Polski USA Deutsch Ruskij

Znajdź osobę

Główne gałęzie

Powstanie powiatu oszmiańskiego (Insurekcja 1831)
powstanie litewskie

Powstanie Listopadowe |  Powstanie powiatu rosieńskiego (Żmudź) |  Powstanie Styczniowe

30 marca |  2 kwietnia |  4 kwietnia |  5 kwietnia |  7 kwietnia |  8 kwietnia |  9 kwietnia |  10 kwietnia |  11 kwietnia |  12 kwietnia |  14 kwietnia |  15 kwietnia
Fragment z książki „Powiat oszmiański" |  Fragment „Pamiętników o powstaniu Litwy i ziem ruskich w roku 1831." |  Fragment pamiętników „W Wilnie i w dworach litewskich.”


Objaśnienia:
Wytłuszczone, zielone fragmenty tekstu zawierają objaśnienia widoczne po ustawieniu na nich kursora myszy.
Przekreślony tekst oznacza błędną lub nieaktualą informację.

Powiat oszmiański

Pamiętnik Józefa Zienkowicza (tekst oryginalny)
1831

Kiedy trzy Żmudzkie i Litewskie powiaty podniosły chorągiew wolności, utrudzona komunikacja rządowi i wojskom rosyjskim otwartą jeszcze miała, dogodną przez Oszmianę, trudniejszą przez Święciany drogę.
Najważniejszą więc naówczas dla sprawy polskiej było powstanie Oszmiany. Komitet centralny w Wilnie, powierzył kierunek powstania w powiecie Oszmiańskim hrabiemu Józefowi Tyszkiewiczowi, marszałkowi tego powiatu. Czekano skutku działań tego marszałka, lecz ten dla rozmaitych przyczyn nie śmiał początkować, lękał się nawet wspierać powstanie.
Przewidywano tę jego lękliwość i to dało powód, że troskliwsi o los powstania członkowie kierujący niem w Wilnie, wysłali do Oszmiany Ignacego Klukowskiego i Józefa Zieńkowicza dla powzięcia w tym przedmiocie stanowczych wiadomości.

Przybyli oni do Oszmiany 30. Marca. Niepewna Tyszkiewicza odpowiedź, wątpliwą także czyniła działań jego nadzieję. Z tą wiadomością wrócili obadwa wysłańcy do Wilna.
Wszakże powstanie Oszmiany stawało się coraz potrzebniejsze i konieczniejsze, wysłano więc dnia 1. Kwietnia inną osobę ... w nadziei, że może ten będzie szczęśliwszy do nakłonienia marszałka, ale odpowiedź jego była również jak tamtych, niepomyślną.
Uwiadomiony o tem, nie przez osoby powstaniem rządzące, ale prywatnie, Józef Zienkowicz pożegnał się dnia
2 kwietnia ze swoimi przyjaciółmi, wziął on błogosławieństwo i odjeżdżając zaręczył ich, że jeśli pierw albo powieszonym, albo rozstrzelanym nie będzie, najdalej we 24 godzin po przybyciu do Oszmiany, zrobi tam powstanie.
O godzinie 6 po południu opuścił Wilno i z bronią w ręku przedarłszy się przez strome góry w okolicy Wilna, dostał się na drogę pocztową. Obowiązek nakazywał mu wstąpić do ojca już od kilku miesięcy chorego, który ze świtaniem ranka o przyczynie nagłego jego z Wilna odjazdu uwiadomiony, pobłogosławił zamiarom syna i przypominając, że honor i miłość ojczyzny nadewszystko sercu Polaka drogiemi być powinny, pożegnał się z nim po raz ostatni, nazajutrz bowiem w pięć godzin po dopełnionem powstaniu. Bogu oddał ducha.
O godzinie 7 z rana stanął Zienkowicz w Oszmianie. Przyrzeczenie jego w Wilnie przed odjazdem, nadawało mu odwagę mówienia każdemu, w jakim celu przybył. Zastał tum już Klukowskiego i Justyna Polla, przysłanych od potajemnego rządu wileńskiego. Od nich dowiedział się, że jeszcze nic nie zrobiono, że dopiero wszystko robić się zaczyna i że żadnego jeszcze stanowczego nie wzięto postanowienia. Zienkowicz powiedział im, do czego się w Wilnie zobowiązał i od tej chwili zaczęło się czynne, prawdziwe działanie w powiecie Oszmiańskim.
Nie tracąc ani chwili czasu, udał się Zienkowicz do Tyszkiewicza, któremu wystawił całą rzecz w sposobie przekonywającym i tę od niego pamiętną otrzymał odpowiedź: „Poczekaj dwie godziny; zrobimy sesję i tym sposobem wszystko porządniej da się spełnić”. Spółdziałacze jego uradowali się, kiedy o takiej odpowiedzi ich uwiadomił. Ale w chwili, kiedy Zienkowicz odchodził, przybył do Tyszkiewicza Stanisław Świętorzecki, który usposobienie to zupełnie przerobił. Nie upływa i godzina, aż Tyszkiewicz przybywa i temi Zienkowicza wita słowy: „Zapaleniec jesteś, rób sobie co chcesz, ja się do tego nie mogę mieszać, od wszystkiego ręce umywam”.
Po tak nagłej zdania marszałka zmianie, wywracającej zamysł powstania, złożyliśmy w kilku młodych ludzi naradę, a dowiedziawszy się. że żołnierze z Wielkołuckiego pułku, stojący w Oszmianie, otrzymali rozkaz wyjścia do Wilna i uznawszy niepodobieństwo wzięcia ich natychmiast, postanowiono, aby Klukowski z strzelcami Hryniewskiogo zrobił na nich wyprawę w Kamiennymrogu o półtrzeciej mili od Oszmiany, dla ułatwienia czego Zienkowicz dał list do brata, aby z ludźmi dopomógł Klukowskiemu.
Kiedy Klukowski udał się na przeznaczone miejsce, dowiedziano się o mylności doniesienia; Zienkowicz więc napisał list do niego, aby powrócił do Oszmiany, a sam postanowił wystawić jeszcze raz Tyszkiewiczowi konieczną potrzebę łączenia się z powstaniem. Zaczęła się więc żwawa między nimi rozmowa, brał w niej udział Świętorzecki, a świadkami jej, oprócz żony Tyszkiewicza, byli sekretarz jego Jakubowski i archiwista Rudkowski. Rozmowa ta trwała bez przerwy przeszło dwie godziny. Zienkowicz wystawił najprzód Tyszkiewiczowi obowiązek względem ojczyzny i dowodził, że w wykonaniu dzieła nie ma niepodobieństwa. Świętorzecki zaprzeczał wszystkiemu, wystawiał nieszczęśliwe skutki, w czem zwracał uwagę jedynie na przeważającą szalę materialnych korzyści i słowa jego broniły zawsze ich sprawy. Tyszkiewicz w niepewności między dwoma zdaniami walczyć z sobą. Nareszcie rozmowa przerwaną została; Świętorzecki odprowadził Tyszkiewicza na stronę, a żona jego i obecni, nie taili, że z dwóch zdań, zupełnie sobie przeciwnych, zdanie Zienkowicza ma za sobą i prawdę i sprawiedliwość. Rozeszli się wszyscy, najmniejsze zastanowienie się nad rozmową, dostatecznie przekonywało, że Świętorzecki największą był przeszkodą i że jego należało się pozbyć. Rutkowski podał myśl zastraszenia Świętorzeckiego i podjął się ją wypełnić. Udał się więc do niego z przyjacielskiem przedłożeniem, aby Tyszkiewicza od powstania nie odwodził i uwiadomieniem poufałem, że Zienkowicz, uważając go za główną sprężynę, działającą na upór Tyszkiewicza, ma zamiar kazać go tej nocy powiesić. Spełnienie takiego zamiaru, jakkolwiek teraz dla postrachu tylko powiedzianego, mogło być w powstaniu narodowem sprawiedliwą, i konieczną karą za odejmowanie środków sprawie, która ich tyle potrzebowała. Znał to dobrze Świętorzecki i dla tego nie chciał dowierzać łagodności współobywatelskiej. W czasie, kiedy Zienkowicz udał się do Soroki, Świętorzecki oddał wizytę pożegnalną Tyszkiewiczowi i wobec Jakubowskiego i Rutkowskiego, jeszcze raz wystawił mu zgubnośc projektów Zienkowicza, popierając swoje zdanie tera, iż przekonał się, że Zienkowicz ma pomięszanie zmysłów i w tem obłąkaniu wyobraża sobie konieczność działania i pomyślność skutku, że na koniec, cokolwiek by niebaczni robili w to mięszać się naturalny rozsądek zabrania Tyszkiewiczowi, marszałkowi, hrabiemu, synowi ojca, mężowi, ojcu dzieci. Potem wszystkiem, wieczorem odjechał.
Wrócił Zienkowicz od Soroki do swojego mieszkania, gdzie na niego czekali Jakubowski i Rutkowski, opowiedział im rozmowę z Soroką, najgotowszym do poświęcenia się
w podeszłym wieku swoim sprawie ojczystej, a od nich dowiedział się i o niewczesnej Świętorzeckiego wymowie i o jego odjeździe. Znowu zabłysła nadzieja nakłonienia Tyszkiewicza do powstania. Jego wpływ, jako zamożnego obywatela, był bardzo potrzebny. Miał Tyszkiewicz tę słabą stronę, że się dał powodować radom Świętorzeckiego i Raczkiewicza. Jednego już się pozbyto, chciano działać przez drugiego; posłano więc natychmiast po niego, inne bowiem o tym człowieku, niż o Świętorzeckim wszystkich było przekonanie.
Aby zaś nie tracić czasu, udał się Zienkowicz do Tyszkiewicza, gdzie natychmiast Jakubowski i Rutkowski przybyli. Lecz Tyszkiewicz wyszedł już był do Niekraszewicza, zwolna więc toczyć się z panią Tyszkiewiczową zaczęła rozmowa.
Czuła na głos cierpiącej ojczyzny, wierzyła wszystkim Zienkowicza opowiadaniom, wierzyła, że Dybicz i Wielki książę Konstanty nie żyją, że Toll jest wzięty przez Dwernickiego w niewolę, że wojsko rosyjskie pobite i rozproszone w najsmutniejszem zostaje położeniu. Ta jej wiara w dobrą sprawę ośmieliła Zienkowicza do uczynienia jej kilku zapytań, na które z mężnem, prawdziwej Polki sercem, pamiętną dała mu odpowiedź:

Nie ja jedna na świecie jestem żoną, matką...Nie pierwszy mąż mój, jest mężem i ojcem! Jeśli więc cios okrutny dla mnie przeznaczony, łatwiej go zniosę, gdy mąż mój będzie dla ojczyzny ofiarą, niż gdy zimnych osób radą zatrwożony, nie stanie w świętej sprawie. I gdyby nawet skutek zawiódł nadzieje, wówczas, gdy wszystkie żony i dzieci dotknie los smutny, mnie jednej przystałożby się cieszyć? Nie! Taka przyszłość godna wzgardy. Taki los, nie byłby szczęściem, ale najokropniejszą dla mnie karą!

Nie jest w mojej mocy, nie jest w mocy żadnego języka, wydać wyraz uczuć, jakie się malowały na twarzy tej Polki, kiedy słowa te wymawiała; było to jakieś natchnienie nadludzkie, które obecnym nakazywało największe uwielbienie.
Zaledwie mówić przestała, zaledwie wyraz wzniosłego uczucia z twarzy jej znikać i miejsce spokojniejszym rysom zostawiać zaczął, przybył mąż jej w chwili właśnie uroczystego milczenia naszego. „Cokolwiek będzie, cokolwiek zrobicie” rzekł „uwiadamiam, że jeśli to ma być teraz, ja nie przystąpię, bo widzę wyraźne niepodobieństwo”. Ze sposobu, jakim te słowa były wymówione, widać było, że pochodziły z głębokiego przekonania. Ale nie mogły one obudzić wiary w Zienkowiczu, inaczej przekonanym.

Jeśli więc” — przemówił do niego Zienkowicz — „jeśli więc już nadzieja, abyś był na czele powstania, straconą zostaje, muszę ci hrabio wszystko powiedzieć: Powstanie dziś a najdalej jutro będzie. Posłaliśmy po Raczkiewicza i zaczekamy godzinę na jego przybycie: jeżeli i ten odmówi mi pomocy, jeśli nawet wszyscy pójdą za twoim przykładem, bądź pewny hrabio, że i wtenczas słowo dotrzymać potrafię i jutro najdalej zrobię powstanie. Pojadę natychmiast do majątku mojej matki a wziąwszy z niego 300 ludzi, udam się do Szwykowskich, oni się pewnie ze mną zgodzą i jutro od Smorgoni rozpocznę powstanie, a prawem rozkazu dsesperata, do niego innych zmuszę. Obojętnym okiem patrzę na los, jakikolwiek mnie czeka. Nie Moskal, nie ukazy sądzić nas będą, ale historia będzie sędzią moich uczynków.
Jeśli mi wypadnie śmierć wymierzać, nie wiem, komu w tem dzieje przypiszą winę, czy mnie który nie chcąc rządzić do rządzenia zmuszony zostałem, czy temu, kto przez obawę o siebie dał powód do ostateczności i stał się ofiar przyczyną. Lecz znam cię hrabio i dlatego nie posądzam cię, iżbyś osobistym ulegał względom. Widzę uwagę twoją zwróconą na to, że jesteś synem, mężem, ojcem i marszałkiem. Jako syn hrabio, pomnij, że w takiej sprawie, jeden tylko Bóg jest twoim ojcem, a matką twoja ojczyzna. Jako mąż, zapytaj żony, na czem ona szczęście zakłada. Jako ojciec, wyobraź sobie najsmutniejszy koniec tych działań i wszelkie nieszczęśliwe następstwa, postaw się w położeniu twoich dzieci dorosłych i rozważ, czy zmniejszeniu skarbów, czy zupełne nawet ich poświęcenie, nieprzyjemniejszem i zgodniejszem narzekania będzie, jak gdybyś nie należąc do powstania z nami, przypuszczam najniepomyślniejszego, zachował dla dzieci swoich najogromniejsze bogactwa i razem ślad w dziejach, że gdy naród o swoje niepodległość się dobijał, tyś łączyć się z nim nie chciał, a może oporem twoim próżnych ofiar i zguby sprawy polskiej był przyczyną. Jako marszałek na koniec, weź na uwagę, że powstało Królestwo Polskie, że broń podniosły trzy żmudzkie, trzy litewskie powiaty. Czy chcemy czekać nagród i przywilejów w razie, jeśli się poszczęści orężowi despoty i czy nie ośmielimy się podzielać losu reszty naszej guberni? I możemyż się wahać dłużej, kiedy już u tylu braci naszych powiewa sztandar polski? Spóźniliśmy się i tak ; czekać dłużej niepodobna. Gdyby powiat Oszmiański przed dwoma dniami był powstał, nie byłby przeszedł kurjer z doniesieniem nieprzyjacielowi o powstaniu żmudzkiem. Trzeba więc nagradzać szkody i straty, nie nowych stawać się przyczyną. Teraz ostatniego twego hrabio oczekuję słowa. Wymów, bo jaż się oddalam
”.

Tyszkiewicz mocno był wzruszony, a pamiętając, że po Raczkiewicza posłano, żądał najusilniej po kilkakroć tylko tego od Zienkowicza, aby się wstrzymać do jego przybycia. Godzina czasu nie wiele znaczyła, już była wprawdzie siódma, czekano więc Raczkiewicza przyjazdu.
Lecz zaledwo upłynęło pół godziny, przybył z Wilna Eustachy Januszkiewicz w tymże samym celu. Uwiadomiony o tem Zienkowicz, idzie do niego i zastaje go, mówiącego na osobności z Tyszkiewiczem. Tyszkiewicz przedstawia Zienkowicza, jako zapaleńca, który mu nie daje chwili do wytchnienia. Januszkiewicz mówił krótko, ale słowa jego zimno, z pewną rezygnacją wymówione, tak były stanowcze, że gdy dla będących z nim jednej myśli przynosiły radość, dla osób słabej wiary bojaźń o siebie rodzić mogły.
Tyszkiewicz czekał na przyjazd Raczkiewicza i wtedy dopiero miał dać ostateczną odpowiedź.
Jego udział byłby zawsze korzystny, ale wszystko było już zdecydowane. W kilka godzin miało się rozpocząć powstanie, choćby nawet Tyszkiewicz do niego nie chciał był należeć. Januszkiewicz opowiedział, że się widział z Ważyńskim Porfirym i Klukowskim, doniósł, że Ważyński o godzinie 11 w nocy zdejmie obiedwie poczty, utrzymujące komunikację Wilna z Oszmianą i z Klukowskim w nocy przybędzie. Potrzeba więc już tylko było zaczynać powstanie i przygotować wszystko do następnego działania.
Aby dać lepiej poznać, z jaką rozwagą przygotowano to powstanie, nie od rzeczy będzie wspomnieć w tem miejscu nieco o położeniu Oszmiany.
Miasto Oszmiana o mil 7 od Wilna leży na trakcie pocztowym przez Mińsk do Petersburga idącym. Powiat Oszmiański otoczony powiatami wileńskim, zawilejskim, lidzkim, nowogrodzkim, wilejskim i mińskim, nie miał żadnego punktu oparcia, bo w żadnym z tych powiatów nie było jeszcze powstania, a w każdym znajdowała się jakkolwiek niewielka część wojska. Wilno zaś, z powodu większej liczby wojska, było dla Oszmiany najgroźniejszym punktem.
Wszakże te wszystkie niebezpieczeństwa mało zajmowały uwagę powstających w Oszmianie. Podobnież nie chcieli oni czynić przygotowań do następnego działania, zostawiając to na potem, gdy się już zrobi powstanie, aby tym sposobem uniknąć niewczesnych sporów, przeciwnych zdań, albowiem nie przybyli tu rozważać i rozprawiać, ale działać.
Zaczęto więc układać projekt tylko do samego początkowego powstania. W tem uwiadomiono ich, że kilka pojazdów na pocztę przybyło; chciano się dowiedzieć, czy to nie uciekający Nowosilcow albo Pelikan, ale pokazało się, że to obywatel z familią jadący z Wilna. Nie długo potem przybył kurier; tu się zdania powstańców różniły: Januszkiewicz, Zienkowicz i Poll chcieli natychmiast wziąć go i krokiem tym rozpocząć powstanie. Inni byli przeciwnego zdania; w końcu zgodzono się, żeby go zabrać za miastem. Zienkowicz z Pollem biorą to na siebie i kiedy już mają siadać na czekające na nich konie, znowu rozważania, prośby nawet lękliwych osób i powtórna decyzja, aby dzisiaj nie rozpoczynać. Tak więc kurier z depeszami został przepuszczony.
Zgromadzona w celu rozpoczęcia powstania w jednym domu młodzież, uzbroiwszy się w pistolety, fuzje, szable, składała szczupłe grono, lubo na rejestrze było do rozpoczynania tego dzieła pięćdziesiąt zapisanych osób.
Upływały godziny, nikt nie spał, wszyscy czuwali, lecz liczba się nie zwiększyła. O północy przybyli Ważyński i Klukowski z doniesieniem że już stacje pocztowe zdjęte. Przybył wreszcie i Raczkiewicz; zimne Jego rady działały na Tyszkiewicza, lecz już nie zważano na to, czekano tylko poranka.

Wróć

Już było po godzinie czwartej z rana dnia czwartego kwietnia, kiedy rozpoczęto w Oszmianie powstanie. Aresztowano najprzód wszystkich oficerów w trzech domach i wszystkich do domu powstańców przeprowadzono. Odznaczył się w tem szczególniej adwokat Napoleon Szuniewicz; wziął on był oficera z Wielkołuckiego pułku i gdy go prowadził, sierżant zaszedł mu drogę przynosząc oficerowi swemu raport, że mocno czuwać potrzeba, bo ma być rozruch z rana. Wiadomość tę otrzymał od Żydów. Na wezwanie, aby się poddał, ujął ręką za pałasz, lecz Szuniewicz ugodził go natychmiast w prawą rękę, sierżant wydobył pałasz lewą ręką i chciał przebić Szuniewicza, kiedy tenże tak silnie w głowę go uderzył, że sierżant upadł na ziemię. Na krzyk Moskala, zaczęli się zbiegać żołnierze, sierżant leżąc na ziemi wskazywał im stronę, w którą oficera uprowadzono, rozbiegli się szukać go, ale go nie poznali, bo Szuniewicz płaszcz swój na niego zarzucił i tym sposobem do domu go wprowadził.
Około godziny piątej z rana wszyscy początkowi powstańcy wypadli na ulicę, każdy z bronią jaką miał. Niewielka ich była liczba, można zatem nazwiska ich przytoczyć : Eustachy Jauuszkiewicz, Ignacy Klukowski, Antoni Czechowicz, Wacław Jankowski, Wincenty Buttler, Justyn Poll, Kajetan Lenartowicz, Napoleon Szuniewicz i Józef Zienkowicz. Oto była cała masa początkowych powstańców Oszmiańskich.
Dwóch z nich, Szuniewicz i Buttler, pilnowali jeszcze wziętych oficerów tak, iż tylko w siedmiu uderzono na arsenał załogi.
Ale jakież było ich zdziwienie, kiedy oprócz czterech sztuk starej broni, nic w nim nie znaleziono. Wiedziano jednak, że broń jest gdzieś złożona, zapytano się o to kapitana Kryczyńskiego, komendanta garnizonu, który ich wkrótce zaprowadził do Ostrogu, gdzie było 45 karabinów i 4000 ładunków. Ale pod rządem moskiewskim noszenie broni tak jest rzeczą odstraszającą, tak się bano działać samodzielnie, tak się przyzwyczajono robić wszystko pod rozkazem, że przechodzących ulicą zdolnych do noszenia broni ludzi, do rozbierania tej broni i tych ładunków zmuszać trzeba było. Wszakże uzbrojono tym sposobem natychmiast trzydziestu ludzi, którzy w szyku bojowym, przy odgłosie bębnów przez miasto przeciw uszykowanym do boju żołnierzom z pułku Wielkołuckiego postępowali. Prowadził ich idący na czele Zienkowicz, a Ważyński na koniu i inni powstańcy towarzyszyli pieszo temu oddziałowi.
Za zbliżeniem się do rynku, Ksiądz Jasieński Xiądz Dominikanin Jasiński Jasieński z chorągwią kościelną stawając na czele, w imię Boga za wiarę walczyć, lud zwołuje i na głos ten zbiera się garstka ciekawego ludu, który z oddziałem zmierza wprost do uszykowanych do boju żołnierzy. Ale w miarę zbliżania się i ta garstka się zmniejsza. Któż wie, ilu byłoby zostało, gdyby żołnierze dali ognia, ale zaczęło się parlamentarstwo z oddziałem wojska, którego oficer był wzięty, i którego sierżant zastępował; bój byłby mógł zniszczyć nadzieje powstańców, parlamentarze ułatwili zwycięstwo i po dwugodzinnych układach, z płaczem oddali broń żołnierze; zawarowano im życie, własność osobistą.
Poddanie się żołnierzy o godzinie 8 z rana dało powstańcom 650 sztuk nowych karabinów, 140000 ładunków, dwie beczki kul, beczkę prochu, kilkadziesiąt postawów sukna, mnóstwo lederwerków i sprzętów wojennych. Te były trofea dziewięciu młodzieńców, ta nagroda ich poświecenia się.
Święcie dotrzymano warunków umowy z żołnierzami i nie tknięto ich prywatnej własności. Mieszkańcy zdawali się być o przyszłość spokojni. Po tak szczęśliwem początkowem działaniu, obojętni zaczęli nabierać ducha i być powstaniu pomocni. Lud zaczął się gromadzić. Dzwony wezwały na Mszę Św. dla podziękowania Panu Bogu za pomyślne rozpoczęcie powstania. X. Kundzicz celebrował; trzeba było widzieć, jak się młodzież gorąco modliła o dalsze powodzenie zaczętego dzieła.
Po mszy św. Jakubowski przeczytał manifest Polaków, odpowiedź Litwy, odezwy i Akt pospolitego ruszenia. Porfiry Ważyński ogłoszony został naczelnikiem powstania powiatu Oszmiańskiego. Nastąpiło wykonanie przysięgi; Zienkowiczowi powierzono jej przyjmowanie. Przeszło 300 osób wykonało ją naówczas ochoczo. Ważyński oddalił się dla czynienia dalszych rozporządzeń. Młodzież przypinała trójkolorowe, albo dwukolorowe kokardy, duch polski wzniósł się nad Oszmianą, uroczystą była ta chwila. Samo słońce, pomimo że jeszcze śniegi zalegały ziemię, błogo przyświecało działaniom dnia tego.
Tu się spełniły słowa: kto uwierzył w świętość sprawy, a poszedł, pokonał niewidome olbrzymie trudności. Otwierały się z łatwością grobowe więzienia, pękały pojedyncze zapory. Blask światła, niepojęty dla straży, osklnił ją i złożyła broń na ziemię; nikt nie zginął, bo tak wysoką jest opieka światła, że kto zaufał, nie doznał zawodu. Wschodzić zaczęła jutrzenka wolności narodowej, oświecała grobowe matki więzienia. Wszakże okuta w kajdany, jeszcze z niewoli wyrwaną być nie mogła, do zniszczenia bowiem kajdan słabe jeszcze były usiłowania. Nie wszyscy jeszcze, nie wszyscy złączyli się do tego działania! Tu się spełniło, że kto przedsięwziął rwać kajdany i jął się tego działania, przed nim uchylił się oręż nieprzyjaciela, pierzchnął przed nim wróg nieprzyjazny. On i sam zdobył i braciom pozyskał oręże, a gdy wszyscy lepiej byli poznali swą sprawę i wszyscy byli się złączyli, wywalczone byłyby nasze prawa, skruszone Ojczyzny kajdany, odzyskane zostały kraje, tak długo jęczące w niewoli.
Była godzina jedenasta, kiedy zaczęto z utworzonym sekretnie komitetem zastanawiać się nad nowem położeniem i użyciem środków, jakie możność pozwalała, a konieczność radziła. Powiat Oszmiański liczył około 40 000 dusz męskich; z tej więc liczby postanowiono część piątą, czyli 8000 mieć natychmiast w szeregach w broń palną, kosy lub piki uzbrojonych, a drugą taką samą część trzymać w pogotowiu na przypadek ostatniej potrzeby. Ta druga część miała pozostać przy zatrudnieniach rolniczych i na wzór na wzór zaprowadzonych po miastach gwardii narodowych, wyobrażać je na wsiach.
Na utrzymanie tego wojska postanowiono brać żywność od obywateli z tak zwanych włościańskich magazynów, które właśnie teraz rząd sobie przywłaszczył i dostarczać dla wojska rosyjskiego kazał. Na początkowe umundurowanie miały służyć zabrane 72 postawy sukna, a na początkowe uzbrojenie zdobyta broń i amunicja; postanowiono dokupywać wszelką broń palną i pałasze. Wolność całemu w ogóle ludowi nadano, szlachtę od lat 15 do 60 bez wyjątku w przeciągu trzech dni pod karą śmierci do powstania wezwano. Do Tatarów do łączenia się wydano odezwy. Żydów do wspólnego działania powołano. Zamierzono sprowadzić małe dwie armatki, a z rud i hamerni w majątku Chreptowicza Wiszniewie, liczbę dział powiększyć postanowiono. Xsięży wezwano głosić z ambon narodowe powstanie, a dla prędszego wypełnienia tej decyzji oddano parafie pod główne zarządzanie wyznaczonych do tego z powstania osób.
Powiat Oszmiański liczył 33 parafie. Na prędce zatem siedm główniejszych od granicy guberni mińskiej parafii Zienkowiczowi, dwie od granicy guberni grodzieńskiej Xsiędzu Jasieńskiemu, trzy Jakubowskiemu oddano; do innych posłano wprost rozkazy z instrukcjami. Pierwszemu z tych, Zienewiczowi, nadano moc zupełną do działania wszystkiego, co uzna za potrzebne; drugiemu polecono robić powstanie w parafiach mu wskazanych i zabrać konie u Wołka; trzeciemu także powstanie zrobić i starego Tyszkiewicza do niego skłonić, lub ofiary od niego otrzymać, a strzelców tak od niego, jak i od X. Radziwiłła z majątku Nalibok natychmiast do Oszmiany wyprawić plecono.
Nim jednak kancelaria z całego miasta zebrana pospieszyła podpisać odezwy, rozkazy do duchownych wszystkich parafii i przepisy aktu pospolitego ruszenia, tym czasem wyszły około godziny dwunastej rozkazy mianujące Onufrego Pławskiego, adwokata, komendantem miasta Oszmiany, Szuniewicza kapitanem pierwszej kompanii piechoty, Wacława Jankowskiego kapitanem kawalerii, jakie się naprzód utworzą, Kazimierza Jankowskiego ogólnym magazynierem, asesora sądu niższego od korony, pełniącego obowiązek sprawnika kapitanem sztabu a Klukowskiego porucznikiem sztabu.
Około godziny czwartej po południu, Zienkowicz zważając ważność danego sobie poruczenia i rozkaz Naczelnika, aby jak najprędzej wracał, żądał dodania sobie dwóch pomocników, na co się zgodzono; wybrał się więc Zienkowicz ... i ... którzy się chętnie tego obowiązku podjęli i natychmiast wydano im rozkaz, aby mu towarzyszyli.
Była godzina piąta, kiedy odjeżdżającego wielu obecnych żegnało. Wtem umyślny posłaniec wręczył Zienkiewiczowi list od brata, donoszący o zejściu przed trzema godzinami ojca i wzywający go do dopełnienia ostatniej posługi. Zienkowicz poprosił, aby który z obecnych odpisał. „Co do mnie, rzekł „chcę wypełnić, com obiecał, dając błogosławieństwo. Spełniły się nasze zamiary; widać, że za tyle szczęścia, trzeba było za to Bogu ofiary, powołał więc ojca mojego. Niech brat mój sam się zajmie ostatnią posługą, niech uwiadomi matkę; ja pamiętny jego słów ostatnich, abym Ojczyźnie wszystko poświęcił, nawet smutek jej poświęcam, szczęśliwy, że za ojca drogą pozyskałem matkę. Tego tylko w mem życiu żądałem. Żegnam was!”.
O półtory mili od Oszmiany, w miasteczku Żuprany zwołał Zienkowicz Xsiędza, Kluczwójta i pisarza poczty. Xsiędzu wręczył instrukcję i powstanie z ambony głosić polecił, konie pocztowe pisarzowi i Kluczwójtowi do Oszmiany posłać kazał. Stamtąd w nocy, przez zaspy śniegu zjechał z drogi i jeszcze przed północą stanął u obywateli..., którzy niby radzi ze strachu drżeli wszystko wprawdzie obywatel przyrzekł, bo odmawiać naówczas trudna była pora.

Wróć

Dnia 5 kwietnia, chcąc jak najprędzej rozszerzyć powstanie, Zienkowicz dał rozkaz jednemu ze swoich pomocników, aby w tej stronie pozostał i ze wsi do wsi jeżdżąc powstanie narodowe, to, co się w Oszmianie stało głosił i wszędzie rewersa brał dla zapewnienia się, że rozkazy w instrukcji wyszczególnione, wiernie będą spełnione, sam zaś z drugim pomocnikiem ruszył przed świtem do miasteczka Smorgoń, jako że najważniejszego punktu w powiecie Oszmiańskim pod względem komunikacji pomiędzy Mińskiem a Wilnem. W podróży tej rozbroił trzech żołnierzy pojedynczo wracających, a następnie spotkano dwóch bezdomnych, którzy uwiadomili o nadchodzących dwunastu lejbgwardyjskich Kozakach dońskich i czterech inwalidach eskortujących pięciu za zbiegostwo okutych żołnierzy. Zienkowicz postanowił rozbroić i zabrać ich i w tym celu dojechał do pobliskiej wioski i z karczmy wysłał karczmarza, aby zwołał ludzi jak najwięcej z siekierami i kosami. Lecz czas upływał, ludzi nie było, karczmarz nawet nie wracał, a wtem pokazała się nadchodząca komenda, która nie wiedzieć z jakiego powodu na trzy rozdzieliła się części; w pierwszym oddziale było tylko pięciu okutych żołnierzy i czterech prowadzących ich inwalidów, którzy Zienkowiczowi łatwo rozbroić się dali. Pięciu okutych żołnierzy natychmiast rozkuto i dano im wolność. Zapytani żołnierze ci, czy wspólną siłą będziemy mogli wziąć nadchodzących Kozaków, odpowiedzieli, że się na to nie odważą, bo ci są dobrze uzbrojeni. Wtem też spostrzeżono z daleka zbliżających się dziewięciu tylko Kozaków. Natychmiast więc rozbrojonych inwalidów i rozkutych żołnierzy zaproszono na wódkę do izdebki w tyle karczmy i tam nieznacznie ich zamknięto, zostawiwszy im trunku pod dostatkiem.

powstanie

Tym czasem dziewięciu Kozaków już zbliża się do karczmy. Zienkowicz mija ich śpiesznie, a gdy ominął w cwał konie, mimo najgorszej drogi puścić kazał. Może o pół wiorsty spotkano pozostałych trzech Kozaków, leżących na furmankach, na których się broń znajdowała. Pomocnik Zienkowicza wyskakuje natychmiast z bryczki i z odwiedzionemi pistoletami przemawia skutecznie do wieśniaków powożących fury. Ale zaledwie zdołano zabrać dziesięć pałaszy i cztery karabinki konne, kiedy krzyk Kozaków i zapewne wiadomość w karczmie o nas powzięta, tamtych dziewięciu ku nam zawróciły. Trzeba było już wtenczas ratować tylko zdobytą broń i życie, zacięto więc konie i ujeżdżano dalej; jeden z Kozaków puścił się za bryczką i w pędzie konia wstrzymał; Zienkowicz wydobył przeciw niemu pistolet, a wtem woźnica tak silnie batem za uszy Kozaka skrobnął, że ten natychmiast upadł. Pędzono co tylko konie wyskoczyć mogły i lubo Kozacy i pieszo z dobytemi pałaszami i na furmankach gonili, potrafiono uciec i w takim stanie wjechano do Smorgoń.
Uderzenie we dzwony i ogłoszenie powstania zgromadziły nieco ludu. Żydzi patrzyli nieprzyjaźnie. Zienkowicz wydał natychmiast rozkaz miejscowemu kluczwójtowi zebrać ochotników i stanąć przy wjeździe do miasteczka, aby rozbroić i ująć tych Kozaków, jeśliby się pokazali. Nie upłynęło pół godziny, kiedy klucz wójt wiernie wypełnił ten rozkaz i tak Kozaków, jak uwolnionych zbiegów z ich strażą dostawił. Dwóch podoficerów przybyło z nim do Zienkowicza; przyniesiono dwa pałasze, siedm nabitych pistoletów, jedną pikę i trzydzieści sześć ładunków. Broń zatrzymano, zostawiono im własność prywatną i mundury, zaręczono bezpieczeństwo życia i oddano ich pod główną straż tego, który ich wziął i przyprowadził. Xsiądz miejscowy wypełniając polecony sobie obowiązek, przy odgłosie dzwonów odprawił natychmiast mszę świętą i ogłosił ludowi Akt powstania. Od tej chwili mieszkańcy miasteczka już tylko zaopatrywaniem się w broń byli zajęci.
Nieprzyjazne Żydostwo po otrzymaniu odezwy powołującej je do wspólnego działania, prosiło o zwłokę dla porozumienia się z Oszmiańską swoją starszyzną, czego im nie odmówiono. Spokojność panowała w miasteczku, nie dopuszczano się żadnego nadużycia.
Zaledwie nadszedł ranek 4 kwietnia, audytor dywizji w randze majora, za nim w godzinę kapitan i na koniec dwaj porucznicy, wjechali do Smorgoń ze strony Mińska. Natychmiast rozbrojeni z całą własnością pod strażą do Oszmiany odesłani zostali. Odesłano tam także w innych oddziałach, uwolnionych zbiegów i ich straż, oraz dwunastu spomnionych Kozaków.
Wtem uwiadomiono Zienkowicza o przyjeździe Przeździeckiego. Po zakończeniu nagłych czynności udał się do niego. Wiedział już Przeździecki jadąc z Nowogródka przez Oszmianę o bytności Zienkowicza w Smorgoniach, śpieszył więc sam do swojego majątku. Uwiadomiony o rozporządzeniach Zienkowicza przez swego komisarza, z wzorową dal przykładu drugich uległością, poddawał się tych rozrządzeń skutkom, tylko o zostawienie pocztowych koni, które miały być odesłane do Oszmiany dla tego prosił, że chciał je umontować i dostawić dla kawalerii z jego majątku przypadającej. Zienkowicz przedstawił naczelnikowi żądanie Przeździeckiego.
W ciągu rozmowy z Przeździeckim uwiadomiono Zienkowicza o przybyciu nowego oficera rosyjskiego. Na usilne prośby Przeździeckiego, aby go nie aresztować w Smorgoniach, dlatego, iż brakuje potrzebnej straży do jego przesłania, zezwolił na to Zienkowicz tym bardziej, iż od naczelnika i o położeniu Oszmiany chciał mieć jaką wiadomość; wyprawił więc drugiego oddanego sobie pomocnika z poleceniem, aby oficera tego w Żupranach aresztował i stamtąd do Oszmiany go posłał, sam zaś żeby do Oszmiany dojechał i z wiadomościami od Naczelnika, tego samego dnia wracał. Oficer ten był w istocie w Żupranach aresztowany, ale pomocnik wysłany zachorował w drodze i Zienkowicz ani od niego, ani od Naczelnika nie otrzymał żadnej wiadomości.
Po chwili do Przeździeckiego przyszli Żydzi z zapytaniem, co robić i jak uważać mają Zienkowicza i jego rozkazy. Wyjaśniło się później, dlaczego się go o to pytali: chcieli Zienkowicza rządowi do Wilna dostawić. Przeździecki odpowiedział im, że rozkazy Zienkowicza przed wszystkiemi innemi powinny być wykonane, i ta odpowiedź wstrzymał Żydów od spełnienia zamachu wymierzonego przeciw Zienkowiczowi. Sami zeznali to potem przed Moskalami na inkwizycjach.
Na wezwanie Zienkowicza kazał Przeździecki zająć się pomimo święta rzemieślnikom rozmaitemi robotami i spełniono wszystkie z tym większą ochotą, że Właściciel Smorgoń hojnie tę robotę opłacał.
Bliskie położenie majątku Daniuszewa do matki Zienkowicza w powiecie Zawilejskim należącego, chęć, aby wieść o powstaniu Oszmiańskim obudziła powiat Zawilejski, wreszcie potrzeba zaopatrzenia się w konie i ochotników, skłoniły Zienkowicza, że tam pojechał. Po rozesłaniu odezw w rozmaite strony, uwiadomiony o trudnościach, jakie nazajutrz mogły by go były spotkać w przebyciu Wilji, tego samego dnia wrócił do Smorgoń z trzynastu własnemi końmi i siedemdziesięciu ludźmi. Przerażony nieporządkiem, w jakim zastał straż nocną, odesłał ją na spoczynek, rozstawił swoich ludzi w punktach komunikacji z miasteczkiem i głównemi drogami mających, i sam na poczcie przy drodze z Mińska idącej, jako w najważniejszym punkcie, obrał dla siebie miejsce na główną kwaterę.

Wróć

Dnia 7 kwietnia po uczynionych rozporządzeniach i przesłanych do wielu obywateli rozkazach o dostawienie stosownie do instrukcji wypadającej dla każdego ilości uzbrojonego ludu, wyjechał Zienkowicz przed godziną 10 z rana przez miasteczko Zaszkiewicze przy samej granicy guberni Mińskiej do majątku Bienicy. Zastał tam młode małżeństwo i chorego na piersi młodszego brata Stanisława Szwykowskiego, który uwiadomiony o przyczynie Zienkowicza przyjazdu, odzyskał niejako zdrowie, czyli raczej przestał zważać na swoją chorobę; tak wielką jest albowiem ku Ojczyźnie miłości potęga, że przejęty takiem uczuciem, nigdy siebie nie uważa w takim stanie, iżby nie mógł nieść potrzebnej dla Ojczyzny pomocy.
Są w Bienicy Kościół O.O Bernardynów i Cerkiew unicka. Zienkowicz zaprosił natychmiast do siebie Bernardyna i Popa. Przybył Bernardyn, przyjął instrukcję i chcąc w jednym czasie z Unitą wypełnić rozkaz, czekał na jego przybycie; lecz gdy ten nie przychodził, zalecono Bernardynowi, aby natychmiast ogłosił mieszkańcom wiadomość o powstaniu, co też przy odgłosie dzwonów nastąpiło. Co zaś do Popa, uwiadomiono Zienkowicza, że ten przestraszył mieszkańców miasteczka, głosząc, iż 40000 Moskalów przyszło do Zaszkiewicz i że po drodze wszystko palą, radził im więc, aby uciekli do lasów.
Zienkowicz natychmiast posłał do jego żony rozkaz, aby się stawił najdalej w przeciągu dwóch godzin, jeśli chce życie ocalić i otrzymać przebaczenie. Rozkaz ten musiał trafić do jego przekonania, bo nie upłynęło pół godziny, kiedy stawił się przed Zienkowiczem Xsiądz Andruszkiewicz, blady jak trup i ze strachu ani słowa nie mogąc przemówić, tylko ciągle się kłaniając. Zienkowicz przemówił do niego w krótkich wyrazach, wręczył mu instrukcję i nakazał pierwszych jej punktów w pół godziny spełnienie. Krótka ta przemowa musiała zrobić na księdzu unickim wrażenie, bo jeszcze przed upływem wyznaczonego mu czasu, zatętnił w Kościele unickim dzwon wolności i słowa prawdy rozeszły się pomiędzy ludem w cerkwi zgromadzonym.
Jeszcze krótki czas zabawił Zienkowicz w Bienicy, zatrudniony rozsyłaniem rozkazów na piśmie do przyległych parafii. Po południu wracał do Smorgoń z chorym niedawno, a już zdrowym Stanisławem Szwykowskim, po drodze zajeżdżając do niektórych wsi i dworów. Tu tylko wspomnieć mu wolno, że w drodze czytał list od jednej mężatki, pełen ducha patriotycznego i zapału. Zacna ta Polka cieszyła się z powstania, zachęcała, aby wszystkie mężatki wyprawiały mężów na obronę Ojczyzny, wystawiała, iż żadna przyszłość nie otwierałaby smutniejszego dla żon do zniesienia ciosu, jak gdyby ich mężowie tchórzów, lub niełączących się w takiej sprawie zyskali dla siebie nazwanie. Późno już w nocy dnia tego przybył Zienkowicz do obranej w Smorgoniach na poczcie głównej kwatery. Urządzenie pikiet, straży nocnej, rozmaite rozkazy i raporta zajęły mu resztę nocy.

Wróć

Dnia 8 kwietnia zaledwie światło poranka zabłysło, przybył Przeździecki na pocztę. Pisał jeszcze Zienkowicz, a po skończeniu, razem ze Szwykowskim poszli oglądać rzemieślników prace.
Około godziny 9, aresztowany i odesłany przez Zienkowicza przed dwoma dniami pod strażą do Oszmiany major, audytor dywizji, wraca na powrót do Mińska, stawia się przed Zienkowiczem i okazuje pozwolenie do wolnego przejazdu od Naczelnika Ważyńskiego. Zdziwił się wprawdzie Zienkowicz, że Ważyński tak postępuje. Jeszcze w samej kolebce było powstanie. Przestrach tylko i odgłos czyniły to powstanie groźnem; uwalniając zaś jawnego nieprzyjaciela swego, człowieka z Bystrem pojęciem i naocznego świadka, można było łatwo ten zaród powstania zniszczyć i wielu oprócz tego indywidualnie narazić. Mimo należne Naczelnikowi posłuszeństwo, z stąd i wypełnienie jego woli, Zienkowicz jednak widocznie przez samo utrudzanie okazał, iż zamyśla majorowi wzbronić przejazdu. Poznał to Audytor, kłaniając się niezmiernie nisko Przeździeckiemu prosząc go o protekcję; ale Przeździecki odpowiedział, że nie jest nic w stanie zrobić, ponieważ tu rządzi Zienkowicz. Wstawić się więc tylko do niego i przedłożyć prośbę obiecał, co też dopełnił wobec Audytora. Zienkowicz nie opierał się, lecz biletu na wyjazd nie dawał mówiąc, że da Audytorowi przewodnika do granicy Powiatu, aby go swobodnie przeprowadził, a rzeczywiście miał zamiar go zatrzymać i wstrzymać kilkanaście godzin; lecz w końcu przez uległość Naczelnikowi dozwolił temu oficerowi wyjazdu. Tu się wykazała potrzeba zmiany Naczelnika; żadnej nie dawał on Zienkowiczowi na raporta i zapytania na piśmie odpowiedzi, ustne tylko za wszystkie działania przychodziły pochwały. Nie tych, lecz dobrego działania Zienkowicz żądając, mówił Przeździeckiemu, że skoro przyjedzie do Oszmiany, na Naczelnika go poda. Opierał się Przeździecki przyjęciu najwyższej władzy i dowodził, że największą dla sprawy byłoby korzyścią, gdyby władza Józefowi Tyszkiewiczowi była powierzoną, dodając, że on z chęcią przyjmie naówczas wydział, jaki mu będzie poruczony i dopełni obowiązku, jaki syn Ojczyzny dopełnić powinien.
W oczekiwaniu, że wkrótce dostarczą ludzi uzbrojonych sąsiadujący obywatele, trzeba było myśleć, podobnież jak dla oka ludu o przybraniu wojskowości barwy, a że powstanie w Oszmianie odbyło się prawdziwie desperackim sposobem, że napad na lejb kozaków podobnież był desperacki, i że nadal wszelkie działania powstańców powinny być również desperackie, bo kto powstał, przebaczenia dla siebie od Rosji ani żądać, ani myśleć o niem nie powinien, to wszystko nastręczyło myśl utworzenia odpowiedniego munduru i taki mundur pod nazwaniem Desperacki Zienkowicz sobie dnia tego robić kazał, co i Szwykowski również uczynił.
Raporta od obywateli, że danie ludowi wolności, zrobiło go nieposłusznym dla dworów i z tego powodu niepodobna jest stosownie do rozkazu dostarczyć uzbrojonych żołnierzy, zmusiły Zienkowicza do wydania nowych rozkazów, a między innemi, aby na dzień jutrzejszy z miejsc pobliskich lud się zebrał na nabożeństwo do Smorgońskiego kościoła.

Wróć

Było to 9 kwietnia, kiedy lud zebrany po mszy ś. Otrzymał objaśnienie warunku wolności. W kościele do ludu przemawiał Zienkowicz wykazując, że o tę wolność walczyć, tej wolności dobijać się jeszcze potrzeba, każdy więc dym włościański, który jednego spośród siebie członka poświęci na tę dla Ojczyzny posługę, wolnym z całą w nim obojej płci ludnością, na zawsze zostanie. Nastąpiło potem odbieranie przysięgi; poprzedziła ją stosowna duchowna nauka i ochoczo przeszło 200 ludzi przysięgało. Pomiędzy tą liczbą włościan byli mieszczanie i szlachta. Wykonali naówczas przysięgę pomiędzy innymi Stanisław Szwykowski i Konstanty Jankowski, który uwiadomiony o tworzącym się oddziale Desperatów i o poświęcenia się warunkach, żądał podobnież być Desperatem; brakowało mu tylko munduru i konia. Jedno i drugie od Przeździeckiego otrzymał.
Zebraną naprędce kawalerię uczył musztry Stanisław Szwykowski. Zienkowicz wydał rozkaz do wojska, aby Szwykowskiego porucznikiem nazywali, a jemu dał poruczenie, aby się zajmowano organizacją kawalerii, nim od władzy wyższej otrzyma dla siebie upoważnienie i tytuł. Liczba zbrojnego ludu coraz się zwiększała i Szwykowski nad nim pracował.
Wtem od marszałka powiatu Józefa Tyszkiewicza na konwokacją na dzień 11 kwietnia otrzymane wezwanie zmusiło Przeździeckiego i Zienkowicza do udania się do Oszmiany.
Tegoż dnia jeszcze otrzymał Zienkowicz sekretnie doniesienie, że arendarz miasteczka Smorgoń, Żyd Dawid wrócił z Wilna od dwóch dni, lecz się kryje dla tego, że radzi Żydom przeciwnymi być w naszej sprawie, nie dostarczać nam żądanych artykułów, szpiegować i donosić nas i ile możności wszystko nam utrudzać.
W rzeczy samej, fakta popierały te doniesienia; wszelka robota przez Żydów spełniana, szła opieszale, nic od nich otrzymać nie można było, z największą trudnością, zrobione mundury ogromnie kosztowały. To wszystko upewniało o niesprzyjaniu Żydów naszym działaniom, tym bardziej, że podług odezwy ażeby z pośród siebie tworzyli wojskowe hufce, bynajmniej o nich już słyszeć nie chcieli. Cała pomoc, jaką oświadczali z swej strony była, że będą modlili się za sprawę naszą.
Należy tu także jeszcze dodać, że gdy Zienkowicz do miasteczka Smorgonie, mającego kupców wielkiemi masami zboża handlujących, kazał przywieźć z matki swojej majątku trzydzieści beczek owsa i żyta na sprzedaż, ani jednej sprzedać nie mógł.
Żydzi oświadczyli, że zboża nie potrzebują, chociaż o owies wszędzie się starano i Zienkowicz zmuszony został odesłać na powrót niesprzedane zboże, zostawiając tylko dziesięć beczek owsa dla wojska swego użyto.
Mając więc tyle dowodów ich nieprzychylności, należało użyć przeciw nim skuteczniejszych środków — i te może byłyby nastąpiły, gdyby arendarz Dawid został był wynaleziony, on albowiem i Żydami smorgońskiemi i drugimi nawet przyległych miasteczek kabałami rządził, lecz gdy wynalezienie jego okazało się niepodobnem, odłożono więc operacje z Żydami, do ogólnego na konwokacji postanowienia.

Wróć

Dnia 10 kwietnia z zebranym ludem wojskowym słuchali mszy Św. powstańcy, nastąpiło po niej błogosławieństwo wyprawy, przez kapłana i o południu po wydaniu stosownych rozporządzeń na czele 320 kawalerii i piechoty wyruszył Zienkowicz z Szwykowskim do Oszmiany. Jankowskiemu zaś poruczył, aby z resztą zebranej już kawalerii, której umuntowanie jeszcze dnia jednego potrzebowało, nazajutrz do Oszmiany przybywał.
Błotnista droga, regularność marszu i spóźniona pora, zatrzymały powstańców na nocleg o półtory mili. Łzy przeprowadzających te świeże hufce kobiet, rozbrajały odwagę ludu, wszyscy płakali. Na widok nadchodzących, nawet na pogłoskę, że się zbliżają, uciekali ze wsi wieśniacy. Nastąpił więc rozkaz, aby nazajutrz równo z początkiem dnia kobiety wróciły do domu. Stało się podług tego i sami powstańcy byli ucieszeni z tego kobiet oddalenia.

Wróć

Dnia 11 kwietnia ledwo promyk światła zabłysnął na niebie, już w marszu byli powstańcy; z początku nudni, nie śmiali, przybierać zaczęli później wesołą minę. Śpiewy, a śpiewy narodowe napełniały powietrze, radość była powszechna i taką koleją zbliżano się pod miasteczko Żuprany. Szalewicz Adolf jadący z guberni mińskiej do Oszmiany powiada Zienkowiczowi o majorze, którego spotkał przedwczoraj z Smorgoń jadącego. Przywitał on Szalewicza temi słowy:
- Gdzie jedziesz młodzieńcze? Tam bunt, rozboje, ledwie się stamtąd wyrwałem. Wracaj, jeśli ci życie i spokojność miłe.
I gdy przeciwną tym uwagom otrzymał odpowiedź, pożegnał go mówiąc:
- Jedź więc, łącz się z nimi, a wkrótce jak oni wisieć, lub łeb wygolony mieć będziesz.
Był to audytor dywizji, ten sam, którego Ważyński uwolnić rozkazał, któremu nic prócz broni nie zabrano i jeszcze z kasy powstańców Ważyński dał mu na drogę 7d rub. ass., a którego Zienkowicz przez obawę tylko, aby za nieposłuszeństwo rozkazom naczelnika jako w czasie rewolucyjnym, własnej dla przykładu drugim nie utracił głowy, po różnych utrudzeniach w końcu jednakże przepuścił.
Żądał Szalewicz być także w oddziale Desperatów. Przedstawiono mu warunki, przystał na nie, został więc także Desperatem.
Już wiedziano w Żupranach o zbliżaniu się Zienkowicza, i że tam odpoczynek będzie, albowiem kilku godzinami pierwej przybył tam wysłany od niego kwatermistrz. Pobliscy więc obywatele zebrali się dla widzenia powstańców; mnóstwo kobiet i w małej liczbie obywatele, szlachta i lud zebrani witali w kolumny uszykowane z radosnemi śpiewami wojsko wchodzące.
W ciągu odpoczynku dowiedział się Zienkowicz, że przed dwoma dniami, gdy wieziono do Oszmiany złapanego na wsi szpiega, otwartego nieprzyjaciela młodzieży uniwersyteckiej, wszystkim znanego policjanta uniwersytetu Piaseckiego, ten po użyciu trucizny w miasteczku Żupranach żyć przestał; że obywatel Waleryan S ... młody i mogący czynnie działać w powstaniu, otrzymał rozkaz zajęcia się obowiązkami
parafialnego kapitana w Żupranach, że podobnież B . . . . Józef został do Smorgoń na takiego kapitana przeznaczony; bolało to Desperata, że w takiej sprawie tak mało było energii, że zdrowa i mogąca działać młodzież zajmowała starców obowiązki. Jako w przyjaźni dawniej z S . . . wymawiał mu to Zienkowicz. Wprawdzie, od tego momentu przyjaźń ich znacznie się zmieniła, i więcej już się nie wiedzieli; miał S . . . . pięknych dwadzieścia na stajni koni, żadnego przecież dla sprawy ojczyzny nie dał. Smutku z takich widoków nie pocieszały, lecz tylko rozrywały go, radości okrzyki, mnóstwo błogosławieństw i życzeń szczęścia, a to wszystko przez zebrane w tern miasteczku obywateli.
Wojsko stało na miejscu wskazanem na biwakach, nikt się nie oddalił z miejsca bez pozwolenia.
Kilka wozów żywności z majątku Zienkowskiego stanowiło tego wojska obóz i cokolwiek brano w term miasteczku za wszystko płacił Zienkowicz, lud zbrojny spokojnie czekał na wszystko, uczył się karności wojskowej i znając sposób marszu w piechocie i robienie lancą w kawalerii miał podobieństwo do regularnego żołnierza.
W tym czasie pocztą przyjechał Przeździecki; krótkie już było z nim widzenie się, krótka rozmowa. Pospieszając on na konwokacją i chcąc być świadkiem Zienkowicza wjazdu, najprzód do Oszmiany pojechał.
Nie długo potem rozkaz do marszu ruszył z miejsca lud uzbrojony; kolumny uszykowane wyszły z miasta i znowu śpiewy radosne uprzyjemniały pochód. Błotnista droga nie pozwalała pośpieszać i zaledwie po trzeciej godzinie zbliżono się do karczmy zwanej Krakówka o pięć wiorst od Oszmiany odległej. Po odpoczynku o samej 4 ruszono dalej przez błota coraz obfitsze. Wiedzieli już wszyscy o zbliżaniu się Zienkowicza, nie wiedziano tylko o jego mundurze; czekali na niego na konfederacyjną sesję, lecz spóźniona już była pora; nastąpił więc bez niego akt Konfederacyi przez wielu obywateli podpisany.
Delegowany Mateusz Rutkowski, jako naówczas plac-komendant miasta spotkał o dwie wiorsty Zienkowicza. Około godziny 6 wieczorem wchodziło do Oszmiany wojsko liczące trzysta dwadzieścia kawalerii i piechoty. Śpiew uzbrojonego ludu napełniał radością to miasto, które chociaż po tygodniowem powstaniu do dnia tego barwę posępną jednak nosiło.
Przeszło dwieście obywateli i szlachty, tłum kobiet i cokolwiek ludu przy mieszkaniu naczelnika wraz z nim, marszałkiem i Przeździeckim czekało już od długiego czasu, spoglądając z daleka na zbliżających się obrońców wolności i drogiej wszystkim ojczyzny. Na czele tego wojska jechał Zienkowicz; z nim byli Rutkowski i Szwykowski.

Józef Zienkowicz

Ubiór przedstawiał wszystkim w powstaniu powinność, przedstawiał najwidzialniej środki, jakie tylko najlepsze, najpożyteczniejsze, wytężona dyplomatyka wynaleźć jest zdolna. Krótki czarny surdut spięty na haftki z stojącym kołnierzem, dwie białe z kościami na nim trupie główki, na lewej piersi podobnież jedna i na rękawach po jednej, na obu piersiach naszyte białe żebra, na głowie kask czarny okrągły z trupią blaszaną główką, pas biały z pistoletami i szabla przy boku, to był naówczas cały ubiór, który wskazywał, że tylko przekonanie, pierwej umrzeć lub zwyciężyć, może zwycięzcami uczynić.
Chcąc formę wojskowości Zienkowicz zachować, spiął konia ostrogami i ruszył najprzód dla zdania krótkiego Naczelnikowi raportu o przyprowadzonej zbrojnej sile; lecz w tym momencie koń jego ulękniony bijącą go po boku odpasaną szablą wśród tłumu widzów unosi Zienkowicza. Widok konia przywiązanego do parkanu zmusza kierować na niego, aby się powstrzymać, lecz na próżno. Koń ten, o którego oprzeć się chciano, w pędzie wywrócony i wszyscy uciekają. Unoszący Zienkowicza koń przeskoczył przez dziecko i w końcu w małej odległości skierowany między dom i parkan, nareszcie się zatrzymał. Zienkowicz wrócił się do ominiętego już o kilkanaście kroków Naczelnika i stosowną zdawał sprawę. Wśród raportu tłumne okrzyki, pochwały wreszcie, że doskonale jeździ na koniu, że teraz dosiedział i wstrzymał konia, obijały się o jego uszy, a wyznać prawdę potrzeba że Zienkowicz dla słabości zdrowia od lat 6 nie jeździł już konno, w młodości doskonałość w tej sztuce daleką od niego była, jeździł więc, jak się potem okazało, trochę lepiej niż po łacinie.
Wjeżdżał następnie z wojskiem; wszyscy je oglądali, wszyscy się dziwili, że lud świeżo zebrany już znał musztrę, że kawaleria zwroty niektóre i lancą robić umiała. Była to praca Szwykowskiego, którego Zienkowicz przedstawiając opowiedział jego gorliwość i zdolność. Zapytanie przez W. R. uczynione czemu sobie Zienkowicz dla różnicy srebrem lub galonami trupich główek ponaszywać nie kazał, wobec wszystkich tę otrzymało odpowiedź:
Że dziś nie ma powodu do różnicy w ubiorze, a każdy ktokolwiek będzie należał do Desperatów, będzie się różnił liczbą naszytych kości, które w bitwach z Moskalami z położonych trupów dostanie.
Przygotowane kwatery natychmiast w porządku zajęte zostały. Zienkowicz z Szwykowskim przybyli do naczelnika. Akt Konfederacji przeczytali i podpisali. Słabość zdrowia Szwykowskiego znagliła go do odpoczynku; pozostał więc tylko Zienkowicz pośród mnóstwa zebranych naówczas obywateli. Pierwsze chwile zeszły na wspominaniu o wzięciu Kozaków, na rozmowie o całej jego czynności, o mundurze, o wyjeździe.
Wreszcie niektórzy uważali, iż szkoda, że wszystkich przez siebie wziętych oficerów i Kozaków przy wjeździe nie kazał za sobą prowadzić. Byłby to blask jak gdyby tryumfalnego wjazdu. Oburzył się Zienkowicz na myśl tak próżną i przypominając sobie w tej chwili niepojęty postępek z majorem audytorem rzekł:
Nie byłbym mógł wszystkich jeńców za sobą przyprowadzić, bo jeden z nich i to najważniejszy major audytor dywizji został uwolniony z wyższego rozkazu i zaledwie minął granicę oszmiańskiego powiatu, szubienicą lub wygoleniem głowy odważył się odgrażać spieszącym do powstania.
Odpowiedź ta sprawiła na obecnych wielkie wrażenie i niewiele już trzeba było dodać do wykazania słabości naczelnika. Może by natychmiast o tem zaczęto rozprawiać, gdyby obywatel z Mińskiej guberni .. - .. wchodząc, nie był prosił Naczelnika Ważyńskiego o zarekomendowanie go Zienkowiczowi. Chciał on go, jak mówił, dla tego widzieć i poznać, i wszelkie rozkazy i pisma Zienkowicza śmiało i wyraźnie były podpisane, gdy tymczasem wszelkie inne, które się mu widzieć zdarzyło, jaki miały podpis, wyczytać nigdy nie mógł. Śmiano się z tej ostrożności innych, a wśród tego Zienkowicz prosił, aby go uwiadomiono, co zrobili wysłani z Oszmiany do innych parafii Jakubowski, Jasieński i inni, oraz co zdziałano w samej Oszmianie podczas jego nieobecności.
Gdy Jakubowski od Tyszkiewicza nic wyjednać nie mógł, skończył swoją misję sprowadzeniem dwudziestu strzelców z Nalibok. Xsiądz Jasieński nie znalazł ani Wołka, ani koni, wręczył tylko kapłanom instrukcje, które mu był dał Naczelnik i oprócz zagrzewania naukami duchownemi do brania za broń, nic więcej nie mógł zrobić.
Poll Justyn złożył przywiezioną przez siebie broń. W innych parafiach wręczono Xsiężom instrukcje. Tyle zrobiono w powiecie Oszmiańskim; w samej Oszmianie tracono zupełnie ducha i trwożono się ciągle, że początkowe prace zniweczone zostaną. Przybycie jednak do Oszmiany powstania smorgońskiego, znacznie upadającego ducha podniosło, nowej mu siły i nadziei nadało.
Okoliczność następująca również pokrzepiła odwagę powstańców Oszmiańskich: Rząd moskiewski przesyłał przez Oszmianę 80.000 zł. polskich i pieniądze te dnia 8 kwietnia na poczcie przytrzymane, powiększyły kasę powstańców; był to znaczny zasiłek, bo w pierwszym dniu powstania, zabrane z exacji skarbowej (kaznaczejstwa) pieniądze, wynosiły zaledwie tysiąc złotych. Było już w Oszmianie blisko siedmset ludzi uzbrojonych a organizował ich najprzód obywatel . . . , a później oficer dymisyowany artyleryi polskiej, Wincenty Jaźwiński.
Pomnażało się wśród tych rozmów grono obywateli ciekawych. Była to sposobność zwrócenia ich uwagi na działania przyszłe. Wszyscy wiele obiecywali, można było mieć nadzieję; ale skutek pokazał, że nie wszystkie obietnice były dotrzymane. Należy tu powiedzieć, że w całym powiecie Oszmiańskim powstało czynnie tylko ośmiu obywateli, mających ziemską posiadłość i swoich ludzi. Tymi obywatelami byli: Przeździecki, Ważyński, Soroka, Wańkowicz, Wituński, Klukowski, Rutkowski i Zienkowicz. Dostarczyli wprawdzie ludu zbrojnego i drudzy obywatele, lecz sami łączyć się do działania nie mieli śmiałości, spełniali tylko powstańców rozkazy.
Kiedy zebrani obywatele akt konfederacji uznali i podpisali, żądali także, aby Józef Tyszkiewicz podpisał. Ten odpowiedział, że wówczas podpisze, skoro ujrzy pierwej podpis Raczkiewicza. Obadwa te pod pisy nastąpiły, i nastąpić musiały, bo zwłoka w takich zdarzeniach, w takiej sprawie, po podpisaniu się już kilkudziesięciu obywateli była niebezpieczną. Dalsze wahanie się byłoby wystawiło chwiejących się na skutki najnieprzyjemniejsze, najsromotniejsze.
Już była godzina jedenasta, kiedy w nie wielkiej liczbie zaczęto się naradzać nad środkami, jakich użycie mogłoby sprawę powstania coraz dalej w działania korzystnem posuwać. Wspomniano znowu, że emisariusze z guberni mińskiej uwiadomili, że skoro Tyszkiewicz będzie na czele powstania Oszmiany, cała gubernia mińska od końca do końca powstanie. Oto dowód, jak reprezentacja osoby w kraju, gdzie szczegóły zamiarów patriotycznych nie mogą dochodzić do wiadomości obywateli, działa wiele na zjednoczenie sił, jak się przyczynia do ich wzrostu i wybuchu. Osoba posiadająca bogactwa, rozum, poczciwość, stawając na czele jakiego dzieła, w odległych stronach łączy pojedyncze usiłowania nieznajomych nawet naczelnikowi, ale dopięcia celu pragnących obywateli. Proszono więc jeszcze raz Tyszkiewicza, aby przyjął najwyższą władzę, a gdy jej przyjąć nie mógł, jak mówił dla braku znajomości sztuki rządzenia i sztuki wojennej, zaproszono jednomyślnie na wodza siły zbrojnej Karola hrabiego Przeździeckiego, byłego pułkownika wojsk polskich, a do zarządu spraw cywilno-wojskowych utworzono komitet, złożony z Ważyńskiego, Soroki i Wańkowicza. Tu się zaczyna epoka postępu powstania.

Wróć

Dnia 12 kwietnia ledwie dzień zaświtał, odjechał Tyszkiewicz do ojca. Czynny Przeździecki kazał natychmiast wojsku stanąć pod bronią i licząc na spodziewane zawsze przybycie nakazanych parafiom ludzi, taki wojska powiatu oszmiańskiego uczynił podział:

1. Pułk strzelców pieszych pod dowództwem Vietinghoffa;
2. Pułk piechoty pod dowództwem Tyszkiewicza;
3. Pułk jazdy strzelców, nazwany Ważyńskiego;
4. Pułk jazdy ułanów, nazwany Przeździeckiego;
5. Pułk jazdy Desperatów Zienkowicza.

Pułki piechoty miały się składać z pięciu kompanii, a w każdej miało być trzysta ludzi. Pułki jazdy miały zawierać po pięć szwadronów, a każdy szwadron miał obejmować sto ludzi.
Do pułku strzelców pieszych z powodu nieobecności pułkownika, naznaczono majora, pięciu kapitanów, pięciu podporuczników. Formowanie pułku drugiego piechoty zostawiono jego pułkownikowi po zapełnieniu pułku strzelców pieszych.
Do pułku strzelców konnych pod dowództwem Ważyńskiego przeznaczono dwóch kapitanów i czterech podporuczników.
Do pułku ułanów przeznaczono kapitanem Szwykowskiego, który także otrzymał rozkaz być organizatorem, instruktorem i dowódcą pułku. Dodano mu czterech poruczników.
Mianowany na dowódcę pułku Desperatów, Zienkowicz nie chciał przyjąć wyższej, jak podoficera rangi, ale wódz wystawił mu, że przez żaden sposób podoficer dowódcą pułku być nie może i że ten obowiązek przynajmniej kapitan sprawować powinien. Mianował go zatem kapitanem i dodał mu dwóch poruczników Kajetana Lenartowicza i Michała Chodźkę. Na szefa sztabu powstania oszmiańskiego wezwał Przeździecki byłego oficera artylerii konnej polskiej Wincentego Jaźwińskiego, adjunktem sztabu mianował Ignacego Klukowskiego. Przybrał także dwóch adiutantów, kasjera, komisjonera i przeznaczył osoby do władz porządkowych.
Pułk strzelców pieszych, pułki jazdy Ważyńskiego i Przeździeckiego, formowane były z przybywającego ludu; pułk Desperatów tworzył się tylko z ochotników dworskich i rzemieślników oraz akademików i młodzieży obywatelskiej. Zaraz na początku tej organizacji przeznaczony do pułku Ważyńskiego na porucznika Buttler, oświadczył chęć służenia raczej prostym żołnierzem w pułku Desperatów; było to wsparcie upomnienia, danego Ważyńskiemu nieco pierwej. Wnet potem kilku przybyłych z Wilna akademików, których by przyjęto z łatwością na oficerów do innych pułków, poszło za jego przykładem i weszło do pułku Desperatów na prostych żołnierzy. Miał Zienkowicz przyprowadzone z domu konie, rozdał je Akademikom i niektórych w broń opatrzył, bo inni własną swoją mieli. W liczbie tych akademików między innymi byli Jakub Puzinowski, K .... i Ignacy Kuczyński, o których działaniach w swojem miejscu się powie. Tegoż samego dnia przybył z Wilna Edward Mokrzecki, miał on wtenczas zaledwie lat szesnaście. Młodzieniec ten, rozpatrzywszy się w pułkach, oświadczył Zienkowiczowi chęć policzenia się do Desperatów, a gdy mu Zienkowicz przekładał trudne na jego wiek warunki, pod jakimi do pułku przyjmuje, kiedy mu powiedział, że zostający Desperatem ani żądać pardonu, ani żywy oddać się w niewolę nigdy nie powinien, tem bardziej młodzian ten należeć do Desperatów zapragnął i aby go Zienkowicz przyjął nalegał. Opowiedział Zienkowicz Przeździeckiemu piękne Mokrzeckiego chęci nadmieniając, że dla powstańca tak młodego lżejszą byłaby służba przy boku Jenerała. Przeździecki mianował go natychmiast swoim adiutantem.
Wkrótce dano znać Przeździeckiemu, że Wilamowski na stację Wronowską napadł, konie zabrał i przyprowadził. Przeździecki poszedł oglądać tę zdobycz i podział nastąpił taki: 10 koni do pułku Ważyńskiego, 12 do pułku Przeździeckiego i 8 do Desperatów.
Każdy z dowódców myślał o ubraniu przyzwoitem swego pułku; każdy więc starał się aby robota, mundurów szła prędko. Sukna zabranego w pierwszym dniu powstania było dosyć, krawców wiele, ale roboty jeszcze więcej, stąd wynikała wielka trudność nagłego umundurowania wojska. Cóżkolwiek bądź wykonywało się wszystko ze znacznym pospiechem.
Rada wojskowa, do której Przeździecki zawsze wzywał Jaźwińskiego, Ważyńskiego i Zienkowicza uznała potrzebę rozszerzyć powstanie, przede wszystkiem zaś w Wilejce i Święcianach. Wybór osób, którym to powierzone być miało zostawiła Jenerałowi. Z wysłaniem oddziału powstańców do Nowogródka, dla tego się wstrzymano, że Ważyński zapewnił, iż tam już pojechał w tym celu Eustachy Januszkiewicz. Przeździecki postanowił zatem wysłać do Wilejki pluton jazdy z pułku jego nazwiska, dowodzony przez Jurkowskiego dodanymi mu do urządzenia powstania polecenie mającymi Michałem Chodźką i Ignacym Odachowskim. Nie miał pierwej czasu Zienkowicz pomówić szczegółowiej z przybyłym Chodźką, bo ciągle z Jenerałem zatrudnienia, chwilową tylko zawsze czyniły rozmowę. W tej chwili, kiedy Chodźko polecenie to otrzymywał, nastręczyła się Zienkowiczowi sposobność do dłuższego z nim mówienia. Po tak długiem niewidzenie się przypomnieli sobie obadwa stosunki przyjacielskie w Wilnie i z radością widzieli się znowu zbliżonych w pracowaniu do jednego ojczystego celu. Miał był zamiar Michał Chodźko zostawić w Oszmianie brata swego Stanisława, z którym przybył, a sam udać się do Wilna, ale zobaczenie się z Zienkowiczem przypomniało mu dawniejsze stosunki i umyślił także w Oszmianie pozostać, zapisując się z bratem do Desperatów. Teraz nastręczała mu się czynność odpowiednia] powołaniu Desperata i nie wahał się jej przyjąć. Wyprawę do Wilejki uważał za największą w życiu przyjemność. Żądał tylko munduru Desperata a gdy mu go zrobiono, zostawiwszy brata w Oszmianie z Odachowskim i 25 ułanami do Wilejki pospieszył.
Około godziny 3 po południu przysłał Jankowski Konstanty raport o zbliżaniu się swojem z oddziałem jazdy Smorgońskiej. Szwykowski, jako organizator tej jazdy, powinien był ją do Oszmiany wprowadzać, ale słabość nie pozwoliła mu dnia tego wsiąść na konia. Wyjechał więc Zienkowicz na spotkanie jazdy smorgońskiej i on też przedstawiał ją Jenerałowi. Było jej 48 koni. Jazda z pułku Przeździeckiego była wtenczas wysłana na patrole a piechota zajęta była musztrą, a zatem tylko pułk Ważyńskiego i zawiązek Desperatów wystąpiły na przyjęcie braci Smorgońskich. Ważyńskiego pułk liczył dwa niekompletne szwadrony pod dowództwem Jankowskiego Wacława i Stelnickiego. Desperatów zaś było 26 kompletnie umontowanych.
Na sesji wieczornej dnia tego postanowiono wysłać we dwa miejsca emisariuszów z powodu otrzymanych wiadomości o zbliżaniu się wojska rosyjskiego od Widz i od Drui, a dla zrobienia powstania w Święcianach postanowiono wysłać sekretnie Wincentego Jakubowskiego.
Wszystko to dopełnione zostało dnia 13 kwietnia; tegoż dnia wyjechał i Chodźko z Odachowskim do Wilejki. Przybywało dnia tego z parafii tyle ludu zbrojnego, ±e nie było można zdążyć zapisywać ludzi do kontroli. Zajmowano się tem od rana do wieczora. Od rana także do wieczora trwające musztry przekształcały lud wieśniaczy na żołnierzy.
Wtem przybył emisariusz Michałowski od powstańców wileńskiego powiatu i doniósł, że Billewicz stanął na ich czele. Potwierdził on także pierwej już otrzymaną wiadomość o potyczce Łabanowskiego z Jenerałem Bezobrazowem, o nieroztropnym postępku Łabanowskiego, który wziętego do niewoli Jenerała uwolnił, za co niewdzięcznik Łabanowskiego okuć i do Wilna zawieść kazał. Uwiadomił na koniec, że Billewicz z garstką powstańców, Jenerała tego pod samo Wilno ścigał, 87 ludzi mu zabił, a sam jednego tylko stracił człowieka. Przybywający z Wilna akademicy zapewniali, że naówczas wielki był postrach w Wilnie pomiędzy Moskalami, że ścigani, jeszcze w Wilnie przez most Zielony uciekając, krzyczeli: Polacy idą i biją!
Wspomniany emisariusz miał także wiadomość z Tork od Jenerała Ogińskiego o zbliżania się do Kalwarii z wojskiem polskiem Jenerała Krukowieckiego. Te wszystkie wiadomości zgromadzonemu wojsku przez rozkaz dzienny zostały odczytane. Dnia tego na długiej sesji zastanawiano się nad potrzebą przerwania komunikacji Wilna z Lidą, aby tym sposobem ułatwić w Lidzie powstanie. Postanowiono więc wysłać Stelnickiego z 50 końmi i 150 ludzi piechoty dla zdjęcia jednej z następnych nocy czterech poczt, utrzymujących komunikację Wilna z Lidą. Dano więc Stelnickiemu potrzebne na tę wyprawę dla wojska pieniądze, a szef sztabu wygotował dla niego stosowną instrukcją, poczem Stelnicki natychmiast wyruszył. Lecz zaledwie dwie mile uszedł, powziął wiadomość o pochodzie Moskalów ku Oszmianie. Niedaleko więc od Kamiennego rogu zboczył z drogi dla otrzymania pewnych o pochodzie nieprzyjaciela wiadomości.

Wróć

Było to z rana dnia 14 kwietnia, kiedy dano znać w Oszmianie e zbliżaniu się Moskalów. Na rozkaz uszykowania się do boju i marszu, bezprzykładnie do ataku, nie widząc nieprzyjaciela, leciało całe wojsko. Próżno wołał Przeździecki, aby się wstrzymano. Kawaleria ciągle naprzód kłusowała i już więcej mili oddalono się od Oszmiany, kiedy obok starej budowli, mocno promieniami słońca oświeconej, wszyscy prawie zdawali się spostrzegać uszykowane kolumny Kozaków, gotowe do odcięcia powstańców konnych, od piechoty daleko dosyć za nimi pozostałej. Na widok ten kawaleria prędko się zwracając, wnet złączyła się z piechotą i teraz dopiero spostrzeżono, że wzrok jej był tylko złudzony. Marsz dalszy prowadzono w należytym porządku, a w drodze złączył się także Stelnicki z wojskiem. O dwie mili od Oszmiany we wsi Kownopolu otrzymał Przeździecki od Żydów wiadomość, że Moskale powstańcom tył zająć mają zamiar i z tej przyczyny na czarny traktat przechodzą. Wskutek tego doniesienia nakazał Przeździecki odwrót, a dla wszelkiego porządku i bezpieczeństwa, o 5 wiorst od Oszmiany w Ukropiszkach, dwie kompanie w lasku na górze przed mostem zostawił, sam zaś ze wszystkiemi siłami cofnął się ku Oszmianie i wojsko tak uszykował, iżby do przyjęcia boju było gotowe.

Wróć

Lecz po północy dnia 15 kwietnia otrzymał od naocznego świadka na piśmie wiadomość, że zbliżając się do Oszmiany siły moskiewskie składają się z 500 Kozaków i Czerkiesów z pięciu batalionów piechoty i sześciu dział. Powstańcy mieli około 2500 ludzi, pomiędzy którymi było 150 Ważyńskiego, 100 Przeździeckiego i 38 Zienkowicza konnych, posiadali także dwie armatki, ale mieli najgorszą do obrony w Oszmianie pozycję.
O godzinie drugiej po północy Przeździecki kazał wojsku wyjść z Oszmiany na drogę do Żupran i sam z kilku oficerami naprzód się udał, a za nim pojechał i kasjer. Szef sztabu rozkazał wywożenie z Oszmiany amunicji i potrzeb wojennych, zostawiając dla uskutecznienia tego, kompanię piechoty i 40 ludzi konnych, sam zaś z częścią wojska wyruszył ku karczmie Krakówki, gdzie miał czekać reszty wojska. Już dwie kompanie, zostawione pod Ukropiszkami, wskutek rozkazu minęły Oszmianę i zbliżały się do jednego punktu, kiedy Zienkowicz ze swoim oddziałem jazdy i piechoty z miasta wychodził. Było to po godzinie 6 z rana; zwolna maszerując, spodziewał się zostawić za sobą w niewielkiej odległości, zatrzymaną w Oszmianie, jak mówiono dla wywożenia sprzętów wojennych, eskortę.
Kiedy przy Krakówce, wojsko bez Przeździeckiego odpoczywało, przybył Zienkowicz ze swoim oddziałem. Szef sztabu zdziwił się widząc go, gdyż wolą było Przeździeckiego, aby oddział Desperatów awangardę odwrotu, a tym sposobem, jakoby świtę wodza stanowił. Odpowiedział dowódca Desperatów, że po otrzymanym podobnym rozkazie, prosił Jenerała o pozwolenie zabrania wszystkich do jego oddziału należących sprzętów wojskowych i żywności, a nim to uskutecznił, już wojska nie było i tym sposobem oddział jego zamienił się w ariergardę. Ze swojej strony przełożył Zienkowicz szefowi sztabu dogodność trzymania się w obranej przy Krakówce pozycji, na co szef sztabu zdawał się zezwalać. Kiedy w dalszej rozmowie o sprzętach wojskowych, w Oszmianie pozostałych, mówiono, pokazało się, że i amunicję wywieść zapomniano. Wysłano natychmiast pięciu ludzi z rozkazem przywiezienia jej, a tym czasem około godziny 8 złożono radę wojenną, która była tym potrzebniejszą, że wódz trochę prędko i za daleko od wojska odjechał. Rada ta postanowiła zdążać za wodzem do Żupran.
Ale zaledwie połowę tego pochodu zrobiono, huk dział zapowiadał wkraczanie Moskałów do Oszmiany. Nie było widać ani amunicji, ani eskorty, a coraz większy huk dział napełniał powietrze. I natura ma swoje prawa; nie dziw więc, że z całego wojska, które po raz pierwszy bliskie było boju, na odgłos dział, kilku młodzieńców od braci swoich się odłączyło. Naliczono 78 wystrzałów, przy odgłosie których wojsko coraz spieszniej ku Żupranom maszerowało. Za przybyciem do Żupran już tam Przeździeckiego nie było, już był dalej. Zboczono więc z drogi na prawo i po zrzuceniu za sobą mostów, co oddział piechoty nadzwyczaj spiesznie zrobił, zatrzymano się w lesie dla zrobienia stanowczej narady. Pięciu ludzi wysłanych po amunicję, połączyło się w tym pochodzie z wojskiem, nie doszedłszy już Oszmiany. Podług doniesień tych ludzi, Stelnicki w brew rozkazom miał się w Oszmianie zbyt długo zabawić i tylko z suknem i częścią sprzętów wojskowych był w drodze dla połączenia się z wojskiem. Strudzone spiesznym marszem wojsko, pokładło się w lesie się na ziemię i chłodziło się, całemi garściami śnieg połykając.
Tymczasem zebrani dowódcy bez wodza i Ważyńskiego tylko z szefem sztabu zrobili naradę i wkrótce usłuchano zdania B . . . który radził iść do Wiszniewa, dokąd sam podjął się być wojska przewodnikiem. Szef sztabu wydał zaraz rozkaz do marszu, ale nim zmordowane wojsko z miejsc się ruszyło, już przewodnik, dróżkami spiesznie idąc, z szefem sztabu, K . . . . S . . . i Z . . . . nadto prędko stracili z oczu wojsko, a później nadzieję nawet jego widzenia. Po ich zniknieniu, na głos Zienkowicza, ruszyło wojsko w kierunku, w którym i ci przewodnicy ruszyli, ale gdy w końcu żadnej drożyny nie było widać, nawet ślad ich stracono. Podporucznik C. . . . z pułku Ważyńskiego i B. ... z oddziału Desperatów, zachęcali wojsko do zrzucenia dowódców, którzy się oddalili i udania się w inną zupełnie stronę. Wśród takich głośno powtarzanych zachęcań, zatrzymało się biedne wojsko niepewne, w którą ma iść stronę ; wyniknęły stąd spory, które się do dwóch godzin przedłużały i rozstrajały odwagę wojska. Chcąc im Zienkowicz koniec położyć, zachęcał do jednomyślności i przedstawiał obowiązek udania się do Wiszniewa, jako punktu przez radę oznaczonego i w ostatku, z zdobytemi pistoletami, zwracając mowę do słów B. . . . , zawołał: Jeśli jeszcze dłużej wojsko bałamucić macie, strzelcie mi raczej w łeb, albo przysięgam, że jeśli jeszcze słowo podobne usłyszę, ja wam w łeb wypalę. Zagrożenie takie ostatecznym środkiem, położyły koniec sporom. Lecz nie były one bez znacznej straty: Przeszło 300 oficerów i żołnierzy opuściło pojedynczo szeregi i adiutant Przeździeckiego . . . widząc taką niezgodę, broń swoją Zienkowiczowi w darze dla wojska złożył, przyrzekając poświęcenie się, jak tylko do tego pomyślniejszą znajdzie porę. Przebrany odszedł szukać schronienia. Kiedy to się działo, dały się słyszeć głosy: Pójdziemy za Zienkowiczem; niech nas sam prowadzi! Dał Zienkowicz rozkaz do marszu i sam jechał na czele, nie wiedząc drogi, znając tylko położenie Wiszniewa; szło za nim całe wojsko, lecz nigdzie B. . . . i tych, których poprowadził, nie było. Nigdzie też w marszu o nich się nie dowiedziano. Po przejściu przez dwa zaścianki, nawet nadzieję złączenia się z niemi stracono. Wojsko było strudzone, od nocy nic nie jadło, trzeba było spocząć. Uczyniono to obok zaścianka z trzech chat złożonego. Kompanie i szwadrony zajęły przeznaczone sobie miejsca, a furgon Zienkowicza dostarczył żywności. W chatach zakupiono także chleb i kartofle. Z nowego obliczenia pokazało się, że było jeszcze 1682 żołnierzy.
Podczas kiedy Zienkowicz potrzebami wojska był zajęty, ogłoszono go wodzem tych powstańców, a on nie znając wojskowości, najboleśniej czuć zaczął, swoje i wojska swego położenie. . . .

Na tem kończy się pamiętnik ś. p. Józefa Zienkowicza.
Ciężka choroba i przedwczesny zgon w emigracji, nie pozwoliły mu dokończyć opisu dalszych działań powstańców Oszmiańskich,
a przynajmniej znaleźliśmy go niedokończony w powierzonych nam jego papierach.


Fragment z książki „Powiat oszmiański: materjały do dziejów ziemi i ludzi. Cz. 3 (tekst oryginalny)

Karol Przeździecki

... Przeździecki wyruszył z całem wojskiem swojem, liczącem 2500 żołnierza z Oszmiany na trakt miński, mając w arjengardzie nieliczny oddział kawalerii i piechoty po dowództwem Stelnickiego.
Jeszcze wojsko polskie nie zdołało ujść półtorej mili, kiedy o szóstej rano Wirzulin stanął pod Oszmianą. „Stelnicki bądź z niewyrozumienia rozporządzeń, bądź z uporu albo nieroztropnej odwagi, zamiast trzymać straż tylną siły powiatowej, zostaje w mieście, kilkudziesięciu swoich konnych i tyluż pieszych strzelców pomięszanych z kosynierami szykuje do boju. Rosjanie zatrzymawszy się pod miastem, rozpoczęli kanonadę. Przeszło ośmdziesiąt strzałów działowych rozbiło wiele domów. Poczem weszły dwie armaty na ulicę Wileńską. Szarżował na nie z frontu Stelnicki; ale kilka strzałów kartaczowych wzdłuż ulicy rozproszyło łatwo parę plutonów jego jazdy rzucającej się na dobrowolną zgubę". Rosjanie opanowali miasto po zaciętej walce ulicznej. „W gorącej walce mało kogo oszczędzano; spokojność przywróconą została za cenę 350 trupów insurgentów".
Tymczasem główne siły powstańców oszmiańskich zawróciły z traktu mińskiego w prawo i poszły przez Krewo na Wiszniew. Pod Wiszniewem natarły na nich regimenta generała Ostroszenki. Przeździecki cofnął się przez Magienice, Ejgirdy, Tokarzyszki ku Baksztom, szukając schronienia w gęstych, bagnistych lasach. Następnie pociągnął do Rumu, gdzie tydzień cały obozowano. Tam, 17 kwietnia oddział wojsk rosyjskich pod dowództwem pułkownika Sebastianowa rozbił powstańców. Ważyński przedostał się do majątku swego Olan, i tam schwytany. Przeździecki dotarł na Żmudź, do Giełguda i pod jego następnie walczył rozkazami w stopniu pułkownika. Generał Ostroszenko zajął Oszmianę.
Kapitan Paszkowski z oddziałem swoim liczącym do 400 ludzi, trzymał się jeszcze do końca w lasach nalibockich, wiszniewskich i baksztańskich i dopiero we wrześniu zdołał przedrzeć się do Królestwa, ale zastał już Warszawę w ręku Rosjan.
Insurekcja 1831 w Oszmiańskiem trwała przeto właściwie nie więcej nad miesiąc jeden...


Fragment „pamiętników o powstaniu Litwy i ziem ruskich w roku 1831.” Feliksa Wrotnowskiego (tekst oryginalny)

...Przeździecki liczył przeszło 400 piechoty w broń bagnetową i myśliwską opatrzonej, paręset jazdy i więcej tysiąca ludu w kosy i piki zbrojnego, kiedy dowiedział się, że oddział wojsk moskiewskich ciągnie z Wilna przeciw niemu. Chciał naprzód spotkać nieprzyjaciela na drodze i posunął się aż do Kamiennego Łogu; lecz powziąwszy dokładniejszą wiadomość o nieprzyjacielskiej sile, która składała się z 1500 piechoty, 500 jazdy i 6 armat, cofnął się napowrót, postanowił opuścić Oszmianę i obrać bezpieczniejsze stanowisko w leśnych okolicach Wiszniewa. W parę godzin po wyjściu powstańców dnia 15 kwietnia pułkownik kozacki Wirzulin zbliżył się pod miasto i zaczął ogień działowy. Opierał mu się pozostały jeszcze z kilkadziesiąt strzelców i jazdy Stelnicki, lecz wkrótce został rozproszony, a Moskale wszedłszy jak do szturmem zdobytego miasta, zwycięstwo swoje uwiecznili rzezią mieszkańców szukających schronienia w kościołach.
Wirzulin posławszy za Przeździeckim piechotę i działa, ze swoim pułkiem Kabardyńców plądrując po drodze wrócił do Wilna ...

Fragment pamiętników „W Wilnie i w dworach litewskich.” Gabrieli Puzyniny (tekst oryginalny)

Czerkiesi

...W Smorgoniach ułani a w Oszmianie Czerkiesy, przysłani przez Chrapowickiego wyrzynali mieszkańców i lud cierpiący! Od Oszmiany do Dobrowlan mil siedem a słychać było u nas głuchy huk, idący z daleka, jakby grzmotów, i niebawem doszły straszne wieści o zabójstwach, rabunkach i wyrzynaniu kobiet, dzieci i starców, chowających się w kościele i pod kościołem, o rozsiekaniu doktora Zawadzkiego ...
Niejeden epizod oszmiański przypominał oblężenie Jerozolimy, jak np. do starca, błagającego o ocalenie wnuka Kirgiz strzelił mówiąc: "Ty czesnyj staryczok!"
Jak wychodzącemu z dzieckiem nowonarodzonem na ręku odebrano dziecko by swobodniej strzelać do ojca w oczach chorej żony ...
Na drodze Kozacy napadali podróżnych, obdzierali kobiety, wykręcając im palce dla zdobycia pierścionka, a trupy wpół żywe rzucając w fosę...

Wróć