwyciężali, wyruszali Hunowie na pobór łupów, jeśli zaś Wenedów zwyciężano, wtedy pomocą Hunów wsparci, siły odzyskiwali. Dlatego nazywali ich Hunowie pomocnikami, bo szli przed nimi w dwojakiem spotkaniu bojowem o chorągwiach wojennych. Hunowie przychodzili co roku do Słowian na leże zimowe, żony i córki Słowian gwałcąc. Oprócz innych ucisków płacili Słowianie dań Hunom. Synowie Hunów, zrodzeni z żon i córek słowiańskich, nie znosząc dłużej tej złości i ucisku, odrzucając władzę Hunów, jak wyżej wspomniałem, poczęli się buntować. Gdy Wenedzi Hunów z wojskiem naszli, kupiec Samo, któregom wyżej wymienił, ruszył z nimi w wojsku i taką im zdobył przewagę nad Hunami, że aż dziw i znaczną ich liczbę zgładził miecz Wenedów. Widząc Wenedzi przewagę Samona jego nad sobą królem go obrali, gdzie szczęśliwie przez 35 lat panował. Pod jego rozkazami zwiedli Wenedzi wiele bojów z Hunami a za jego radą i przewagą Wenedzi zawsze Hunów zwyciężali. Miał Samo dwadzieścia żon z rodu Wenedów a od nich dwudziestu dwu synów i piętnaście córek.

Walka Samona z Frankami.

Roku 631 Słowianie, Wenedami przezwani, zabili i złupili w państwie Samona handlarzy franków z niemałym orszakiem, a to był początek niesnasek między Dagobertem a Samonem, królem słowiańskim. Dagobert wysłał posła Sichara do Samona, prosząc aby handlarzom zabitym czy złupionym sprawiedliwe wyrządził powetowanie. Gdy Samo Sichara ani widzieć ani do siebie przypuścić pozwalał, Sichar ze swoimi ubrany na podobieństwo Słowian, doszedł przed oblicze Samona i wszystko co miał zlecone wyprawił jemu, ale wedle trybu pogaństwa i pychy przewrotnych, nie powetował Samo, co jego ludzie zbroili. Chciał tylko wiec zwołać dla wzajemnego wymiaru sprawiedliwości o te i inne spory, co między stronami powstały. Sichar jako poseł niemądry, wyzwiska, jakich mu nie zlecono, i groźby przeciw Samonowi wygłosił, jakoby Samo i lud jego władzy mieli służyć Dagobertowej. Samo, już dotknięty, rzekł w odpowiedzi: i ziemia, jaką posiadam, jest Dagobertowa i ja doń należę, jeśli tylko chce ze mną przyjaźń zachować. Na co Sichar: „niemożliwe aby chrześcijanie i słudzy boscy ze psami mogliby się przyjaźnić”. I odrzekł Samo przeciwnie: „jeśli wy słudzy boscy a my psy boskie, to otrzymaliśmy pozwolenie, abyśmy was ukąszeniami ranili, boć zawsze przeciwko Bogu czynicie”. I wyrzucono Sichara z przed oblicza Samona. Gdy on to Dagobertowi objawił, kazał Dagobert dumnie z całej Austrazji (wschodniej Frankonji wojsko przeciw Samonowi i Wenedom wysłać, gdzie wojsko przeciw Wenedom w trojakich hufach ruszyło. I Longobardowie, na pomoc Dagobertowi, wrogo przeciw Słowianom wystąpili. Słowianie, tu i po innych miejscach, przysposabiali się naprzeciw, ale wojsko Alemanów z wodzem Crodobertem zwyciężyło tam, gdzie wkroczyło. I Longobardowie zwyciężali również i nader liczną liczbę jeńców słowiańskich Alemani (tj. Szwabi dzisiejsi) i Longobardowie, uprowadzili z sobą. Austrazjowie zaś otoczywszy gród Wogastisburg[1], gdzie się huf dzielnych Wenedów obwarował, przez trzy dni walczyli, lecz z wojska Dagobertowego pobito tam niejednego mieczem i wrócili wycieczką do siedzib własnych, wszystkie namioty i cokolwiek mieli pozostawiwszy. Potem wpadli Wenedzi wielokrotnie do Turyngji i innych powiatów w państwo frankońskie na plądrowanie, ależ i Derwan, książę ludu Serbów, co byli z rodu Słowian a do państwa frankońskiego już dawno należeli, oddał się ze swoimi pod władzę Samona. I tego zwycięstwa które Wenedzi przeciwko Frankom odnieśli, nie uzyskała tyle dzielność słowiańska, ile zniechęcenie Austazjów, gdy widzieli, że dla Dagoberta na nienawiść zarobili i stale ich łupiono.

Uwaga: W taki sam sposób łupili i uciskali Słowian przez lat więcej niż tysiąc po kolei Hunowie, Awarowie, Bułgarzy, Madziarzy, Pieczyngowie, Połowcy-Kumani, Tatarzy. Opowiadanie Fredegera dowodzi namacalnie braku wszelkiej tradycji dziejowej u Czechów i Polaków, wobec jej nadzwyczajnej żywotności na Rusi. Awarowie tak długo panowali nad Czechami i Polakami-Wiślanami, że pozostał w tychże języku pan (od żupana awarskiego, urzędnika wybierającego daninę dla chagana-chana) i obr (olbrzym), i dodano u nas nieprawidłowo, zamiast obrzyn, obrzym, jak w czeskim obr. Mimo to nic o nich nasze źródła nie wiedzą. Ruś nie uległa takiemu panowaniu, nie zna ani pana ani obra, mimo to żywą zachowała o nich pamięć! Państwo Samona było chwilowe, przypadek je zlepił, rozleciało się z chwilą jego śmierci. „Francuz” o nim opowiadał dumny z ziomka.

  1. Nad Egerą w Czechach?

Bitwa pod Łączną.

Przeskakujemy trzy wieki, bo chociaż Karol Wielki ze Słowianami wojował, jego dziejopisowie nie zatrzymywali się dłużej nad nieprzyjacielem, co dopiero od czasów Henryka Ptasznika i Ottonów saskich splótł się nierozerwalnie z dziejami niemieckiemi. Przytaczamy najpierw z Widukinda opis z jednaj bitwy, jakie niezliczone razy staczano (podobne walczyli Polacy z Pomorzanami) i dalej świadectwa z Thietmara, Adama bremeńskiego, z żywociarzy Ottona bamberskiego, z Helmolda, o życiu, bycie i wierze Słowian nadłabskich i nadodrzańskich, jak i opowiadanie Duńczyka o Świętowicie rugijskim.

(z Widukinda)
Roku 929 odpadli Redarzy[1] i zebrawszy tłum napadli gród Walsleben[2], i zajęli go, pojmawszy i zabiwszy wszystkich jego mieszkańców, ilość niezliczoną, a za tem podniosły się wszystkie ludy barbarzyńskie (słowiańskie), i odważyły się ponownie na bunt. Aby ich dzikość poskromić, zwierzono wojsko z pułkiem Bernardowi, któremu sam kraik Redarów podlegał i dodano mu Tietmara jako towarzysza i rozkazano gród Lenzen[3] oblec. W piąty dzień oblężenia nadeszła straż z doniesieniem, że wojsko barbarzyńskie niedaleko i że w noc następną napaść na obóz zamierza, a gdy kilku to samo potwierdziło, uwierzyli ludzie zgodnym ich słowom. I gdy się zebrali koło namiotu hrabiego, rozkazał w tej chwili, za poleceniem towarzysza swego, aby stali całą noc w pogotowiu, żeby nie nastąpił przypadkiem napad barbarzyńców na obóz. Po ich rozpuszczeniu odmieniały się w obozie radość i smutek, gdy jedni bitwy się żachali, drudzy jej żądali i wedle usposobienia wahali się wojownicy między nadzieją a obawą. Dzień minął tymczasem i nadeszła noc, ciemniejsza niż zwykle z ogromnym deszczem, za skinieniem boskim, aby najgorszej radzie barbarzyńców się przeszkodziło. Wedle rozkazu Sasi całą noc pozostali w zbroi a o pierwszym brzasku na dany znak i po przyjęciu sakramentu najpierw wodzom a potem każdy sobie nawzajem pomoc pod przysięgą do walki obecnej obiecywał. Po wschodzie słońca, bo po deszczu wypogodziło się, wyszli z obozu podniósłszy chorągwie. Rzucił się na barbarzyńców na samym czele hrabia, lecz gdy mała liczba nie przemagała nad niezliczonymi, wrócił do wojska, donosząc, że barbarzyńcy nie mają wielu jeźdźców, ale niezliczone mnóstwo piechoty, co przez ulewę nocną tak zmieszana, że do walki ledwie ruszają, zmuszani przez jeźdźców. Gdy zaś słońce na mokre szaty barbarzyńców padło, parę z nich aż pod niebo podniosło, użyczając ludowi bożemu nadziei i ufności, którego twarz pogoda i jasność oświeciła. Więc na dany znak i gdy hrabia szyki przemową podniecił, z silnym okrzykiem rzucają się na nieprzyjaciół. Dla zbytniego gąszczu droga do przebicia się przez nieprzyjaciół nie otwierała się, więc na prawo i lewo wybiegając żelazem zabijali, kogo od towarzyszów oddzielali. Gdy już walka uciążliwszą się stawała, z obu stron wielu padało, a barbarzyńcy jeszcze szyki trzymali, wezwał hrabia towarzysza, aby pomógł zastępom. Ten zaś pułkownika z pięćdziesięciu uzbrojonymi pchnął w bok wroga i zmieszał jego rzędy i odtąd przez cały dzień wrogów sieczono i goniono. Gdy ich tak po wszystkich polach zabijano, pokusili się o ucieczkę do pobliskiego grodu. Gdy im towarzysz w tem przeszkodził, w najbliższe wleźli jezioro i tak stało się, że całe owe mnóstwo olbrzymie albo od miecza ginęło albo w jeziorze tonęło. I nie ocalał żaden z piechoty, a z jazdy rzadko który i skończyła się walka za upadkiem wszystkich przeciwników. Urosła więc olbrzymia radość z świeżego zwycięstwa, gdy wszyscy wodzów chwalą, każdy zaś z żołnierzy drugiego wynosi, choćby i marnego jak to w takie szczęście zwykło bywać. Na drugi dzień wyruszają przeciw wspomnianemu grodowi. Mieszkańcy broń składają, proszą tylko o zmiłowanie, co też zasłużyli. Bezbronnym kazano wyjść z grodu, lecz do niewoli królewskiej wpadła służba, wszystkie pieniądze, żony, dzieci i wszelki sprzęt domowy. I z naszych padło w owej walce dwu Lotharów (hrabiów, pradziadków biskupa Thietmara) i kilku innych z szlachty. Więc hrabia z kolegą i innymi wielmożami wrócili jako zwycięzcy do Saksonji i przyjął ich król ze czcią i znaczną chwałą, że z drobnemi siłami za łaską sprzyjającą boską znakomitego dokonali zwycięstwa. Twierdzili bowiem niektórzy, ze zabito dwieście tysięcy barbarzyńców[4].

  1. Redarzy - nazwa szczepu.
  2. Walsleben - nad dolną Łabą koło Arneburg.
  3. Nad dolną Łabą, kolo Wittenbergu.
  4. Inne źródło wcześniejsze prawi o 120 tysiącach a ośmiuset jeńcach. Przy liczbach podobnych należy zawsze co najmniej jedno zero potrącić.

O wierze i rządach Luciców.

(z Tietmara)
(W roku 1005 łączą się za Szprewą z Niemcami, ciągnącymi przeciw Chrobremu) Lucicy, postępując za poprzedzającymi ich bogami i chociaż wzdrygam się cośkolwiek o nich prawić, przecież opowiem źwięźle marny ich przesąd i rząd marniejszy, co on i zacz i skąd tu przyszli.
Jest gród w kraiku Redarów[1], zwany Radogoszcz, trójkątny i trzy zawierający bramy, otoczony zewsząd gęstym lasem, nietykalnym od tubylców i szanowanym. Dwie bramy otwarte każdemu przechodniowi, trzecia ku wschodowi położona, najmniejsza, wskazuje ścieżkę do pobliskiego, nadto ku widzeniu groźnego jeziora[2]. W grodzie nie ma nic prócz świątyni z drzewa sztucznie zbudowanej, którą zamiast podwalin rogi wszelakiego zwierza podtrzymują (!). Jej ściany zdobią przeróżne bogów i bogiń (!) wizerunki, cudownie, jak patrzącym się zdaje, wydrążone. Wewnątrz zaś stoją rękodzielni bogowie, każdy z wydrążonym nazwiskiem (!), hełmami i pancerzami groźnie odziani, z których pierwszy Swarożycem się zowie i przed innym i od wszystkich pogan bywa czczony i poważany. Nie oddala się też stąd ich chorągwi, chyba że trzeba ich na wyprawę a to przez pieszych wynosić.

Dla ich pilnej ochrony wyznaczeni są od tubylców osobni posługacze. Gdy ci się tu schodzą, aby bałwanom ofiarować albo gniew ich przebłagać, siadają, gdy wszyscy inni obok stoją, i nawzajem skrycie pomrukując, kopią ziemie ze zgrozą, aby rzucaniem losów pewności wątpliwych rzeczy się dopytać. Co ukończywszy, świeżą darnią przykrywając, wprowadzają w kornej uległości konia, największego między innemi i czczonego jako święty, nad groty dwu w ziemi wkopanych a skrzyżowanych włóczni i rzuciwszy losy, któremi przedtem rzecz badali, porze tego niby wieszczka powtóre o nie wróżą. I jeśli w obu tych razach równa ukazuje się wróżba, czynami ją wypełniają. W przeciwnym razie zmartwiony lud rzecz całkiem porzuca. Świadczy też zwiedziona wszelkim obłędem starożytność, że kiedykolwiek im zagraża dzika długiego rozruchu srogość, wychodzi ze wspomnianego jeziora wielki dzik, z białym zębem błyskającym, z pośród fal, i okazuje się wielu ludziom, groźnym tarzaniem ciszący się w swym kalisku.
Ile powiatów w tych stronach, tyleż mają świątyń i czczą niewierni demonów bałwany, ale między nimi wzmiankowany gród dzierży władzę główną. Jego pozdrawiają, śpiesząc na wojnę. Jego czczą należnymi darami, wracając szczęśliwie, i przez losy i konia, jakom wyżej opowiedział, jaka łagodząca ofiarę winni posługacze bogom przedstawić. Niewymowną ich srogość łagodzi krew ludzi i bydła. Ale nad tymi wszystkimi, co ogółem Lucicami się zowią, nie włada żaden osobliwszy panujący. Wszyscy zgadzają się jednozgodną radą w wykonaniu rzeczy, o potrzebach swych na wiecu rozprawiając. Jeżeli zaś na wiecu ktoś ze spółpowierników im się sprzeciwia, biją go kijami, i jeśli i poza wiecem jawnie się spiera, albo swe wszystko mienie traci przez pożar i natychmiastowe złupienie albo w ich przytomności składa wedle swego stanu ilość należną pieniędzy. Sami niewierni i zmienni wymagają od innych niezmienności i znacznej wiary. Utwierdzają pokój, szczyt włosów obstrzygłszy, z trawą, i podawszy prawicę, ale do zerwania jego dadzą się łatwo i pieniędzmi przekupić.

  1. Dzisiejszy Meklenburg-Strelitz; są to ci sami Rederzy co wyżej.
  2. Tollense.

O początkach chrześcijaństwa.

Boso, biskup marseburski, poprzednik Thietmara, chcąc łatwiej pouczać powierzonych sobie Słowian wypisał słowa słowiańskie i polecał im Kirie eleison śpiewać, wykładając im tegoż pożytek. Ale szaleni obracali to na złe szyderczo, w ukri wolsa, co znaczy w naszej mowie: w krzu (w krzaku) olsza, twierdząc, tak mówił Boso, ależ on mówił inaczej...

(z Adama z Bremy)
(Godszalk syn obodryckiego Utona, wychowywał się w klasztorze w Luneburgu; gdy się dowiedział, że mu ojca zabito - zbieg saski dla okrucieństwa go zgładził) złością i szałem wzniecony, zarzucił naukę i wiarę, chwycił za broń, przepłynął Łabę i złączył się z Wenedami (Słowianami), wrogami bożymi. Z ich pomocą chrześcijan napadał i jak mówią, wiele tysięcy Sasów w zemście za ojca trupami położył. (Pogodziwszy się z Niemcami wreszcie), mąż mądrością i dzielnością wsławiony, ożeniwszy się z córką króla duńskiego tak poskromił Słowian, że bali się jego jakby króla, składając mu daniny i o pokój z poddaństwem prosząc. Obfitowała Słowiańszczyzna w Kościoły i księży i niemal trzecią część tych, co się za czasów dziadka od chrześcijaństwa odpadli, nawrócił. Księża sobie śmiało w sprawach boskich poczynali a ich pomocnik, książę Godszalk, takim płonął zapałem religijnym, ze zapominając o stanie swoim, często w kościele do ludu słowa namowy wygłaszał, aby to, co księża lub biskup mistycznie powiedzieli, słowami słowiańskimi sam zrozumialsze uczynił. Wtedy i po różnych grodach powstawały przybytki kanoników, mnichów i zakonnic, jak świadczą ci, co to widzieli w Lubece, Starogrodzie[1], Łącznej, Raceburgu. W Meklemburgu, słynnym grodzie Obodrytów, jak opowiadają były trzy zbory sług bożych...
(Roku 1066) zabili księcia Godszalka poganie, o których nawrócenie do chrześcijaństwa sam się starał. Nasz Machabejczyk przyjął męczeństwo w grodzie Łącznej, siódmego czerwca, wraz z księdzem Iponem, którego nad ołtarzem zabito, i z innymi świeckimi duchownymi, co wszędzie dla Chrystusa różne ponieśli męki. Mnicha Answera i z nim innych ukamienowano pod Raceburgiem. Opowiadają, że idąc na mękę, prosił pogan aby wprzód ukamienowali towarzyszów, o których odstępstwo się obawiał. Po ich ukoronowaniu (męczeństwem), sam radośnie jak Szczepan padł na kolana. Starca Jana, biskupa wraz z innymi chrześcijanami ujęto w grodzie Meklemburgu i zachowano ku triumfalnego obchodowi. Obitego kijami za wyznawanie Chrystusa i oprowadzanemu na pośmiewisko przez grody słowiańskie, gdy nie można go było odwieść od imienia Chrystusowego, obcięto ręce i nogi a tułów zrzucono na ulicę, obciętą zaś głowę przybiwszy na palu poświęcili poganie na znak zwycięstwa swemu bożkowi Swarożycowi, co się w Radogoszczy, ich metropolji, dziesiątego listopada przydarzyło[2]. Córkę króla duńskiego znaleziono w grodzie obodryckim Meklemburgu i z innymi kobietami nago ją odpuszczono. Zwycięzcy zaś Słowianie cały powiat hamburski ogniem i mieczem zniszczyli. Sturmarów[3] niemal wszystkich zabito albo uprowadzono do niewoli. Gród Hamburg do szczętu wysieczono a na urągowisko Zbawicielowi naszemu nawet krzyże poganie rąbali. Powodem tej klęski był Blus, co siostrę Godszalkową miał za żonę a wróciwszy do domu, sam został zabity. Tak Słowianie wszyscy, podniósłszy bunt ogólny, znowu do pogaństwa odpadli, pozabijawszy tych, co w wierze wytrwali. Nasz (saski) książę Ordulf często z Słowianami napróżno walcząc, nigdy nie mógł przez lat dwanaście, o które ojca przeżył, odnieść zwycięstwa i tylokrotnie od pogan zwyciężonego nawet jego właśni ludzie wyśmiewali.

  1. Aldenburg (Oldenburg?) w Wagrji-Holsztynie.
  2. Podobne szczegóły męczeństwa przytoczył Adam Bremeńczyk i pod rokiem 1011; księżom wtedy skórę na głowie na kształt krzyża nadcinano, ze mózg było widać, i tak ich po grodach wleczono.
  3. Sasów hamburskich.

Szczecin, cześć Trzygłowa. „Kąciny”.

(z „Żywotu św. Ottona” bamberskiego)
Szczecin, miasto znaczne i większe niż Wolin, w okręgu swoim trzy góry zawierało, których średnia i najwyższa, poświęcona najwyższemu bożkowi pogańskiemu Trzygłowowi, posiadała posąg trójgłowy, siatką złotą usta i oczy zakrywający. Kapłani zaś tych bożków twierdzili, że bóg najwyższy dlatego ma trzy głowy, bo trzema zawiaduje państwami, tj. nieba, ziemni i podziemia, a twarz siatka zasłania, jakby grzechów ludzkich nie widząc ani słysząc, by je przeoczył. Były zaś w mieście Szczecinie trzy kąciny[1], ale jedna z nich najgłówniejsza, zbudowana była dziwnym kunsztem i sztuką, mając wewnątrz i zewnątrz ryciny, wystające ze ścian obrazy ludzi, ptaków, zwierząt, tak dokładnie wyrażone w swoich właściwościach, że zdawało się, oddychały i żyły, a co rzadkością, nazwę barw obrazów zewnętrznych nie mogły żadne burze śniegów czy ulew ściemnić czy zetrzeć, czego sztuka malarska dokazała. Do tego budynku zbierano wedle dawnego zwyczaju ojczystego pod prawem dziesięciennym zdobyte zasoby i broń wrogów i cokolwiek z łupów morskich albo w walce lądowej zdobyto. Tam też powstawiano puhary złote i srebrne, z których wielmoże zwykli byli wróżyć, biesiadować i się napijać, aby je w dni uroczyste jakby je ze świątyni wynoszono. Zachowywali też tam na ozdobę i cześć bogom swoim wielkie dzikich turów rogi, złocone, z wpojonemi perłami, służące do picia i rogi służące do głosu, tasaki i noże, i wiele sprzętów kosztownych, rzadkich i pięknych na wygląd. Chcieli to wszystko po zburzeniu świątyni oddać biskupowi (Ottonowi z Bambergu), ale to ten poświęcił wodą i krzyżem i kazał, aby się sami tym podzielili. Był tam bałwan trójgłowy, bo na jednym tułowiu o trzech głowach, zwany Trzygłowem. To jedno zabrał ze sobą Otton niby trofeę, owe trzy złączone głowy a tułów zniszczył i później posłał do Rzymu na świadectwo nawrócenia Pomorzan. Trzy inne kąciny zażywały mniejszej czci i ozdoby mniej miały. Tylko wewnątrz wystawione były w obwodzie stoły i ławki, bo zwykli tam byli odprawiać wiece i schadzki swoje. Bo czy chcieli biesiadować czy się zabawiać, czy swe ważne sprawować rzeczy, schodzili się do tych budynków w pewne dni i godziny. Był tam też dąb rozrosły a liściasty, a pod nim źródło przepiękne które lud prosty jako siedzibę bóstwa jakiegoś uświęcone uważał i w wielkiej czci miewał. Gdy biskup po zburzeniu kącin i ten dąb wysiec chciał, prosił go lud, by tego nie czynił, obiecując, że nigdy pod pozorem religijnym drzewa i miejsca czcić nie będą, lecz dla cienia i przyjemności i zgodził się biskup na drzewo, ale to jedno żywe bóstwo waszych bóstw musicie znieść z pośród siebie, bo nie godzą się chrześcijanom ni czary ni wróżby. Mieli bowiem rosłego bardzo i otyłego konia, karego, nader bystrego. Ten próżnował sobie rok cały a uchodził za taką świętość, że się nań żaden jeździec nie godził i miał jednego z czterech kapłanów świątyń za najpilniejszego stróża. Kiedy bowiem zamierzali ruszać przeciw wrogom albo na łupy, o wyniku wyprawy w ten sposób zwykli byli się przez niego przeświadczać: kładziono na ziemi dziewięć włóczni, każda o łokieć nawzajem oddalona. Osiodławszy konia i nałożywszy uzdę kapłan, do którego dozór jego należał, trzymanego za uzdę trzykrotnie tam i nazad wpoprzek leżących włóczni przeprowadzał. Jeśli koń przeszedł, nie potknąwszy się ani rozrzuciwszy włóczni, mieli to za znak powodzenia i wyruszali na pewne. W razie przeciwnym zaniechywali. Ten więc rodzaj wróżenia i inne obliczania drewkami, w czem upatrywali wróżbę bitwy morskiej czy łupów, znosił Otto zupełnie mimo silnego sprzeciwianie się niektórych a samego konia owej wróżby poziomej kazał do innej ziemi sprzedać, aby się nie stał sidłem zgorszenia, twierdząc, że on raczej do wozów niż do wróżb zdatny.

  1. „Gontynami” dziś dowolnie przezywane przybytki.

Świątynia i cześć Świętowita.

(z Saksona Duńczyka)
Środek grodu (Arkony na wyspie Rugji zajął plac, na którym widziałeś wcale piękną bożnicę z drzewa, słynną nie tylko z okazałem służby, ale i dla posągu w niej umieszczonego. Zewnętrzny obwód bożnicy ciekawił rzeźbami i malowidłami rozmaitemi bardzo pierwotnemi. Otworem w nim stało dla przychodniów tylko jedno wejście. Samą świątynię otaczał rząd podwójny: zewnętrzny, ze ścian, o dachu czerwonym; wewnętrzny, tylko o czterech słupach miał zamiast ścian kobierce zawieszone a podzielał z zewnętrznym tylko dach i kilka belek poprzecznych. W świątyni stał olbrzymi posąg, przewyższający wielkością wszelkie wymiary ciała ludzkiego, rażący czteru głowami i tyluż szyjami. Dwie w przód, dwie w tył patrzały, jedna głowa na prawo, druga na lewo. Wąs był tak ogolony a głowa tak przystrojona, że umyślnie wyraził artysta fryzurę u Rugjan zwyczajną. W prawej ręce trzymał róg urobiony z wszelkiego kruszcu, który kapłan świadomy obrzędu dorocznie winem nalewał, aby móc z płynu wróżyć o urodzaju przyszłego roku. Lewe ramie opierało się o bok niby zgięciem. Suknia posągu sięgała goleni, z drzewa innego urobionych, a tak nieznacznie u kolan wpojonych, żeś tylko przy starannych oględzinach dojrzał miejsca znitowania. Nogi spoczywały wprost na ziemi, gdy z sama podstawa była w ziemi ukryta. Obok widziałeś wędzidło, siodło i liczne odznaki. Miecz niezwykłej wielkości powiększał dziw, którego pochwę i rękojeść obok pysznej roboty złoto zalecało. Uroczystość obchodzono w sposób następny. Kapłan, co przeciwko zwykłemu strojowi ziomków długimi wąsami a włosami wyróżniał, umiatał dzień przed uroczystością najstaranniej świątynię, do której sam jeden mógł wstępować, bacząc, aby w niej nie oddychał. Więc ilekroć miał wydychać, tylokrotnie biegł ku wejściu, aby oddech ludzki boga nie owinął a przez to nie pokalał. W dzień następny, gdy lud przed wejściem czekał, brał posągowi puhar z ręki a bacznie obejrzawszy, czy co z wlanego płynu nie ubyło, wieszczył o nieurodzaju przyszłym, a gdy to sprawdził, polecał, aby nowe żniwo na przyszły czas zachować. Jeśli zaś nic nie ubyło, wieszczył o przyszłej obfitości. Na tej to podstawie rozstrzygał o hojniejszym lub oszczędniejszym szafowaniu zasobami. Wylawszy stare wino u stóp posągowych na ofiarę, świeżem puhar napełnił a uczciwszy posąg, jakoby mu dał pić, błagał potem w uroczystej modlitwie najpierw sobie, potem krajowi o wszystko pomyślne, ziomkom zaś o pomnożenie majątku i o nowe zwycięstwa. Po modlitwie przechylił puhar ku ustom i duszkiem go wypił a napełniwszy go znowu winem, włożył go ponownie posągowi w prawicę. Przyniesiono także na ofiarę miodownik okrągły, niemal na wielkość człowieczą. Stawiał go kapłan między sobą a gmin i pytał, czy go za nim widzą. Gdy to potwierdzali, wyrażał życzenie, aby ci sami go po roku dojrzeć nie mogli, lecz nie o śmierć, ani sobie ani ziomkom, upraszał, ale na przyszłe żniwo obfitsze. Potem pozdrawiam zebranych niby od bożka a upomniawszy ich, aby i nadal mu wierni zostali a uroczystość troskliwie obchodzili, obiecywał im zwycięstwo na lądzie i morzu jako najpewniejszą odpłatę. Resztę dni zapełniali dziką wesołością spożywając potrawy ofiarne aż do przesytu, gdyż ofiary bogu ślubowane służyły ich obżarciu. Za czyn bogobojny uchodziło w te gody mierności unikać. Każdy, mężczyzna czy kobieta, rocznie jeden grosz dobrowolnie na cześć bałwana składali. Jemu też ofiarowano trzecią cześć zbroi i zdobyczy nieprzyjacielskiej, jakbyto za jego pomocą rzeczy te zdobyto. Przydzielono dalej temu bogu trzysta koni i tyluż ich jeźdźców. Ci całą zdobycz, zbrojnie czy ukradkiem zdobytą, oddawali kapłanowi. Z tej zdobyczy sporządzał on wszelkie odznaki i ozdoby dla świątyni a składał je do skrzyni pod zamknięciem, gdzie obok mnóstwa pieniędzy złożone były liczne drogie materje, starzyzną odleżałe. Było tam dalej widać mnóstwo podarunków od gmin czy od osób prywatnych, jakie zniosły tu przyrzeczenia tych, co upraszali o jakąś łaskę. A ten bałwan, czczony zabiegami całego Słowiaństwa, i sąsiedni królowie (chrześcijańscy jak duński Sweno) darami swojemi nachodzili.
Po różnych miejscach miał ten bóg jeszcze inne świątynie rządzone przez kapłanów mniejszych godności i znaczenia. Miał oprócz tego własnego wierzchowca białosza, a za grzech uchodziło wyrwać włos z grzywy czy ogona. Tylko kapłan śmiał tego konia paść i jeździć na nim, aby nie zmniejszyła się zwierza boskiego cena, gdyby go częściej zażywano. Wedle wiary Rugjan walczył Świętowit, bo tak się bałwan nazywał, na tym koniu przeciw wrogom swej czci, a dowodziło tego, że koń, acz na noc zamknięty w swej stajni, rano nieraz tak zziajany a ubłocony wyglądał, jakby w powrocie z wyprawy bardzo znaczną przebiegał drogę. Wróżono również tym koniem a to tak: gdy zamierzali podjąć walkę przeciw jakiejś ziemi, rozstawiali kapłani przed świątynią włócznie w trzech rzędach; w każdym z nich dwie włócznie na krzyż, z grotem na dół, były wbite do ziemi a rzędy były w równej od siebie odległości. W czasie przygotowań do wyprawy wyprowadzał kapłan po uroczystej modlitwie konia z przedsionku w uździenicy, a jeśli koń przekraczał te rzędy wpierw prawą niż lewą nogą, uchodziło to za pomyślną wróżbę dla toczenia walki. Jeśli zaś choćby raz tylko lewą pierwej niż prawą przekraczał, zaniechiwano napadu na obcą ziemię. Również nie podejmowano wyprawy morskiej rychlej dopóki nie spostrzeżono trzykrotnego raz po raz przekroczenia dobrej wróżby. Kto zaś miał wyruszać za wszelaką sprawą, sądzili wedle tego, jakie zwierze najpierw potykali, czy życzenie nich spełni się lub nie. Na wróżbę pomyślną radośnie w drogę ruszali, na niepomyślną wracali do domów. I rzucanie losów nie było im obce. Trzy drzewka z jednej strony białe, z drugiej czarne, rzucali do łona zamiast losów. Białe im pomyślność, czarne niepomyślność zmianowały. I kobiety znały się na tem, bo siedząc u ogniska bez rozmysłu w popiele naoślep linje kreśliły. Jeśli się potem liczby parzystej doliczyły, uważały to za wróżbę pomyślną, przy nieparzystej za szpetną...

Nawrócenie Rugijczyków.

(z Helmolda)
Roku 1168 król duński z pomocą książąt pomorskich Kazimira i Bogusława i Przybysława, księcia obodryckiego, zdobył Rugję i Arkonę i rozkazał starożytnego bałwana Świętowita, czczonego od wszelkich ludów słowiańskich, wywlec, uwiązać na postronki u szyi i środkiem wojska wobec patrzących na to Słowian ciągnąc a posiekawszy na kawałki do ognia wrzucić. Był zaś wtedy księciem rugijskim Jaromir, ochrzczony okazał się stałym w wierze i jej głoszeniu, że ujrzał w nim drugiego Pawła, powołanego przez Chrystusa. Służąc niby za apostoła, ze zwierzęcą srożący się dzikością częścią ciągłym przepowiadaniem wiary, częścią groźbami, nawracał od urodzonej dzikości do religji nowego życie. Świętowita zaś czcili Słowianie, jeszcze za naszych czasów wszystkie powiaty rocznie daninę mu przysyłały, wyznając go jako boga bogów. W porównaniu do kapłana, król był u nich w miernym poważaniu, bo kapłan badał odpowiedzi i wyniki losów; sam zawisł od wskazówki losów, król zaś i lud od jego wskazówki. Między wszelakimi ofiarami zwykł był kapłan czasem chrześcijanina ofiarować, chełpiąc się, że jego krwią nader bożki sobie rozkoszują. Zdarzyło się przed kilku laty, że zebrała się tam wielka rzesza kupców dla rybołostwa, bo w listopadzie przy silnym wietrze znaczny tam połów śledzi i wolny dostęp kupców, skoro wpierw bożkowi ziemi, co należy, opłacą. Był tam przypadkiem ksiądz Godszalk zaproszony, aby śród tak licznej rzeszy sprawą bożą zawiadował. Doszło to niebawem owego kapłana i zwoławszy króla i lud oznajmił, ze bóstwa silnie się oburzyły i nie można ich inaczej przebłagać, niż krwią księdza, co śród nich odważył się na obce nabożeństwo. Zdziwiony lud zwołał rzeszę kupców i upraszał po wydanie księdza, aby swemu bogu ofiarę błagalna oddali. Na zaprzeczenie chrześcijan ofiarują im sto marek w darze a gdy nic nie uzyskali, poczęli się uciekać do przemocy i nazajutrz walkę ogłaszać. Kupcy, mając już okręta naładowane, z połowu w nocy odbili i tak siebie jak księdza przy pomyślnym wietrze z groźnego wydobyli niebezpieczeństwa. Ale chociaż nienawiść imienia chrześcijańskiego i żagiew przesądów u Rugijczyków więcej niż u innych Słowian się wgnieździła, celowali znaczną dobrocią przyrodzoną. Boć obfitowała u nich gościnność i rodzicom okazują cześć słuszną. I nie znaleziono również między nimi żadnego ubogiego czy żebraka, gdyż skoro kogo z pomiędzy nich albo słabość nadwątli, albo wiek, oddaje się go na opiekę dziedziczącego po nim i należy go utrzymywać w pełnej przyzwoitości.
Król duński i Henryk Lew pokłócili się o zdobycz rugijską i Henryk w gniewie wezwał książąt słowiańskich, aby się mścili nad Duńczykami. Ci chętnie usłuchali i okręty rozbójnicze nakierowali na bogate wyspy duńskie i pod długim ogłodzeniu nasycili się Słowianie bogactwami duńskiemi. Słyszałem od opowiadających, że w Meklemburgu w dzień targowy naliczono z niewolników duńskich siedmset dusz, wszystkie na sprzedaż, gdyby kupców starczyło. Duńczycy wyruszyli na ukaranie Słowian, ale gdy odeszli, w ślad ich wstąpili Słowianie, i dziesięciokrotnie straty swe odbili, bo trudno się ustrzec nagłym ich napadom i niedawno jeszcze rozbójnicza ich nawyczka tak się między nimi rozrosła, że po zupełnym zarzuceniu wygód rolnictwa ręce gotowe stale ku wyprawom morskim wyciągają, pokładając w okrętach jedyną nadzieję i szczyt bogactwa. Ależ oni w wystawianiu domostw nie zadają sobie trudu, lecz raczej chaty z krzaków splatają, tylko przeciwko słocie i wichrom potrzebie dogadzając. Ilekroć zaś wrzawa wojenna rozbrzmiewa, całe zboże z plew wybiwszy, złoto, srebro, wszelkie kosztowności chowają po jamach, a żony i dziewice po grodach albo lasach ubezpieczają. I zburzeniu nieprzyjacielskiemu pozostają tylko namioty a ich stratę za nic sobie nie ważą.

O obrządku Słowian.

(Helmold, rozdział 52)
Po śmierci króla Obodrytów Kanuta Lewarda (rok 1131), nastąpili w miejsce jego Przybysław i Niklot w rozdzielonem na dwoje państwie, gdy jeden kraikiem Wagrów (w Holsztynie) i Połabian, drugi Obodrytów (w Meklemburgu) władał. I byli oni obaj okrutnymi zwierzętami, chrześcijanom nader wrodzy. I wzmogły się przez całą Słowiańszczyznę (nadłabską), wszelaka cześć bóstw i błąd przesądów. Bo oprócz gajów i bóstw domowych, w jakie ich niwy i grody obfitowały, pierwsze i najznaczniejsze bóstwa były Prove, bożek ziemi Aldenburskiej (w Holsztynie), Siwa, bogini Połabian: Radigost[1], bóg ziemni Obodrytów. Im poświęceni byli kapłani i wieloraki obchód religijny. Naznaczenie bogom uroczystości obwieszczał kapłan wedle wskazówki losów. Schodzą się mężczyźni i kobiety z dziatwą i bogom swoim ofiary z bydła i owiec rzną, najczęściej i z ludzi chrześcijańskich, bo chełpią się, ze ich krwią bogowie się rozkoszują. Po zarznięciu ofiary kosztuje kapłan jego krwi, aby był sprawniejszy ku powzięciu wróżby, gdyż wielu mniema, jakoby bóstwa łatwiej krwią wabić się dawały. Po ukończeniu ofiar wedle zwyczaju zwraca się lud ku biesiadom i oklaskom. Dziwny zaś jest błąd u Słowian, bo w swoich ucztach i pijatykach obnoszą kielich, nad którym zmawiają słowa nie tak poświęcenia, jak raczej przekleństwa pod nazwą bogów, dobra mianowicie i zła, wyznając, że wszelakiem szczęściem bóg dobry, nieszczęściem - zły rozrządza. Dlatego też zwą w języku swoim boga złego Diabol, albo Czarny Bóg[2]. Między zaś wszelakiemi bóstwami Słowian Świętowit, bożek ziemi rugijskiej, się wyróżnia, jako sprawniejszy w wyroczniach, względem którego resztę niby za półbogów uważali. Dlatego zaś na oznakę czci corocznie chrześcijanina losem wyznaczonego zwykli mu ofiarować, ale i ze wszystkich prowincji słowiańskich przysyłali mu wyznaczone nakłady ofiar. Dziwnem też zajęci są uszanowaniem co do czci świątyń, bo ani w przysięgi łatwo się wdają, ani dozwalają, aby okrąg świątyni choćby dla wroga zgwałcono. Zresztą wrodzone było Słowiańskiemu ludowi okrucieństwo, nienasycone, niespokojne, trapiące okolicę na morzu i lądzie. Trudno wyliczać, ilu sposobami śmierci chrześcijan nawiedzali, bo jednym wnętrzności wydzierali, obwodząc ich około słupa, innych krzyżowali, wyszydzając oznakę naszego zbawienia. Mniemają bowiem, że najgorszych zbrodniarzy na krzyż wbijać należy[3]. Tych zaś, których strzegą dla wykupu pieniężnego, takimi uciskają męczarniami i splotami węzłów, że nieświadomemu ledwie wyobrazić.

  1. Pomyłka Helmolda. Powinno być „Swarożyc”. Radogoszcz to miejscowość w tych czasach.
  2. Wiadomości Helmoldowe o pogaństwie słowiańskim wymagają poprawki: wpływ chrześcijaństwa widoczny jest już w nazwach diabol i czarny bóg (to samo „białego boga” nie znali Słowianie przenigdy i wszelaki dualizm, wrogość dobra i zła, był im obcy), i w pojęciu najwyższego boga niebiańskiego. Co dziwniejsze powtarzają się u Długosza między nazwami bogów polskich dwie Helmoldowe (porównaj niżej): Żywia (Siwa), Pogoda (Pogada); może to i nie traf.
  3. Zwykłą karą śmierci było powieszenie. Bogobojny książę czeski Wacław św. kazał wyrzucać od dawna stojące szubienice w kraju całym.

O gościnności, o gaju świętym i o bóstwach.

(Helmold, I. 83 i 84)
(Rok 1156) Wrócił biskup (oldenburski Gerold) do Wagrji do Aldenburga, aby dzień uroczysty Trzech Króli w miejscu uczcił katedralnym. Gród był zaś opuszczony zupełnie, bez murów i mieszkańców, stała chyba malutka kapliczka, wzniesiona tamże przez śp. Wicelina. Tam w najsroższy mróz między kupami śniegu mszę odprawialiśmy. Słuchaczy Słowian nie było oprócz (księcia wagrskiego) Przybysława i bardzo niewielu innych. Po ukończeniu mszy św. prosił nas Przybysław, abyśmy udali się do jego domu w dalszym nieco grodzie. I przyjął nas z wielką żywością i sporządził nam obfitą biesiadę. Dwadzieścia posiłków napełniło stół nam zastawiony. Tam z doświadczenia poznałem, com dawniej z głoszonej sławy wiedział, że żaden naród zacniejszy nad Słowian co do gościnności. Bo w podejmowaniu gości wszyscy jakby jednomyślnie są ożywieni, tak że nawet nie trzeba nikomu prosić o gospodę, bo cokolwiek uzyskają z orki, rybołostwa albo myślistwa, wszystko odkładają na rzecz hojności, wychwalając czem rozrzutniejszego, jako tem dzielniejszego. Chciwość takiego okazywania się pobudza wielu z nich do kradzieży lub rozboju, ten bowiem rodzaj występku uchodzi u nich za godny odpuszczenia, bo tłumaczą się pozorem gościnności.
Stosując się bowiem do prawa słowiańskiego, coś w nocy ukradł, za jutra między gości rozdzielisz. Jeśliby zaś, co się niezwykle rzadko wydarza, przeświadczono kogoś, że obcego z gospody wytrącił, to wolno spalić dom i zasoby jego i na to zgadzają się w równej mierze zdania wszystkich i ogłaszają go za bezecnego, za prostaka, za wyszydzanego przez wszystkich, kto nie ulągł się chleba gościowi odmówić.
Zabawiwszy zaś u królika przez ową noc, przez dzień i noc następne, przeszliśmy na dalszy kraj słowiański, aby pogościć u jednego wielmoży, nazwiskiem Cieszymir, bo on nas zaprosił. Wypadło zaś nam w przechodzie wstąpić do gaju, jedynego w tej ziemicy, gdyż cała w płaszczyznę się wydała. Tam widzieliśmy pomiędzy najstarszemi drzewami dęby święte, bogu owej ziemicy Proven, uświęcone, otaczało je podwórze i płot z drzewa ściśle wykonany, zawierający dwie bramy. Bo oprócz bóstw domowych i bożków, w jakie obfitowała każda miejscowość, uchodziło to miejsce za świętość całej ziemicy, dla której wyznaczano kapłana i obchody i wszelkie obrzędy ofiarne. Tam bowiem co poniedziałku lud ziemicy z królikiem i kapłanem zwykli się schodzić dla sądów. Wchód do podwórza był wzbroniony wszystkim, oprócz kapłanowi i tym, co zamierzali ofiary składać, albo którym groziło niebezpieczeństwo śmierci. Tym bowiem nie odmawiano schroniska. Taką bowiem cześć okazują Słowianie swoim świętościom, że obejścia świątyni ani krwią wrogów skalać nie dopuszczą. Przysiąg dopuszczają się jak najtrudniej, bo przysięgać znaczy Słowianom jakby krzywoprzysięgać dla mszczącego gniewu bogów. Mają zaś Słowianie różnoraki tryb bałwochwalczy, gdyż nie zgadzają się wszyscy na ten sam zwyczaj przesądny. Jedne bowiem (bóstwa) swoich świątyń urojone wystawiają kształty, jako pogański bałwan, zwany Podagą. Inne zamieszkuje lasy lub gaje, jak Prowe, bożek oldenburski, które nie posiadają wyraźnych kształtów. Wielu też wydrążają o dwóch lub trzech lub więcej głowach. Pomiędzy zaś wszelakiemi bóstw siłami, którymto przywłaszczają niwy i lasy, smutki i radości, nie przeczą, że jeden bóg na niebiesiach wszystkimi innymi władnie, ale ów wszechmocny tylko o rzeczy dba niebiańskie. Ci zaś obsługując rozdzielone obowiązki, poszli z jego krwi i każdy z nich tem celniejszy, im bliższy owemu bogu bogów. Gdyśmy zaś do tego gaju i miejsca zbeszczeszczenia nadeszli, wezwał nas biskup, abyśmy do zburzenia gaju z siłą przystąpili. Sam też zeskoczył z konia i znamienite czoła bram rozbił palem, my zaś wszedłszy na podwórze, znieśliśmy cały płot podwórza około owych drzew świętych i z kupy drzewa, urzuciwszy ogień, stos całopalny uczyniwszy, chociaż nie bez obawy, aby nas oburzeni tubylcy nie ukamienowali, lecz Bóg nas ochronił. Potem zstąpiliśmy do gospody, gdzie nas Cieszymir z wielką przyjął wystawą. Lecz nie były nam kielichy słowiańskie ani miłe ani przyjemne, bośmy widzieli więzy i rozmaite narzędzia męczeństwa gotowane dla chrześcijan, których z Danji przywieziono. Widzieliśmy tam księży Panam wynędzniałych przez długie w niewoli zajęcie, którym biskup ani gwałtem, ani prośbą nie mógł dopomóc.